-
Na statku wycieczkowym płynącym po Atlantyku potwierdzono dwa przypadki zakażenia hantawirusem, zgłoszono pięć podejrzanych przypadków i trzy zgony.
-
Główny Inspektor Sanitarny Paweł Grzesiowski poinformował, że w Polsce występują rodzime odmiany hantawirusa, które powodują ciężkie zachorowania, głównie z niewydolnością nerek.
-
Według Grzesiowskiego wariant południowoamerykański prowadzi częściej do wysokiej śmiertelności, a na statku nie ma ryzyka epidemii podobnej do COVID-19.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
W niedzielę Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) poinformowała o śmierci trzech pasażerów statku wycieczkowego płynącego po Oceanie Atlantyckim. U dwojga z nich potwierdzono zakażenie hantawirusem.
W poniedziałek ministerstwo spraw zagranicznych przekazało, że w rejsie biorą udział również Polacy. Rzecznik resortu poinformował, że obecnie żaden z obywateli kraju nie choruje.
Szerszego komentarza na temat specyfiki hantawirusa udzielił we wtorek na antenie Polsat News Główny Inspektor Sanitarny dr Paweł Grzesiowski.
Hantawirus na wycieczkowcu. Trzy osoby nie żyją. Na statku są Polacy
„Do 4 maja 2026 r. zidentyfikowano siedem przypadków (dwa potwierdzone laboratoryjnie przypadki hantawirusa i pięć podejrzanych przypadków), w tym trzy zgony, jednego pacjenta w stanie krytycznym i trzy osoby zgłaszające łagodne objawy” – przekazało WHO w poniedziałkowym komunikacie, relacjonując sytuację na wycieczkowcu MV Hondius.
W poniedziałek do sprawy odniósł się także rzecznik polskiego MSZ Maciej Wewiór, informując o stanie zdrowia Polaków biorących udział w rejsie.
„Monitorujemy sytuację i jesteśmy w stałym kontakcie z odpowiednimi służbami sanitarnymi. Według aktualnych informacji wszyscy obywatele Polski na statku czują się dobrze. Nikt nie zgłaszał potrzeby wsparcia medycznego ani konsularnego” – przekazał Wewiór.
Paweł Grzesiowski o hantawirusie na statku. „Sytuacja jest nietypowa”
O możliwe przyczyny sytuacji, do której doszło na wycieczkowcu, zapytano na antenie Polsat News dr. Pawła Grzesiowskiego.
– Sytuacja jest nietypowa, bo hantawirusy są wykrywane najczęściej wśród osób, które mają styczność z odchodami gryzoni, np. myszy czy nornic, co ma miejsce podczas sprzątania czy w gospodarstwach rolnych. Rzadko się to dzieje wśród turystów – mówił Grzesiowski.
Wskazał, że na statek mogły wejść osoby już zarażone. Jak tłumaczył, okres wylęgania wirusa wynosi do sześciu tygodni, średnio są to trzy tygodnie, a rejs rozpoczął się 1 kwietnia.
Druga możliwa jego zdaniem opcja oznaczałaby, że na statku panowały takie warunki, że wirus przenosił się między ludźmi. – To się dzieje rzadko, ale jest możliwe przy bardzo bliskim kontakcie, a pamiętajmy, że wśród osób zarażonych było małżeństwo, czyli mieszkali w tej samej kajucie – zaznaczył.
Grzesiowski przekazał również, że w Ameryce Południowej, skąd ruszał statek, występuje jedna z odmian hantawirusa, która łatwiej przenosi się między ludźmi.
Hantawirusy w Polsce. „Nie trzeba wyjeżdżać, by się zarazić”
Jak wskazał Grzesiowski, w Polsce również występują przypadki tej choroby – „nawet do 20 rocznie”. – Ale to są nasze rodzime hantawirusy. Większość z tych osób przeżywa, choć choruje ciężko – tłumaczył.
Wyjaśnił też, czym charakteryzuje się „polska odmiana” hantawirusa. Choroba, poza objawami ogólnymi, czyli gorączką, osłabieniem, bólem mięśni, w Polsce wywołuje niewydolność nerek. – W polskich warunkach mamy więcej takich pacjentów – przekazał.
Na statku „sytuacja jest trudniejsza, bo dochodzi do ciężkiego zapalenia płuc i to jest najczęstsza przyczyna śmierci, czyli niewydolność układu oddechowego”. W przypadku hantawirusa nie istnieje ani lekarstwo, ani szczepionka – wskazał Grzesiowski.
– Pozostaje leczenie wspomagające, które oczywiście ma ogromne znaczenie (…) i wielu chorych dzięki temu przeżywa. Niestety na przykład w tej odmianie południowoamerykańskiej śmiertelność jest wysoka, nawet do 30 procent chorych nie przeżywa – wyjaśnił.
Profilaktyka, jak przekazał Grzesiowski, obejmuje zakładanie maseczki oraz rękawiczek wszędzie tam, gdzie mamy kontakt z odchodami gryzoni. – To jest też rada dla osób mieszkających w Polsce, bo nie trzeba wyjeżdżać, żeby się zarazić – zaznaczył.
Podkreślił też, że nie ma ryzyka wybuchu epidemii. – Skoro jest 150 osób na statku, a mamy sześć osób chorych, to choroba nie jest podobna np. do COVID-u – argumentował Grzesiowski.
-
Koszmarny wypadek w Alpach. Zginęła 26-letnia Polka
-
Wielki alarm w Rosji, zagrożenie nawet na Syberii. To 2000 km od Ukrainy


