Przedstawiciele prawicy wygrzebali stare zabawki i grają w znaną od stuleci grę. W programie PiS to jest od początku napisane wprost. Jeszcze Ludwik Dorn mówił o konieczności redystrybucji szacunku. Karol Nawrocki w kampanii wyborczej podkreślał, że trzeba uznać ludzi takimi, jakimi oni są. To wciąż ta sama elitarna gra — mówi prof. Piotr Kulas, socjolog i historyk idei.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Prof. Piotr Kulas: A dlaczego żaden dowód? Jakby na poważnie zbadać to, co Polacy piszą w mediach społecznościowych, tobyśmy więcej wiedzieli o sobie niż z badań ankieterów.

— Demokratyzacja kultury przynosi sporo dobrego, ale jeśli inteligencja traci rolę strażniczki standardów, to też nie jest dobrze. Wtedy wszystko wolno. Nawet w MMA nie wszystkie chwyty są dozwolone i obowiązują pewne zasady, a tu ktoś bierze telefon do ręki, pisze parę nienawistnych komentarzy i nic się nie dzieje. Tak mu się napisało. Do tego sekundują temu niekiedy sami inteligenci z nadzieją na wykorzystanie tych komentarzy i emocji wobec własnych politycznych wrogów.

— Dotychczas w demokracjach liberalnych, w których wartością był konsensus i dobrze funkcjonowały różne bezpieczniki w rodzaju konstytucji i instytucji państwa, ten argument pojawiał się rzadziej, ale jest coraz powszechniejszy. To efekt populistycznego zwrotu pewnych frakcji elit do tego, by zdobyć przewagę nad resztą. Bo to przecież nie jest tak, że o lud upominają się jego realni, ludowi przedstawiciele. Viktor Orbán, niegdyś zwolennik liberalnej demokracji, czy politycy PiS — zwłaszcza ta starsza, inteligencka frakcja — postanawiają odwołać się do ludu, wygenerować napięcie na osi lud — elity, rozgrzać jego emocje, grając populistyczną kartą.

— W USA wizerunek człowieka sukcesu zawiera w sobie element charyzmy. W Polsce elity mają rodowód inteligencki i na inteligenckiej tradycji budują swój autorytet, a nawet charyzmę. Stąd elita pisowska — ale nie tylko ona — odwołuje się do tego, co się tradycyjnie kojarzy z polską inteligencją: z pomocniczością, patriotyzmem, obietnicą uobywatelnienia mas ludowych. W przypadku prawicy jest to mniej bądź bardziej świadome odwołanie do historycznego wzorca endecji. Jej twórca Roman Dmowski, sam będąc inteligentem, krytykował wielkopańską elitę za to samo, co słyszymy dziś: że jest oderwana od polskości, służy obcym interesom, zamyka się we własnym gronie, a jej elitarna kultura jest niedostępna dla społeczeństwa.

Nie jesteśmy społeczeństwem klasowym, tylko raczej warstwowym: ludowo-inteligenckim. Jednym z istotnych napięć społecznych jest oderwanie się części elity inteligenckiej od reszty. Dlatego przedstawiciele prawicy wygrzebali stare zabawki i grają w znaną od stuleci grę. W programie PiS — badaliśmy to z Pawłem Śpiewakiem — to jest od początku napisane wprost. Ludwik Dorn, kiedy był jeszcze jednym z trzech bliźniaków, mówił o konieczności redystrybucji szacunku. Karol Nawrocki w kampanii wyborczej podkreślał, że trzeba uznać ludzi takimi, jakimi oni są. To wciąż ta sama elitarna gra, która jednak nie zmienia zasady dystrybucji władzy w społeczeństwie. Obie główne frakcje elit — ta bardziej światowa, liberalna, wielkomiejska i ta bardziej nacjonalistyczna — mają swoje własne ludy i grają na ich emocjach.

— Żeby w Polsce być uznanym w przestrzeni publicznej, trzeba być jakimś rodzajem patrioty. Strona liberalna ze swoim czekoladowym orłem zaprzeczyła tym emocjom. Zrobiła z tego — i to chyba na poważnie, więc jeszcze gorzej — groteskę. A w czym ten lud słabiej wykształcony z małych miasteczek i wsi wschodniej Polski może prześcignąć wielkomiejskie elity? W byciu Polakiem. Dlatego element wielkomiejskości, oderwania od polskości zaczyna odgrywać dużą rolę. Część polskich inteligentów uwierzyła, że teraz to już jesteśmy na zachodzie, jesteśmy dojrzalsi i gramy w nieco bardziej racjonalną grę. I przegrali konflikt o dusze, bo druga strona mówi: jesteśmy Polakami bardziej niż wy.

