Kiedy w lutym 2025 r. spacerowałem po mieście Key West na Florydzie, mojej uwagi nie przykuły światowej klasy restauracje, nietuzinkowe bary czy sklepy z ciastem limonkowym. Zainteresowały mnie punkty sprzedaży konopi.

Tekst został opublikowany w The Telegraph, brytyjskim serwisie należącym — podobnie jak „Newsweek” i Onet — do grupy Axel Springer.

Jako 70-letni emerytowany lekarz NHS i badacz z Leeds, przez 40 lat specjalizowałem się w farmakologii i badaniach klinicznych, a jednak marihuanę przedstawiano mi jedynie jako narkotyk.

Zawsze byłem bardziej otwarty na temat konopi niż pozostali lekarze z mojego pokolenia. Nigdy szczególnie nie pociągała mnie jako używka, ale śledziłem badania farmakologiczne już od lat 80. Wtedy było ich niewiele — częściowo przez trudności z prowadzeniem badań klinicznych z kontrolowaną substancją — ale miałem wrażenie, że marihuana może być pomocna przy niektórych chorobach i dolegliwościach: od padaczki po przewlekły ból, a może nawet przy moich własnych problemach psychicznych. Borykałem się z depresją i problemami ze snem już od trzydziestki.

Pierwszy, bardzo silny epizod depresji dopadł mnie znienacka pewnego dnia w 1987 r. Wtedy nie widziałem żadnych oczywistych przyczyn, choć później zorientowałem się, że może to być związane z sezonowym zaburzeniem afektywnym (SAD). W tamtych czasach problemy ze zdrowiem psychicznym były raczej ukrywane. Poza tym lekarze słyną z tego, że fatalnie znoszą bycie w roli pacjenta, więc powiedziałem o chorobie tylko mojej żonie Alison. Po prostu brnęliśmy przez to razem.

Moja motywacja była bardzo niska, choć pomagało mi bieganie i jazda na rowerze. Nadal jednak miałem kłopoty ze snem i natrętnymi myślami. Brakowało mi dystansu, żeby dostrzec, że drobne problemy można przezwyciężyć, czułem się bezradny.

Próbowałem terapii poznawczo-behawioralnej (CBT) oraz fluoksetyny, leku z grupy selektywnych inhibitorów wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI), które znacząco zmniejszyły moje lęki i poprawiły nastrój, ale miały też skutki uboczne. Zaburzenia seksualne, problemy ze wzrokiem, migreny i kłopoty ze snem. Wydawało mi się, że to cena, jaką muszę zapłacić za leczenie depresji.

Wchodząc tamtego dnia do jaskrawo oświetlonego neonami sklepu, nie szukałem odurzenia. Byłem ciekaw, czy konopie mogą mi pomóc. Porozmawiałem z ekspedientką, młodą kobietą stojącą za ladą w szortach, t-shircie i klapkach. Nie udzieliła mi żadnych porad dotyczących moich objawów, ale opowiedziała o całej gamie produktów — od żelków po gotowe jointy i olejki. Zasugerowała, żebym spróbował żelki z THC przed snem, ponieważ klienci zwykle się po nich relaksują. To było jak zwykły owocowy cukierek, tylko z lekko gorzkim posmakiem.

Tej nocy postąpiłem zgodnie z jej instrukcją. Zjadłem owocową żelkę trzy godziny przed pójściem spać i spałem dobrze — chyba pierwszy raz od lat. Nie budziłem się nad ranem, żeby rozmyślać o nadchodzących wizytach, rzeczach do zrobienia, sprawach rodzinnych. Mój nastrój się poprawił. Co ciekawe, dużo bardziej cieszyło mnie oglądanie telewizji tego wieczoru, zwłaszcza reklam, które zwykle mnie denerwowały. Teraz czułem się tak zrelaksowany i pogodny, że nawet mnie one bawiły. Naprawdę odpocząłem.

Kontynuowałem przyjmowanie żelków z THC przez cały dwumiesięczny pobyt na Florydzie. Poprawie uległy nie tylko mój sen i objawy depresji — zacząłem też pić mniej alkoholu. Zwykle na wakacjach chętnie sięgałem po drinka, żeby się odprężyć, ale po żelkach nie miałem na to ochoty. Po tylu zmarnowanych latach znalazłem coś, co działało.

