Gdyby z Polski na Białoruś latały samoloty, byłoby jak w starym dowcipie o Związku Radzieckim. Gdy maszyna podchodzi do lądowania, stewardessa mówi do pasażerów: „Drodzy państwo, za chwilę lądujemy w Mińsku. Prosimy o zapięcie pasów, zgaszenie papierosów i cofnięcie zegarków o 40 lat”.
Białoruś Łukaszenki lubi patrzeć w daleką radziecką przeszłość. Zwłaszcza o tej porze roku. Tradycyjnie w lipcu rusza tam bowiem kampania żniwna, znana tam jako „bitwa za urożaj”, czyli po polsku „bitwa o plony” – propagandowy fenomen, o którym mieszkańcy dawnych demoludów zdążyli już zapomnieć.
Na Białorusi to jednak ciągle żywa tradycja ze swoim przekazem propagandowym i rytuałami, którym z lubością oddaje się władza.
– Wszystko zaczęło się w połowie lat 90., kiedy ponad jedna trzecia Białorusinów mieszkała na wsi. Był to najcenniejszy elektorat Łukaszenki, do którego w ten sposób się zwracał, zapewniając ich o swoim wsparciu – tłumaczy Interii Dzmitry Hurniewicz, niezależny dziennikarz białoruski, pracujący w Radiu Swaboda.
– Taka estetyka jest mu bardzo bliska, ponieważ sam wychował się na wsi i był dyrektorem sowchozu. Jednak krytycznie nastawieni do Łukaszenki Białorusini określają to wszystko mianem „agrotrashu” – dodaje Hurniewicz.
Jak wygląda ten „agrotrash”? By się o tym przekonać, trzeba zajrzeć do reżimowych mediów. W tzw. realu wielkiej kampanii żniwnej nie da się bowiem odczuć. Jest wyłącznie wytworem łukaszenkowskiego agitpropu i o tej porze roku wylewa się z ekranów telewizorów.
Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych
Białoruś i żniwa według Łukaszenki
Na co dzień telewizyjne serwisy informacyjne w rządowych mediach zaczynają się od szczegółowej kroniki przypadków Alaksandra Łukaszenki. Przez długie minuty reżimowi mediaworkerzy opowiadają, z kim danego dnia spotkał się białoruski przywódca, co powiedział i jakie ma wskazówki dla aparatu państwowego.
W lipcu i sierpniu nawet on musi jednak od czasu do czasu zrobić miejsce dla obszernych raportów z „frontu żniwnego”. Na ekranie zamiast Łukaszenki królują kombajny i traktory. Reżimowi dziennikarze zasypują widzów niekończącymi się statystykami z trwającej „bitwy o plony”.
Byle nikomu nie umknęło, ile zboża planuje się zebrać (w tym roku ma to być co najmniej 11 milionów ton), ile ton zebrać się już udało w poszczególnych regionach kraju i który z nich jest liderem szlachetnego rolniczego współzawodnictwa. Można się też dowiedzieć, gdzie pojawiają się pierwsi przodownicy pracy, którzy za sterami swoich kombajnów zebrali pierwsze 1000 ton zboża.
Dociekliwi widzowie dowiedzą się też, ile kombajnów wyjechało na pola, by wykarmić Białoruś. Reżimowe media z dumą powtarzają, że było to 6800 sztuk. Jeśli i to nie robi na kimś wrażenia, może zachwycić się tym, że do transportu zbiorów zaangażowano 7400 pojazdów.
Łukaszenkowska wieś tańczy i śpiewa
Tematem obszernych materiałów otwierających serwisy informacyjne są też sianokosy. 10-minutowy reportaż w miniony weekend wyjaśniał Białorusinom osobliwości „zielonych żniw” i sprytne sposoby kołochoźników, które pozwalają zachować soczystość i wartości odżywcze ściętej trawy. Ta bowiem będzie pożywieniem dla białoruskich krów, bez których nie byłoby tamtejszej prężnej branży mleczarskiej.
– Zwykły proces pracy zamienia się w cyrk i pokazówkę – mówi Hurniewicz. I zwraca uwagę na kolejne absurdy łukaszenkowskich żniw. Nierzadko główną rolę w nich odgrywają narodowi bohaterowie lata – kombajniści.
– Gdy mają przerwę obiadową, na polach organizowane są dla nich koncerty. Czasem wygląda to wręcz komicznie: trzech kombajnistów spożywa posiłek, a przed nimi tańczy i śpiewa 10 osób w strojach ludowych. Odwiedzają ich celebryci i urzędnicy, wygłaszane są patetyczne przemówienia – mówi rozmówca Interii.

Łukaszenka – generał kołchoźnik
Każda bitwa potrzebuje jednak generała. W „bitwie o plony” tę rolę odgrywa oczywiście Alaksandr Łukaszenka.
Jak co roku na początku żniw organizuje szeroko relacjonowane spotkania z rządem, na których wyznacza cele, wskazuje odpowiedzialnych za ich wykonanie i dzieli się licznymi mądrościami na temat gospodarki rolnej.
Nie cofa się też przed groźbami.
