Wyprawa do świata bajek, wodnych szaleństw, dzikich zwierząt, miniaturowych konstrukcji czy może inżynierii i cudów techniki? Niezapomniane przeżycia to najlepszy prezent, podpowiadamy więc, gdzie spędzić Dzień Dziecka pełen wrażeń dla dużych i małych.

Do Lego trudno nie mieć sentymentu. I to nawet wtedy, gdy kilka razy nadepnęło się na klocki gołą stopą. A jeżeli o Legolandzie mowa, najlepiej się wybrać do kolebki, czyli duńskiego Billund. Bo dla wielu fanów ten najstarszy ze wszystkich Legolandów na świecie jest tym jedynym, najprawdziwszym — krótko mówiąc: „klasyka”.

Wszystko zaczęło się od Minilandu, na który zużyto aż 20 mln klocków (zresztą ich fabryka znajduje się kilka kroków stąd). Miniaturowe wersje budynków z całego świata zachwycają — od uliczek Kopenhagi, po pięć najwyższych budynków świata. Są też działające śluzy, jeżdżące pociągi, platformy wiertnicze czy samoloty gotowe do startu. Z kolei konstrukcje z całego świata, od Tadż Mahal po operę w Sydney i nowojorską Statuę Wolności, zobaczymy podczas rejsu żółtą motorówką. Świetne jest też safari jeepem, podczas którego spotkamy strusie, żyrafy czy słonie stworzone oczywiście z klocków.

Najnowszą, otwartą w marcu atrakcją jest Minifigure Speedway, czyli pierwszy na świecie — uwaga, uwaga! — podwójny rollercoaster, w którym wagoniki startują równocześnie na dwóch równoległych torach, rozpędzając się do 57 km na godz. i wspinając na aż 17 m. Zależnie od punktu widzenia można na nim doznać podwójnej dawki emocji lub… podwójnego zawału. Znakiem rozpoznawczym tej atrakcji jest Roxie — największa na świecie (i najcięższa, bo ważąca 6 ton) figurka Lego, która mierzy aż 9 m.

W Billund na każdym kroku widać, że jesteśmy w świecie Lego. Już na lotnisku (leżącym zaledwie 10 minut drogi autobusem od parku) klocki znajdziemy dosłownie wszędzie, często w niedostępnych nigdzie indziej zestawach, a całe miasto wciąż żyje historią założyciela kultowej marki, Ole Kirka Christiansena. Trudno się dziwić — w końcu pochodził on z tych okolic i zrobił zawrotną karierę, a start miał szczególnie trudny, bo urodził się jako dziesiąte dziecko ubogich farmerów. Dzisiejszy Legoland stoi zresztą na miejscu jego dawnego zakładu stolarskiego i to właśnie ze względu na fach Christiansena pierwsze klocki Lego były drewniane.

Paryski Disneyland przeszedł tej wiosny istną rewolucję. Po przebudowie wartej 2 mln euro ruszył drugi park rozrywki — Disney Adventure World (dawniej The Walt Disney Studios). Jego sercem jest ogromne jezioro, na którym wieczorem odbywają się niesamowite spektakle z użyciem dronów i kolorowo podświetlonych fontann. Do atrakcji takich jak świat Pixara i Avengersów dołączyła Kraina Lodu, czyli królestwo Arendelle, w którym spotkamy Elsę, Annę, gadatliwego bałwanka Olafa oraz całą masę postaci, które dzieci rozpoznają bez wątpienia lepiej niż my. Największą atrakcją jest Frozen Ever After, czyli pełen muzyki rejs łodzią po lodowej krainie Elsy, gdzie dzięki najnowszej technologii postaci z bajki ruszają się tak, jakbyśmy znaleźli się w środku animacji.

Odwiedzając Disneyland, warto pamiętać, że ten świat dziecięcych marzeń leży na ogromnym terenie ponad 80 ha, więc wszystkiego nie damy rady zobaczyć. Warto przygotować sobie plan i nastawić się, że zrealizujemy zaledwie połowę. Rocznie paryski Disneyland odwiedza aż 15 mln gości, czyli tyle, co wieżę Eiffla i Luwr razem wzięte, więc nie ma co ukrywać — panuje tu tłok, a kolejki do poszczególnych atrakcji potrafią być ogromne. Dość powiedzieć, że w „spokojny dzień” sam tylko Disneyland Park przyjmuje ok. 28 tys. gości.

Pomysłem, by ominąć kolejki, jest zamieszkanie w jednym z hoteli Disneya. Są bajońsko drogie, ale za to ich goście mają dostęp do parku na dwie godziny przed oficjalnym otwarciem (nazywa się to Extra Magic Time), czyli już o 8.30. A że Disney umie zarabiać, ma też usługę krótkiej kolejki, czyli Disney Premier Access. Można ją wykupić na jedną atrakcję albo cały dzień. Ceny są dynamiczne i zależą od obłożenia parku: za pojedyncze wejście zapłacimy 5-18 euro/os., a za bezkolejkowy dostęp do 16 atrakcji od 90 euro/os. Drogo, szczególnie gdy doliczyć bilet wstępu (jeden dzień na dwa parki — od 110 euro), ale za to możemy być pewni, że większość atrakcji zdążymy odwiedzić, a nie utkniemy w mało bajkowych kolejkach.

