Justyna Kaczmarczyk, Interia: Budzę się rano, wyłączam budzik w telefonie, ale widzę kilka powiadomień i zaczynam scrollowanie. To źle czy bardzo źle?
Radosław Helwich, terapeuta e-uzależnień: – To jest moment, w którym oddajemy pierwszy kawałek dnia czemuś, czego wcale świadomie nie wybraliśmy. A pierwszy kierunek dnia ma ogromne znaczenie. W gabinecie porównuję to czasem do pomyłki na dworcu. Ktoś chce pojechać z Warszawy do Gdańska, ale wsiada do pociągu do Zakopanego. Przez jakiś czas może nawet nie zauważyć, że jedzie nie tam, gdzie naprawdę chciał. Ze smartfonem dzieje się podobnie. Sięgamy po niego na chwilę, a po pewnym czasie odkrywamy, że odpłynęliśmy w zupełnie inną stronę. I wtedy tracimy podwójnie: najpierw czas, a potem energię potrzebną, by wrócić do siebie i odzyskać właściwy kierunek. Najtrudniejsze jest to, że wiele osób żyje w takim mechanizmie latami, odkładając życie na jutro.
A brain rot, czyli potoczne „gnicie mózgu” od bezwartościowych treści w sieci, istnieje naprawdę?
– To potoczne określenie dobrze oddaje pewien rodzaj współczesnego przeciążenia. Żyjemy dziś w rytmie mikrodawkowania bodźców. Krótkie filmiki, powiadomienia, podsunięte treści, ciągłe zaczepianie uwagi. Każdy z tych impulsów wydaje się mały, ale ich siła bierze się z częstotliwości i powtarzalności. Właśnie dlatego tak łatwo utknąć w ekranie na długo, choć miała to być tylko chwila. Z perspektywy terapeuty e-uzależnień widzę w tym coś bardzo istotnego: niewielki ekran coraz częściej wygrywa dziś z rzeczywistością, z ciszą, z odpoczynkiem, z relacją, a nawet z własnym planem na życie.
To sprawa dopaminy? Ona staje się naszym wrogiem?
– Nie, dopamina nie jest wrogiem. Jest potrzebna, bo odpowiada między innymi za motywację, przyjemność i gotowość do działania. Problem zaczyna się wtedy, gdy współczesny świat uczy nas, że nagroda ma być natychmiastowa. Nasz umysł naturalnie kieruje się ku temu, co przyjemne i łatwo dostępne. A dziś wystarczy jeden ruch kciuka, by dostać impuls nagradzający. Nie trzeba czekać, nie trzeba się trudzić, nie trzeba przechodzić procesu. Kiedyś nagroda była częściej związana z wysiłkiem, cierpliwością i drogą, którą trzeba było przejść. Dziś przyjemność bywa natychmiastowa. I właśnie dlatego zwykłe życie, które wymaga obecności, skupienia i wytrwałości, coraz częściej przegrywa z ekranem.
Ale kiedyś musi następować moment otrzeźwienia, skoro przychodzą do pana pacjenci. Gdyby tak nie było, tkwilibyśmy cały czas w tej króliczej norze. Co to za moment? Kiedy on następuje?
– Najczęściej wtedy, gdy przychodzi wyczerpanie. Bo nadmiar bodźców i nadmiar przyjemności również potrafią wyczerpywać. Układ nerwowy nie jest stworzony do nieustannego bombardowania impulsami. W pewnym momencie ktoś zauważa, że nie potrafi już naprawdę odpocząć bez telefonu, nie umie się skupić, nie odnajduje się w ciszy, nudzie ani w zwyczajnym kontakcie z drugim człowiekiem. Świat offline zaczyna wydawać się zbyt wolny, zbyt mało intensywny, zbyt mało atrakcyjny. I właśnie wtedy pojawia się pierwsze otrzeźwienie: to, co miało dawać ulgę, zaczyna odbierać sprawczość, energię i wewnętrzną wolność.
– Bo długotrwałe zanurzenie w świecie cyfrowym zmienia sposób, w jaki funkcjonuje nasza uwaga, układ nerwowy i codzienne nawyki. W gabinecie widzę osoby, które przez wiele godzin dziennie żyją w stanie ciągłej stymulacji, a potem coraz gorzej radzą sobie z ciszą, relacją, obowiązkami i własnym napięciem. W cięższych przypadkach pojawia się całkowita dezorganizacja dnia, zaniedbywanie snu, ruchu, jedzenia, zdrowia i kontaktów społecznych. Są pacjenci, którzy spędzają przy grach 12-16 godzin dziennie. Jeśli muszą wyjść z domu, zabierają ze sobą urządzenie, które pozwala im nadal pozostać w tym samym świecie psychicznym. Często towarzyszą temu lęki społeczne, objawy somatyczne i trudność w zwykłym byciu z ludźmi. Ciało i psychika zaczynają płacić wysoką cenę za życie odcięte od naturalnego rytmu.
– Ostatnio rozmawialiśmy też z ekspertami Fundacji HALT o ważnym zjawisku. Dziś coraz częściej słyszymy o diagnozach ADHD u dzieci. Oczywiście przyczyn może być wiele i każda diagnoza wymaga ogromnej uważności. Mam jednak obawę, że czasem zbyt mało miejsca poświęca się wpływowi przeciążenia ekranowego. Niektóre objawy, wynikające z nadmiernej stymulacji albo z ograniczenia dostępu do urządzenia, mogą przypominać inne trudności rozwojowe czy psychiczne. To pokazuje, jak bardzo potrzebujemy dziś diagnozy pogłębionej, a nie szybkiego etykietowania.
Jakie objawy u dziecka może wywoływać odstawienie ekranu?