— To jest człowiek z awansu, któremu się udało wejść do inteligencji. Każdy zna kogoś takiego. Nie pretenduje, nie jest odklejony, nie poucza, nie zawstydza, w jakimś sensie pozostał człowiekiem z bloku. A przecież to jest doświadczenie większości Polaków. Jeszcze na początku lat 80. Polska była krajem w większości postchłopskim. Ludowość dominowała także w miejskich blokowiskach. W tym sensie Nawrocki jest dla wielu reprezentantem idealnym.

— Żaden z nich. Elita to ludzie, które zajmują uprzywilejowane miejsca w sektorach kluczowych dla społeczeństwa. Węższa definicja jest taka: to osoby mające realny udział w dystrybucji władzy. Te dwie osoby w sensie bardzo ogólnym są częścią ludu albo różnych frakcji klasy średniej.

— To nie takie proste, bo nie pieniądze, tylko kapitał kulturowy wciąż jest w Polsce kluczowym, najbardziej docenionym. Mimo że część inteligencji pracuje i żyje w prekaryjnych warunkach, to dalej mają większy prestiż. Zrobiłem niedawno badania na temat postrzegania inteligencji i wynika z nich jasno, że lud myśli lepiej o inteligencji, niż ona sama o sobie. I wciąż oczekuje od niej wypełniania roli opiekunki ludu, którą znamy z Żeromskiego. To karta, którą warto grać politycznie, bo jak ktoś nią nie gra, naraża się na ataki drugiej strony, która powie: oni się wami nie interesują, sprzedaliby was. A my was rozumiemy.

— Tak. Obserwujemy proces demokratyzacji kultury w Polsce, ale wciąż działają u nas stare wzorce. Przypomnę poglądy dwóch wielkich inteligentów: Czesława Miłosza i Józefa Chałasińskiego. Ten pierwszy mówił, że nie może czytać „Reader’s Digest”, oferującego streszczenie książek dla Amerykanów, którzy niczego nie rozumieją, ale chcą uchodzić za oczytanych. Człowiekowi wysokiej kultury czytanie tego nie przystoi. A Chałasiński mówił: spójrzmy, jak kultura amerykańska zbliża się do zwykłego odbiorcy.

Wielkomiejskie elity przez całe lata 90. i dwutysięczne mówiły: idź na studia, ucz się języków, może w końcu zostaniesz człowiekiem. Ale jest coraz więcej odwagi do bycia równym, co wykorzystał Nawrocki. Oni ci mówią, co masz myśleć, czytać. A my cię widzimy takim, jakim jesteś. Jesteś człowiekiem na starcie. Klasą średnią nawet.

— Jak można komuś zrobić prawdziwą krzywdę? Gardzić nim. Piszę aktualnie książkę o szacunku. W moich badaniach widać wyraźnie, że Polacy mogą nawet przygłodować, ale muszą zachować honor, godność, być uznani, widziani w przestrzeni publicznej. Dziś to klasa ludowa domaga się uznania. Bronisław Komorowski tego nie rozumiał. Donald Tusk to rozumie, ale bodaj lepiej rozumieją to ludzie związani z PiS i prawicą.

— Trafna obserwacja. Mieli poczucie wyrzucenia z salonu, dlatego lepiej tę emocję rozumieją i lepiej nią grają.

— I zaczęli budować własne instytucje, nawet własne nagrody. Prawicowe elity starają się maskować swoją pogardę dla ludu wielkomiejskiego, natomiast ci drudzy, broniący swoich przywilejów w zmieniającym się świecie, tracący kapitał, czują czasem, że pogarda to ostatnia broń, jaka im została.