Po powrocie do Leeds zacząłem szukać informacji w internecie. Przypomniałem sobie wiadomości o rodzicach, którzy walczyli o leczenie konopiami dla swoich dzieci z padaczką. Szybko znalazłem Releaf — internetową klinikę konopną, oferującą wideokonsultacje i legalne recepty.

Doświadczenie było zupełnie inne niż zakupy na Florydzie. Gdy tylko zarezerwowałem konsultację online, moje dokumenty medyczne zostały automatycznie przesłane do lekarza przez portal logowania NHS. Konsultacja z wykwalifikowanym lekarzem odbyła się tydzień później. Omówiliśmy moje objawy, doświadczenia z używaniem konopi w USA, a potem lekarz zalecił mi konkretne produkty i dawkowanie.

Otrzymałem prywatną receptę na waporyzator z THC, medyczny olej konopny (zawierający psychoaktywne THC) oraz pastylki z konopi, podobne do tych, których używałem na Florydzie. Nie musiałem stosować wszystkiego, ale byłem ciekaw, co się u mnie najlepiej sprawdzi. Miesięczny zapas kosztował około 300 funtów, choć przy jednym produkcie cena mogła być o połowę niższa. Trzy dni później dyskretna paczka trafiła prosto pod moje drzwi.

Bez wieczornej żelki sen znów szybko się pogorszył. Gdy ponownie zacząłem przyjmować 0,7 ml oleju konopnego lub żelkę z THC na noc, jakość mojego snu od razu wyraźnie się poprawiła. Bardzo pomaga mi to także przy lęku społecznym — jestem dużo swobodniejszy wśród ludzi. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo mi to doskwierało. Palenie suszu konopnego w waporyzatorze działa na mnie równie relaksująco jak martini.

Jeśli chodzi o nadmierne rozmyślanie, zauważyłem delikatne, ale korzystne efekty. Teraz potrafię przemyśleć sprawy, które kiedyś mnie bolały, bez emocjonalnego cierpienia. Czasem korzystam z konopi także w ciągu dnia, jeśli potrzebuję wsparcia w regulowaniu nastroju. Na przykład podczas prac ogrodowych potrafię zrobić sobie przerwę, zażyć dawkę z waporyzatora i wrócić do przycinania roślin. Alkoholu praktycznie już nie piję.

Na razie nadal biorę antydepresanty. Może w przyszłości z nich zrezygnuję, ale nie chcę się spieszyć, bo obecnie to rozwiązanie bardzo mi odpowiada. Poinformowałem mojego lekarza rodzinnego o leczeniu medyczną marihuaną. Nie miał zbyt wiele do powiedzenia poza tym, że napisał mi list poparcia — kosztowało mnie to 50 funtów. Z pewnością są lekarze, którym nadal trudno uwierzyć, że konopie mogą mieć pozytywne działanie, ale całkowicie to rozumiem. Jeśli przez całe życie leczy się wyłącznie osoby, które nadużywały konopi lub miały psychozy, trudno patrzeć na to inaczej.

Niedawno wrzuciłem film o moich doświadczeniach z depresją i konopiami na Facebooka i LinkedIn, bo nie chciałem już dłużej tego ukrywać. Bardzo się wstydziłem swojej depresji, ale spotkałem się wyłącznie z pozytywnym odzewem ze strony rodziny i znajomych.

Przez dekady, mimo leczenia i terapii, zmagałem się z bólem i ograniczeniami spowodowanymi depresją. Spróbowanie żelki na Florydzie zmieniło wszystko. Kiedyś budziłem się co rano ze strachem, zastanawiając się, jak będzie wyglądał ten dzień. Dziś budzę się z poczuciem, że wszystko jest w porządku. To naprawdę niezwykłe doświadczenie.

70-letni John Blenkinsopp to emerytowany lekarz NHS i badacz farmakologii klinicznej.

Tekst został opublikowany w brytyjskim „The Telegraph”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version