Całe środowisko sprzyja dziś powstawaniu nadwagi i otyłości u dzieci. Jeżeli nic z tym nie zrobimy, za 20-30 lat będziemy mieli całą rzeszę otyłych dorosłych z bardzo poważnymi powikłaniami. Jak skutecznie walczyć z otyłością? — Nam nie zależy na tym, żeby te dzieci tylko traciły kilogramy. Najważniejsza jest zmiana składu ciała — mówi prof. Michał Brzeziński z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

— Jaka śliczna, okrąglutka dziewczynka, chyba mama cię dobrze karmi — zachwyca się starsza pani czterolatką bawiącą się w piaskownicy. Nie ma pojęcia, że lekarz zdiagnozował właśnie u niej otyłość i przykazał matce zmianę odżywiania córki. A mała Julka już wie, że dzieci w przedszkolu nie chcą bawić się z „grubaską”.

Gdy Julka pójdzie do szkoły, będzie jej jeszcze trudniej. Dzieci staną się jeszcze bardziej spostrzegawcze i okrutne, Julka nie będzie już tylko grubaską, ale spasioną świnią. Lekarz złapie się za głowę, widząc pierwsze powikłania otyłości, na przykład nadciśnienie czy stłuszczenie wątroby. I popatrzy z coraz większym wyrzutem na matkę dziewczynki, sugerując, że to ona jest winna, bo przecież miała przestać dziecko tuczyć!

Takich Julek i ich mam jest w Polsce coraz więcej.

Problem dziecięcej otyłości narasta lawinowo, a lekarze byli bezradni. Jednak od niedawna dzieci mają dodatkową szansę na powrót do normalnej masy ciała — w kilku ośrodkach medycznych w Polsce prowadzi się terapię lekami zawierającymi tzw. analogi GLP-1, głównie semaglutyd — substancję czynną popularnego Ozempicu. Najmłodsi pacjenci mają około 10 lat, ale prowadzone są już badania kliniczne, które mają potwierdzić bezpieczeństwo stosowania semaglutydu u dzieci młodszych. Lekarze zajmujący się dziecięcą otyłością nie mają wątpliwości — w wielu przypadkach dopiero analogi pozwalają zapanować nad apetytem i odmieniają dziecięce życia na lepsze. I tych przypadków będzie coraz więcej.

Według najnowszych badań Instytutu Matki i Dziecka w grupie dzieci w wieku 7-9 lat nadwagę lub otyłość stwierdza się u 33 proc. Badania te, znane jako COSI (Childhood Obesity Surveillance Initiative), łączą pomiary ciała z informacjami o aktywności fizycznej, żywieniu i środowisku rodzinnym. — W ciągu ostatnich 20 lat odsetek dzieci z nadmierną masą ciała znacząco wzrósł, czyniąc otyłość dziecięcą jednym z najważniejszych wyzwań zdrowia publicznego — mówi prof. Agnieszka Różdżyńska-Świątkowska, antropolog kliniczny z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. — Problem dotyczy dziś setek tysięcy dzieci. Co więcej, Polska znajduje się powyżej średniej europejskiej i stopniowo zbliża się do krajów najbardziej dotkniętych nadwagą i otyłością u dzieci. Choć w części badań obserwujemy niewielką poprawę wśród nastolatków, nie zmienia to ogólnego obrazu — dodaje pani profesor.

Gdzie leży przyczyna tej epidemii? Raczej nie w genach. Naukowcy szacują, że odpowiadają one za mniej niż 10 proc. przypadków choroby otyłościowej. — Pozostała część jest wynikiem interakcji genetyczno-środowiskowych — mówi prof. Małgorzata Myśliwiec, endokrynolog i diabetolog dziecięcy z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. — Mówimy nawet o środowisku obesitogennym, czyli sprzyjającym powstawaniu nadwagi i otyłości — stworzyliśmy dla dzieci takie warunki, w których dominuje przede wszystkim wysoko przetworzona żywność. Podawana jest już nawet najmniejszym — mówi prof. Myśliwiec.

Jest dostępna na każdym kroku i relatywnie tania. — Wysoki stopień przetworzenia oznacza, że w jednym gramie tej żywności zawarta jest bardzo duża liczba kalorii, do czego nasz organizm absolutnie nie jest przyzwyczajony ewolucyjnie, a już zwłaszcza dzieci nie potrafią się temu oprzeć — mówi prof. Michał Brzeziński z Kliniki Gastroenterologii Dziecięcej Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, zajmującej się między innymi leczeniem dzieci z otyłością.