Nad głową latają kolorowe motyle, w koronach drzew szaleją małpy, zewsząd dobiegają pokrzykiwania ptaków, jest lepko i wilgotno, jak to w tropikach. Można zagłębić się w dżungli, spacerując krętymi ścieżkami albo zanurzyć w koronach drzew, stawiając kroki na chybotliwych, wiszących mostach. Jest też najprawdziwsze safari łodzią, podczas którego bezszelestnie zbliżymy się do tapirów, wiszących na gałęziach leniwców, taplających się w błocie hipopotamów karłowatych, legwanów zielonych i waranów z Komodo. Kto ma szczęście, wypatrzy nawet płochliwego ocelota. Wszystko jest tak zaaranżowane, że szybko zapomnimy, iż jesteśmy w największej w Europie tropikalnej hali Gondwanaland. Jest wysoka na zawrotne 35 m, przez cały rok panuje tu stała temperatura 25 st. C i duża wilgotność. Wszystko to w ogromnym i wiekowym zoo w Lipsku, założonym w 1878 r., które przez ostatnie lata przepoczwarzyło się w istny ogród zoologiczny przyszłości.

Teren lipskiego zoo jest ogromny, a Gondwanaland jest główną, lecz nie jedyną jego atrakcją. Są tu światy tematyczne, takie jak afrykańska sawanna, tajga dla tygrysów oraz Pongoland, czyli kryjący się pod szklaną, choć nieco mniejszą kopułą rozległy wybieg dla małp człekokształtnych. Zdjęcia szympansów grających w piłkę, goryli karmiących młode czy rudych orangutanów z Sumatry wyglądają, jakbyśmy zrobili je w najprawdziwszej dżungli. To również świetna okazja, by jak najwięcej się o tych najbliżej z nami spokrewnionych zwierzętach dowiedzieć.

Relaks w cieniu 700 palm z Florydy, Malezji czy Kostaryki, w 32-stopniowym upale, za to bez lotu samolotem i jet lagu, bo tuż pod Warszawą — oto klucz do sukcesu Suntago, największego parku wodnego w Europie. Jego atrakcje są podzielone na trzy strefy. Jamango to szalona zabawa: 35 zjeżdżalni, w tym najdłuższa kryta w Europie Jungle Eclipse, licząca zawrotne 320 m. I jeszcze kolorowa Rainbow Race, na której może zjeżdżać koło siebie aż osiem osób, bijąc rekordy ślizgu i prędkości. Jest też ogromny basen z falami, gdzie poczujemy się niemal jak nad morzem, i taki, na którym spróbujemy sił na desce surfingowej.

Z kolei strefa Relax (dla gości w wieku 16+) to odpoczynek w cieniu palm, basen z solanką z Morza Martwego oraz kąpiele mineralne: siarkowe, potasowe czy litowe o właściwościach leczniczych. Można tu też skorzystać z masaży i zabiegów. No i w końcu Saunaria, czyli dziesięć saun, każda rodem z innego świata: jedna inspirowana Egiptem, inna ozdobiona wielkim akwarium. Są też pomysłowy, kwiatowy prysznic, w którym woda spływa z gigantycznych, białych kielichów kalii, oraz grota solna pięknie ozdobiona podświetlonymi blokami soli.

Latem szklany dach hali się otwiera, a na zewnątrz, poza basenami podgrzewanymi do 32-34 st. C, czeka masa atrakcji, jak chociażby kąpiel w pianie czy świetny, wodny plac zabaw. Jest tu też najprawdziwsza plaża z piaskiem i leżaki dla relaksu, więc można sobie spalić nos niczym w najprawdziwszych tropikach.

Rejs statkiem po trawie, unikatowy system wiekowych pochylni napędzanych siłą wody i rezerwat przyrody wokół — atrakcje Kanału Elbląskiego śmiało mogą konkurować z parkami rozrywki. Skąd te pochylnie? Chodziło o wyrównanie różnic poziomów, która na dystansie niecałych 10 km pomiędzy Buczyńcem a jeziorem Druzno pod Elblągiem wynosi dokładnie 99,52 m, czyli mniej więcej tyle co wysokość Big Bena, Statui Wolności czy Stadionu Narodowego w Warszawie. Dla statków to istna przepaść, dlatego każda z pięciu pochylni pomaga pokonać ją po kawałku. Wybudowano je w połowie XIX w., w czasach przed komputerami i laserami, dlatego śluzy uznawane są za techniczny majstersztyk. Koła wodne, turbiny, sprytne rurociągi, bębny, liny wyciągowe, a wszystko po to, by przeciągnąć statek „po trawie” czasem przez niemal pół kilometra pomiędzy jednym zbiornikiem wodnym a drugim. Pierwsza pochylnia w Buczyńcu, w którym dobrze jest zacząć rejs, to miejsce, gdzie łodzie „po trawie” pokonują aż 20 m różnicy poziomów. Dzięki drugiej pochylni, w Kątach, wędrują poza wodą przez metrów 18, a trzeciej, tej w Oleśnicy, przez rekordowe 24 m i 20 cm.

Od czerwca do sierpnia w dwugodzinny rejs po czterech pochylniach można popłynąć trzy razy dziennie (są też oczywiście rejsy dłuższe, w końcu Kanał Elbląski ma aż 84,2 km długości). Dla dzieciaków lubiących maszyny i dla dorosłych z zacięciem technicznym to wypad idealny i na dodatek na świeżym powietrzu… A na deser można wybrać się do nieodległego Zamku Krzyżackiego w Malborku!

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version