Dla reżimu kampania żniwna to bowiem śmiertelnie poważna sprawa. Łukaszenka zażądał, by migających się od ciężkiej pracy w polu i „szkodników”, którzy sabotują „kampanię żniwną”, wcielić armii.
– Każde niewykonanie rozkazu – do wojska. Niech tam służą. Będą siedzieć w lesie. Tam też potrzebna jest siła robocza. Niech tam posłużą w okresie żniw. Zarówno urzędnik, jak i ten, kto nie chce pracować – orzekł.
O roli Łukaszenki w czasie żniw mówi Interii dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich i znawca Białorusi Wojciech Konończuk. – Lubi się pojawić w tym czy w innym kołchozie, wydać dyspozycję, pokazać się jako taki dobry gospodarz. To się bezpośrednio wpisuje w jego mentalność, która w tym aspekcie jest rodem z poprzedniej epoki – podkreśla Konończuk.
– Łukaszenka lubi w tym czasie latać helikopterem nad polami i osobiście nadzorować przebieg żniw. Państwowa propaganda pokazuje każdy jego krok: lądowanie, a następnie publiczne ruganie kierowników państwowych gospodarstw rolnych – dodaje Hurniewicz.
Białoruska armia w pokojowej bitwie o plony
Militarna wręcz mobilizacja w czasie żniw wyraża się nie tylko w języku, który w łukaszenkowskiej propagandzie opisuje żniwa. W „bitwie o plony”, jak w każdej porządnej walce, uczestniczą też żołnierze.
W pola ruszyli choćby komisarze wojskowi – w białoruskim systemie reprezentanci Ministerstwa Obrony w terenie. To bezpośrednia odpowiedź szefa resortu Wiktara Chrenina na wezwanie Łukaszenki do zaciągania do armii krnąbrnych pracowników kołchozów i niekompetentnych urzędników.
Armia nie tylko pilnuje ludzi. Formuje też „plutony kombinowane”, które ruszają w teren. Jak znów skrzętnie wyliczają łukaszenkowskie media, zaangażowano 100 osób i 30 sztuk sprzętu wojskowego. Żołnierze zajmują się transportem zebranego zboża, dostarczają ładunki i obsługują sprzęt rolniczy.
Na razie nie słychać jednak o tym, żeby – tak jak w ubiegłym roku – na „front żniwny” rzucono elitarne jednostki. Wtedy na polach można było spotkać spadochroniarzy z jednostek sił powietrznych czy żołnierzy podlegających MSW wojsk wewnętrznych.
Białoruś. Łukaszenkowska elita w polu
Ogólnopaństwowa mobilizacja dotyczy nie tylko żołnierzy. Doglądać żniw ruszyła cała łukaszenkowska elita polityczna. To także jeden ze stałych elementów letniego widowiska.
Za sterami kombajnu pod czujnym okiem doświadczonego kołchoźnika pojawił się były szef MSW i szef obwodu grodzieńskiego Juryj Karajeu.
W obwodzie mohylewskim nie próżnuje specjalna wysłanniczka Łukaszenki do regionu Nadzieja Katkawiec. Tak tłumaczyła swoje gospodarskie wizyty: – Prezydent wyznaczył zadanie kierownikom wszystkich szczebli, by wiedzieli i rozumieli, co się dzieje na polach. Katkawiec stara się więc wiedzieć jak najwięcej i rozumieć jak najlepiej.
Do pielgrzymek na „front żniwny” zachęcała także przewodnicząca Rady Republiki Natalla Kaczanawa na spotkaniu z członkami izby wyższej białoruskiego parlamentu. Mówiła, że nie chodzi tylko o to, by jechać do kołchozów, interesować się przebiegiem żniw, ale też „jakoś pomagać, jeśli będzie taka potrzeba”; „być nie tylko postronnym obserwatorem, ale aktywnie włączać się w te procesy„.
Aby poczuć smak propagandy, który towarzyszy żniwom, warto zacytować innego członka Rady Republiki Alaksandra Haroszkina: „to bardzo ważny okres w życiu państwa i dlatego nie można stać z boku”.
Pod tym względem Białoruś przegoniła Polskę
Te wszystkie absurdy nie wzięły się znikąd. Alaksandr Łukaszenka pielęgnuje radziecką opowieść o Białorusi jako kraju ciężko pracujących robotników rolnych. Bo miejsca na indywidualne rolnictwo od czasów sowieckich, jak wiadomo, nigdy nie było.
Kiedy Związek Radziecki jeszcze w latach 20. XX w. próbował szukać swojej legitymacji do sprawowania kontroli nad nierosyjskimi republikami, odwoływał się do opowieści narodowych.
Z racji struktury białoruskiego społeczeństwa, które zamieszkiwało głównie wieś, budowano obraz Białoruskiej SRR jako kraju rolniczego o zdrowych chłopskich korzeniach, a białoruskojęzyczna kultura – jeśli istniała – była przede wszystkim wiejskim folklorem. Podstawą tożsamości była praca na roli i zadanie wykarmienia siebie i innych.
Łukaszenka tę wiejską opowieść o Białorusi przejął i dzielnie kultywuje obraz kraju stojącego rolnictwem.