Prof. Myśliwiec zwraca także uwagę, że przyczyną choroby jest też brak odpowiednich nawyków prozdrowotnych, ale również różne związki chemiczne w przedmiotach codziennego użytku, np. w plastikowych opakowaniach, butelkach czy puszkach. — To na przykład bisfenol A, który oddziałuje na układ hormonalny, zakłóca procesy regulujące apetyt, przemianę materii oraz rozwój komórek tłuszczowych. Podobnie działają ftalany w kosmetykach, plastikowych zabawkach czy detergentach — mówi ekspertka.

Do tego dochodzi mała aktywność fizyczna. — Z badań Instytutu Matki i Dziecka wynika, że mniej niż połowa dzieci w wieku 7-9 lat osiąga zalecane przez WHO minimum 60 minut aktywności fizycznej dziennie — podkreśla prof. Różdżyńska-Świątkowska.

Jeszcze 10-15 lat temu obserwowaliśmy, że miejsce zamieszkania — wieś czy miasto — miało znaczenie. Nadwaga i otyłość występowały częściej w dużych miastach. Obecnie nie obserwujemy takich różnic. — W wielu badaniach okazuje się nawet, że nadwaga i otyłość u dzieci występują częściej na terenach wiejskich niż w dużych miastach. Przyczyny są złożone, ale jedną z najważniejszych jest powszechna dostępność wysoko przetworzonej żywności, niezależnie od miejsca zamieszkania — mówi prof. Różdżyńska-Świątkowska.

Prof. Myśliwiec zdecydowanie podkreśla, że nie ma krztyny prawdy w stwierdzeniu, które często słyszą rodzice otyłych dzieci: „To nic takiego, ono samo z tego wyrośnie, wyciągnie się!”. — Jeżeli już występuje choroba, to za nią kryją się różnego rodzaju zaburzenia metaboliczne — w gospodarce węglowodanowej, prowadzące do upośledzenia tolerancji glukozy i rozwoju cukrzycy, nadciśnienie tętnicze, zaburzenia w gospodarce lipidowej prowadzące do rozwoju miażdżycy, która da o sobie znać już w wieku 40-50 lat w postaci incydentów sercowo-naczyniowych, w tym zawału mięśnia sercowego i udaru mózgu — wymienia prof. Myśliwiec.

U dzieci z chorobą otyłościową często rozwija się astma oraz choroby z autoagresji. — To dlatego, że tkanka tłuszczowa jest tkanką hormonalnie aktywną i wydziela różnorodne setki substancji, w tym adipokin, cytokin, które regulują metabolizm i odporność — podkreśla pani profesor.

Dlatego im wcześniej i bardziej kompleksowo zadziała opieka zdrowotna, tym dzieci mają większą szansę na zdrowe życie w przyszłości. Ale o taką opiekę jest bardzo trudno, a im mniejsza miejscowość, tym jest gorzej z dostępnością do specjalistów — dietetyków, endokrynologów dziecięcych. — Z jednej strony mamy cały wielki przemysł spożywczy, który pakuje do żywności niesłychaną ilość cukru i tłuszczu, nie zważając na konsekwencje zdrowotne dla ludzi, a z drugiej — rodziców, na których zrzucana jest odpowiedzialność i którzy mają stać się dla dziecka cerberami, niepozwalającymi mu jeść tego, na co ma ochotę — mówi prof. Brzeziński. — To się nie ma prawa udać bez zmian w prawie i ograniczenia bezkarności przemysłu spożywczego, odcięcia dzieci od czipsów i batonów w szkolnych sklepikach, zmiany całego systemu. Rodzice sami po prostu nie dają rady chronić swoich dzieci.

Jak więc odchudzić polskie dzieci? — Co do zasady nie odchudzamy ani dzieci, ani dorosłych — mówi prof. Brzeziński. Pomysł na odchudzanie to jest pomysł na stuprocentową porażkę, dlatego, że szybka redukcja masy ciała czy szybkie odchudzanie będzie bardzo szybko dawało efekt jo-jo i zwiększało ryzyko wystąpienia nawrotu choroby — podkreśla prof. Brzeziński.

W przypadku młodszych dzieci potrzebna jest praca z całą rodziną — rodzicami, często też dziadkami, aby nauczyć ich, jak długofalowo zmienić codzienne zachowania, i te związane z jedzeniem, i z aktywnością fizyczną. — Poza tym, nam nie zależy na tym, żeby te dzieci tylko traciły kilogramy. Najważniejsza jest zmiana składu ciała, czyli praca nie nad tym, żeby to było 5 kg mniej, tylko że jeśli to jest nawet taka sama liczba kilogramów, to mają być mięśnie, a nie tkanka tłuszczowa. Poza tym dzieci rosną, więc często ich masa ciała się nie zmienia, a za to przybywa centymetrów, i to też jest sukces — mówi prof. Brzeziński.

