Jak to możliwe, że ktoś, kto tworzył tak hipnotyzującą, rewolucyjną, uzdrawiającą i prowokującą muzykę, mógł być zarazem tak okrutny wobec kobiet? To pytanie wisi nad dorobkiem Milesa Davisa. Nie da się go przekreślić, ale nie sposób też przejść do porządku dziennego nad jego czynami.

Powiedzmy wprost, bez owijania w bawełnę: Miles Davis był gwiazdą rocka o charyzmie rodem z hip-hopu, wyniesioną do rangi jazzowego proroka i amerykańskiego idola. Właśnie to przychodzi mi na myśl, gdy cały kraj — i świat — z naukowym zacięciem pochyla się nad fenomenem Milesa Deweya Davisa III, który 26 maja 2026 r. obchodziłby setne urodziny.

Jak wielu innych, pierwszy raz zetknąłem się z Milesem dzięki albumowi „Kind of Blue” — jednemu z jego arcydzieł.

Byłem młodym, zmagającym się z trudami pisarzem w Nowym Jorku. Mój szef i mentor Sam Anderson — weteran Ruchu Praw Obywatelskich — był pewien, że nie mam pojęcia o jazzie. Kazał mi więc zacząć właśnie od „Kind of Blue”. Byłem oczarowany jego naturalnym pięknem, mistycznym poczuciem czasu i miejsca, płynnymi improwizacjami, wysmakowanymi kolażami dźwięków. Krótko mówiąc, chciałem poczuć dźwięk trąbki Milesa: pełen spokoju, zanurzony w wiecznym chilloucie.

Powiedzieć, że Miles Davis był gigantem amerykańskiej twórczości XX w., byłoby niesprawiedliwością. On wciąż jest ważny. Był synem nauczycielki muzyki z East St. Louis w stanie Illinois i ojca-dentysty. Przeżył zaledwie 65 lat, ale był obecny przy najważniejszych jazzowych rewolucjach — bebopie, cool jazzie, hard bopie — a do tego zainicjował erę jazz fusion, łączącą fundamenty jazzu z rockiem, funkiem, soulem, światowymi brzmieniami. Mówimy tu o geniuszu, który grał u boku Charlie’ego „Birda” Parkera, Dizzy’ego Gillespiego, Theloniousa Monka, Johna Coltrane’a, Herbiego Hancocka, a później współpracował z Princem czy producentem hip-hopowym Easy Mo Bee.

Miles był także prawdziwym koneserem mody — od dopasowanych, eleganckich garniturów w złotej erze jazzu lat 50. i 60., przez hipisowskie i czarnopowerowe stroje lat 70., po barwną, swobodną ekstrawagancję lat 80. I tak jak sam jazz, Miles jako artysta, lider zespołu i postać kultury był ucieleśnieniem wolności. Gramy razem, odkrywamy scenę na nowo — jest tu miejsce dla wszystkich, jeśli tylko zechcą się dzielić. Innymi słowy, Miles był wśród ludzi i za ludzi, a jego ulubionym współpracownikiem i aranżerem był biały kompozytor Gil Evans.

Im głębiej zanurzałem się w geniusz Milesa, tym bardziej fascynowały mnie różne aspekty jego osobowości: bezkompromisowa duma z własnej rasy w Ameryce lat 20., gdzie Renesans Harlemu i epoka jazzu istniały równolegle z wiszącymi na drzewach ciałami czarnych i atakami na czarne społeczności, jak w Greenwood w Tulsie. Miles nie znosił głupców, był rzadkim przykładem czarnego człowieka, który mówił i robił, co czuł. Nawet gdy kończyło się to brutalnym pobiciem przez nowojorską policję pod klubem nocnym, tylko dlatego, że jako gwiazda wieczoru nie chciał odejść od wejścia.

Miles miał piękną, ciemną skórę, był szczupły i wyrzeźbiony dzięki ćwiczeniom bokserskim, a jego charyzmatyczny, chropowaty głos był efektem operacji gardła, po której zignorował zalecenia lekarzy, by nie mówić przez kilka dni. Zrobił to, a niektórzy twierdzą, że nawet krzyczał — stąd jego „książę mroku” jazzowej wokalizy.