Problem polega jednak na tym, że taka Białoruś już nie istnieje.
– Jeśli w latach 90. miało to jeszcze pewną logikę, ponieważ na Białorusi mieszkało wiele osób związanych z rolnictwem, a ich poparcie było potrzebne władzy, to dziś wywołuje już tylko gorzki uśmiech. Białoruś jest jednym z najbardziej zurbanizowanych krajów Europy – około 80 proc. obywateli mieszka w miastach – tłumaczy Dzmitry Hurniewicz. Dla porównania w Polsce ten współczynnik wynosi 60 proc.
Ale łukaszenkowski nacjonalizm roli to niejedyna przyczyna ideologiczna, która każe mu kontynuować mobilizację społeczną wokół żniw.
Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup pszenicy z zagranicy około 50 mln dolarów
11 milionów ton suwerenności
– W Związku Radzieckim żniwa były ważnym, ale zwyczajnym procesem gospodarczym. Na Białorusi przedstawia się je jako kwestię przetrwania narodu – mówi Interii Hurniewicz.
Dla Łukaszenki produkcja rolna to podstawa białoruskiej suwerenności. Wgląd w to, jak myśli tu aparat państwowy i co Łukaszenka chciałby, żeby myśleli Białorusini, daje niedawny tekst jednego z ideologów postsowieckiej Białorusi Wadima Hihina, opublikowany na łamach rządowego dziennika „SB. Biełarus’ Siegodnia”, który do 2018 r. nosił dumną radziecką nazwę „Sowietskaja Biełorussija”.
„Na białoruskich polach rozgrywa się zupełnie inna bitwa. Bitwa o chleb” – pisze Hihin w swoim liście miłosnym do kołchozów i Łukaszenki, i dodaje: „To nie przesada. Dziś jedzenie to nie tylko kalorie na talerzu. To suwerenność i główna gwarancja pokoju”.
Dalej pisze o tym, jak „niewidzialna ręka rynku” nie sprawdza się w rolnictwie i jaki błąd popełniają na Zachodzie, wspierając nie kolektywizację wsi, a rolnictwo indywidualne. „Białoruś poszła inną drogą. Tutaj nie oddano ziemi na zatracenie żywiołowemu rynkowi. Państwo wzięło na siebie rolę głównego dysponenta, stratega i inwestora” – czytamy.
„Białoruski model udowodnił, że państwo może i powinno być efektywnym właścicielem, jeśli u steru stoją profesjonaliści” – przekonuje Hihin i wskazuje, kto jest czołowym profesjonalistą białoruskiego rolnictwa: „Głównym motorem tego procesu jest Głowa Państwa”.
Zaklęcia Łukaszenki nie wykarmią Białorusi
A jak jest naprawdę? – Białoruś musi importować zboże. W 2023 roku wydała na zakup zagranicznej pszenicy około 50 mln dolarów – mówi Hurniewicz i dodaje: – Rolnictwo jest głęboko dotowane, a niemal połowa białoruskich rejonów jest deficytowa i utrzymywana z budżetu państwa. Trzykrotnie mniejsza Litwa zbiera więcej zboża niż Białoruś, a jej plony z hektara są wyższe.
Hurniewicz przywołuje też garść statystyk, które pokazują, w jakim stanie jest białoruskie rolnictwo. – Powierzchnia gruntów rolnych na Białorusi stale się zmniejsza. W 1994 roku wynosiła 6,2 mln hektarów, obecnie to około 5,7 mln hektarów. W ciągu ostatnich 20 lat liczba pracowników państwowych przedsiębiorstw rolnych spadła z 380 tysięcy do 250 tysięcy osób. Liczba kołchozów zmniejszyła się w tym czasie o około 500 – z 2000 do 1500. Bez wsparcia państwa aż 60 proc. z nich przynosiłoby straty – wylicza.
O znaczeniu kolektywnego rolnictwa dla białoruskiej gospodarki mówi Interii Wojciech Konończuk – Nie jest ono kluczowe dla gospodarki białoruskiej, bo to sektor, który generuje kilka procent PKB – wskazuje szef OSW.
Jak mówi, w 2020 roku – w roku niedokończonej rewolucji antyłukaszenkowskiej – sektor IT był niemal na poziomie rolnictwa. – Rozwój IT został zahamowany, a wręcz ograniczony w związku z emigracją wielu informatyków, którzy wsparli protesty. Ale to pokazuje priorytety Łukaszenki. Branża IT to mogła być kura, która znosi złote jaja. Łukaszenka, mając do wyboru ograniczenie swojej władzy lub wstrzymanie rozwoju sektora IT, wybrał oczywiście to drugie – wskazuje Konończuk.
– Łukaszenka coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością i potrzebuje takich uroczystych kampanii jak „bitwa za plony”. Przypominają mu one młodość – podsumowuje Hurniewicz.
Tomasz Walczak
-
Grom z jasnego nieba w amerykańskiej polityce. Sypie się plan demokratów
-
Cała władza w ręce Trumpa? Czegoś takiego nie było od 100 lat. Ale jest haczyk