– U części dzieci reakcje bywają bardzo silne. Po odebraniu swobodnego dostępu do urządzenia może pojawić się furia, impulsywność, zachowanie trudne do opanowania. Czasem dzieje się odwrotnie: pojawia się apatia, wycofanie, spadek energii, jakby nagle odłączono główne źródło stymulacji. W cięższych przypadkach mogą pojawiać się bardzo niepokojące treści i zachowania, których absolutnie nie wolno bagatelizować. To pokazuje, że ekran przestaje być wtedy narzędziem, a staje się czymś, co reguluje emocje, napięcie i poczucie bezpieczeństwa. A to jest już bardzo poważny sygnał alarmowy.
Według danych NASK średni czas korzystania przez nastolatki z internetu urósł od 3 godz. 40 minut w 2017 roku do 5 godz. i 16 minut w 2023. Jak pan ocenia tę zmianę?
– To nie jest już tylko statystyka. To jest zapis głębokiej zmiany cywilizacyjnej. Mamy dziś dwa pokolenia wychowywane w świecie smartfonów. Osoby, które same dorastały z ekranem w dłoni, wychowują dzieci w tym samym środowisku. A jeśli same mają trudność z regulowaniem swojej obecności online, bardzo łatwo przekazują dalej ten wzorzec. Poruszyła mnie kampania „Zaloguj się do relacji”, bo pokazuje coś niezwykle ważnego: rodzic jest obok dziecka fizycznie, ale psychicznie jest gdzie indziej. Dla dziecka to nie jest drobiazg. To może być bardzo głębokie doświadczenie: ekran jest ważniejszy niż ja.
To bardzo smutny wniosek.
– Smutny, ale potrzebny, bo odsłania sedno problemu. Wielu rodziców przychodzi z przekonaniem, że trzeba naprawić dziecko. Tymczasem dziecko bardzo często pokazuje napięcia całego systemu rodzinnego. Ono nie żyje w próżni. Żyje w relacjach, w rytmie domu i w codziennych wzorcach, które chłonie bardziej oczami niż słowami. Dlatego jako terapeuta e-uzależnień patrzę nie tylko na sam objaw, ale na cały układ. Dopiero wtedy widać, gdzie naprawdę zaczyna się problem i co domaga się uzdrowienia.
– Znam też przypadki rodziców, którzy są już na emeryturze i nadal utrzymują dorosłe, 30- czy 40-letnie dzieci uzależnione od gier. Tacy sponsorzy komfortu. Robią to z miłości, z lęku, z bezradności, ale w praktyce tworzą warunki, w których nałóg może trwać niemal bez przeszkód.
– Tak. To mocne określenie, ale bardzo trafne. Podobnie jak w innych uzależnieniach bywają osoby, które nieświadomie podtrzymują cały system, tak tutaj bliscy często sponsorują komfort pozostawania w nałogu. Opłacają mieszkanie, robią zakupy, piorą, gotują, biorą na siebie odpowiedzialność za codzienne życie dorosłego dziecka. Zwykle stoi za tym troska, a nie zła wola. Problem polega na tym, że troska pozbawiona granic może nie pomagać wrócić do życia, tylko oddalać moment konfrontacji z rzeczywistością.
Jeśli nas czyta ktoś w podobnej sytuacji, co pan mu powie?
– To, co z zewnątrz wygląda jak pomoc, czasem w rzeczywistości wzmacnia problem. Właśnie dlatego specjaliści mówią o mechanizmach współuzależnienia. Nie chodzi o to, że ktoś sam gra, czy sam siedzi w sieci, ale że swoim działaniem, mimo dobrych intencji, podtrzymuje destrukcyjny układ. Najtrudniejsze bywa przełamanie wstydu, bo e-uzależnienia nadal są przez wiele rodzin ukrywane. A przecież im wcześniej pojawia się pomoc, tym większa szansa, że uda się zatrzymać proces, zanim rozpadnie się zdrowie, relacje i codzienne funkcjonowanie.
Jak dużym problemem są dzisiaj e-uzależnienia?
– Bardzo dużym, a wciąż jeszcze niedostatecznie rozpoznanym. Kiedy pracowałem w poradni zdrowia psychicznego, gdzie zajmowaliśmy się głównie uzależnieniami od alkoholu i narkotyków, widzieliśmy wyraźnie, że coraz rzadziej problem dotyczył tylko jednej substancji czy jednego zachowania. To, co kiedyś wydawało się jedynie dodatkiem, zaczęło przyjmować formę pełnoprawnego zachowania nałogowego. Wielogodzinne oglądanie filmików, seriali, pornografia, gry, kompulsywne bycie online. Już wtedy było widać, że nadchodzi kryzys, którego jeszcze nie umiemy do końca nazwać, ale którego skutki będziemy odczuwać coraz mocniej.
– Tak. Pandemia była momentem przełomowym. Dla wielu osób świat wirtualny stał się wtedy głównym miejscem życia, regulowania emocji, kontaktu, ucieczki i przetrwania. I część z nich już z tego świata w pełni nie wróciła. Dziś coraz wyraźniej widzimy, że e-uzależnienia nie są marginesem ani chwilowym tematem medialnym. To realny problem zdrowotny, rodzinny i społeczny. Mam poczucie, że zmierzamy w stronę rzeczywistości, w której terapeutów e-uzależnień będzie po prostu za mało wobec skali potrzeb.
Rozmawiała: Justyna Kaczmarczyk
justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl
-
Sprzedawcy fałszywych leków w rękach policji. „Poważne zagrożenie dla życia”
-
Meta i Google usłyszały wyrok. Przełomowa decyzja sądu