Tymczasem lud manifestuje swoją równość, do czego wcześniej nie miał odwagi. To widać w badaniach CBOS. Zawód pielęgniarki jest bardziej prestiżowy niż lekarza, murarz cieszy się większym uznaniem niż profesor. Lud chce być doceniony. Świetnie to pokazują książki Arlie Russell Hochschild, jak „Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy”, a szczególnie „Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy”, jedna z najlepszych książek socjologicznych, jakie czytałem. Trump przychodzi do biedujących mieszkańców Appalachów czy Luizjany i mówi: byliście niewidzialni, ale ja was zauważam, widzę wasze problemy, ale też szanuję was, jakimi jesteście.

— Wyborcy chcą im wierzyć. Ludzie potrzebują symbolicznego uznania i aprobaty. Dlatego najpierw musiałoby dojść do sytuacji analogicznej do słynnych nagrań i podsłuchanych rozmów, które doprowadziły do wywrócenia stolika politycznego. Ktoś musiałby pokazać, co ci politycy naprawdę myślą o ludzie, którego oficjalnie bronią.

— Bardzo trudne pytanie, nie umiem na nie krótko odpowiedzieć. Sądzę, że każda strona konfliktu życzyłaby sobie jego zamrożenia, tyle że na własnych zasadach. Obie strony zaczynają mieć trochę dość, ale żadna nie jest gotowa ustąpić.

— W Polsce zasadniczy konflikt ma charakter tożsamościowy, a nie ekonomiczny. Kwestie tożsamościowe tworzą fundament polskiej polityki. Polityczne elity definiują i obsługują napięcia poprzez odmowę uznania dla jednych grup i zapewnienie go dla innych. Ludzie rzadko głosują za swoim interesem gospodarczym. Znaczna część społeczeństwa żyje w rodzaju fałszywej świadomości, jeśli chodzi o własny interes ekonomiczny. Znów odwołam się do książki Hochschild. Najbiedniejsi mieszkańcy Luizjany żyją w domach, które się rozpadają i zapadają przez przemysł naftowy. A na kogo głosują? Na prawicowych populistów, którzy ten przemysł wspierają. Dlaczego? Bo populiści ich widzą albo chociaż mówią, że ich widzą. Reszta nie ma dla nich wielkiego znaczenia.

Jarosław Gowin jako minister nauki w rządzie Zjednoczonej Prawicy wprowadzał reformę, która z perspektywy szans mas ludowych na awans była niekorzystna. Ale oni tego nie widzieli i głosowali na prawicę. Ciekawy jest przypadek 500+. Gdy przeciwnicy programu (głównie liberałowie) postanowili zaatakować jego beneficjentów pogardą, mówiąc np., że pieniądze zostaną wydane na alkohol, wtedy transfer socjalny nabrał charakteru godnościowego. Opowieść o szacunku w odpowiedzi na pogardę jest potężną bronią, zwłaszcza w Polsce, gdzie kultura odgrywa tak istotną rolę.

Z kolei wielkomiejska inteligencja — wspomniany już akademik, muzyk, artysta itd. — głosuje za Koalicją, która nie ma dla niej pieniędzy i właściwie nic do zaoferowania poza kwestiami tożsamościowymi. I obietnicą — częściowo tylko spełnioną — jej marzeń o szacunku dla własnego światopoglądu i jego obrony. Świadomość własnych interesów gospodarczych wymaga przekonującej opowieści. Zbudowanie takiej opowieści i jej społeczna recepcja są w polskim klimacie trudniejsze niż dostarczenie kolejnego przypisu do „Wesela”.

— Atakując 500+ pogardą, dano broń do ręki drugiej stronie. Wprowadzając ten program, najpierw mówiono przede wszystkim o dzietności, potem o redystrybucji, wreszcie stał się on symbolem dyskursu o godności i uznaniu. Nie wiem, czy to było intencjonalne, ale pomoc społeczna kojarzy się często z rodzajem piętna, wstydu, beneficjent pomocy może się poczuć w jakimś sensie gorszy, a tu pieniądze dano wszystkim. W efekcie był to majstersztyk, który stał się w ostatnich latach kolejną odsłoną opowieści o szacunku.

Piotr Kulas jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, socjologiem i historykiem idei. Autor i współredaktor m.in. „Inteligenckość zaprzeczona. Etos i tożsamość młodych inteligenckich elit” (2017), „W cierpieniu nie ma nic pozytywnego. Paweł Śpiewak w rozmowie z Piotrem Kulasem” (2025). Pomysłodawca i kierownik Laboratorium Analiz Transformacji Elit i Inteligencji #Elitylab UW

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version