O tym wszystkim myślałem, będąc w Jazz at Lincoln Center podczas jubileuszowego koncertu poświęconego Milesowi Davisowi. Orkiestrą od prawie 40 lat kieruje trębacz Wynton Marsalis — można powiedzieć, że legendarny status Wyntona i samo istnienie tego Centrum to zasługa takich postaci jak Miles. Przed zróżnicowaną, wypełnioną po brzegi publicznością orkiestra zabrała nas w fascynującą podróż przez najważniejsze dzieła Milesa z końca lat 50. i początku 60., poza „Kind of Blue”. Z puzonistą Christopherem Crenshawem jako dyrektorem muzycznym tego królewskiego wieczoru, atmosfera była po prostu spokojna. W tym tkwi magia Milesa Davisa: nawet sto lat po urodzeniu i 35 lat po śmierci jego duch unosi się nad sceną jak dym z papierosów, które kiedyś tu palił, muskając każdy zakątek sali.

Myślę, że dlatego tak często pojawia się pytanie o Milesa: Jak to możliwe, że ktoś, kto tworzył tak hipnotyzującą, rewolucyjną, uzdrawiającą i prowokującą muzykę, mógł być zarazem tak okrutny wobec kobiet? Miles otwarcie przyznawał się do ciągłego stosowania przemocy wobec kobiet w autobiografii pisanej razem z poetą Quincym Troupe’em. Był w tym przynajmniej szczery. Ale nigdy naprawdę nie przeprosił, nie okazał prawdziwej skruchy. Po prostu tak było. Właśnie dlatego uznana pisarka Pearl Cleage napisała swoją znakomitą książkę „Mad at Miles” tuż po tym wyznaniu.

Ostatnio Cleage powiedziała mi: Uważam, że musimy oddać hołd geniuszowi artystycznemu, ale jednocześnie uznać, że był sprawcą przemocy wobec kobiet. Musimy to zrobić. Byłam na niego wściekła, bo wiedza o tej przemocy odebrała mi radość z zatopienia się w „Kind of Blue”. To straszny dylemat, przed którym kobiety stoją często, gdy nasi geniusze i bohaterowie stają się naszymi oprawcami.

To bolesne i tragiczne. Rozdarcie, jakie Pearl czuła wobec Milesa nauczyło mnie — i tego też uczą kobiety w znakomitym filmie dokumentalnym „Miles Davis: Birth of the Cool” w reżyserii Stanleya Nelsona Jr. — że my, mężczyźni, nie możemy oczekiwać, by traktowano nas jak ludzi w pełni wielkich, jeśli nie chcemy się zmierzyć z naszymi najciemniejszymi sprzecznościami. Ciągła przemoc wobec kobiet to także część dziedzictwa Milesa. Niestety. Jako dziecko widział i słyszał, jak ojciec krzywdził matkę. Przeżył własne traumy, będąc czarnym mężczyzną w Ameryce — i z narkotykami, i trzeźwy. Stworzył muzykę o wiecznej sile. Ale też skrzywdził wielu ludzi, zwłaszcza wiele kobiet.

Więc kiedy Ameryka zbliża się do 250-lecia, z widocznymi ranami, myślę o tym samym w kontekście setnych urodzin Milesa Davisa. Jakie wyciągamy lekcje, co możemy zrobić inaczej, aby kiedyś to, co czujemy, słuchając „Kind of Blue”, „Sketches of Spain” czy „Tutu”, naprawdę odzwierciedlało to, kim jesteśmy?

***

Kevin Powell jest poetą nominowanym do Nagrody GRAMMY, działaczem humanitarnym, filmowcem, mówcą, stałym współpracownikiem Newsweeka oraz autorem 17 książek, w tym najnowszego tomiku wierszy A Poem for Evangeline, And Other Songs (Get Fresh Books Publishing). Mieszka w Nowym Jorku. Można go znaleźć w mediach społecznościowych, wpisując: poet kevin powell.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version