Dopiero gdy nie udaje się uzyskać poprawy przez zmianę sposobu jedzenia, trybu życia, pracę z psychoterapeutą nad funkcjami jedzenia w życiu dziecka, lekarze rozważają włączenie farmakoterapii analogami GLP-1. — Te leki pozwalają dać pacjentowi koło zamachowe do wprowadzania zmian, ponieważ czasowo — dopóki są stosowane — dają szybsze poczucie sytości i zmniejszają odczuwanie głodu — mówi prof. Brzeziński.

Pod opieką zespołu prof. Małgorzaty Myśliwiec w Klinice Pediatrii, Diabetologii i Endokrynologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku jest obecnie ponad 1000 dzieci z chorobą otyłościową, w tym ponad 250 leczonych farmakologicznie. Semaglutyd jest dopuszczony do terapii od 12. roku życia. — Niestety, dostęp do tej formy terapii jest ograniczony ze względu na brak refundacji niezależnie od stopnia otyłości czy obecności licznych powikłań — mówi prof. Myśliwiec.

Leczenie przynosi spektakularne efekty. — Dziecko, które po raz pierwszy wchodzi do gabinetu, jest smutne i ma zwieszoną głowę. I na kolejnych wizytach, gdy zaczyna redukować masę ciała, mieścić się w wymarzone spodnie czy sukienkę, widać tę różnicę na pierwszy rzut oka. Nawet nie musimy tego dziecka ważyć, bo widzimy, że ono wchodzi uśmiechnięte, zupełnie inaczej ubrane, wyprostowane, dzieci mówią, że wreszcie zaczynają podobać się sobie i — co na przykład dla nastolatków jeszcze ważniejsze — zaczynają być takie jak rówieśnicy — mówi prof. Myśliwiec.

Podobnego zdania jest prof. Brzeziński. — Analogi GLP-1 to efektywne narzędzie, które może nam pomóc dokonać zmian u chorego dziecka. Dlaczego więc mielibyśmy nie zaproponować go 40-kilogramowemu sześciolatkowi, 60-kilogramowemu dziesięciolatkowi czy piętnastolatkowi ważącemu 100 kg? Byłoby nieetyczne nie zaproponować im leku, który ma udowodnione korzystne efekty zdrowotne przy relatywnie niskim ryzyku powikłań w populacji pediatrycznej — mniejszym niż u dorosłych — argumentuje prof. Brzeziński.

Z jego obserwacji wynika, że skutki uboczne stosowania leków są łagodne i szybko przemijają. — Podobnie jak u dorosłych, to nudności, uczucie pełnego brzucha, wzdęcia, czasem senność, ale to wszystko mija po dwóch-trzech tygodniach — zapewnia lekarz. I podkreśla, że leki nigdy nie mogą być jedynym narzędziem, bo bez zmian w żywieniu czy aktywności po prostu będą nieefektywne.

Co zrobić, żeby takie kompleksowe leczenie było dostępne w całej Polsce? Lekarze właśnie prowadzą batalię o to, aby powstała jasna ścieżka diagnostyczno-terapeutyczna dla dzieci z chorobą otyłościową. Od podstawowej opieki zdrowotnej do powstania sieci poradni oferujących kompleksowe leczenie — opiekę specjalistów z zakresu endokrynologii i diabetologii dziecięcej, chorób metabolicznych, dietetyka, fizjoterapeuty, psychologa i psychiatry. — Dopiero taka inderdyscyplinarna, spersonalizowana opieka może pozwolić dziecku i jego rodzinie uporać się z problemem otyłości — mówi prof. Myśliwiec. To choroba przewlekła, ma swoje okresy remisji i nawrotów. — Dlatego dziecko, nawet jeśli osiągnie prawidłową masę ciała, do dorosłości powinno być pod opieką takiej poradni, a potem płynnie przejść pod opiekę analogicznej poradni dla dorosłych — podkreśla specjalistka.

Prof. Mieczysław Walczak, konsultant krajowy do spraw endokrynologii i diabetologii dziecięcej, postuluje w rządzie o stworzenie sieci poradni dla leczenia otyłości u dzieci. — Jeżeli tego nie zrobimy, za 20-30 lat będziemy mieli całą rzeszę otyłych dorosłych z bardzo poważnymi powikłaniami, wymagających ogromnych nakładów finansowych i obciążających służbę zdrowia. A to przecież ci dorośli, którzy mają się zająć w przyszłości nami, starszymi i pracować na nasze emerytury. Jeśli my dziś nie pomożemy im wyzdrowieć, to mogą nie dać rady — mówi prof. Brzeziński.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version