Z całego serca przepraszam, że w ostatnich dniach nie odbierałam telefonu, nie czytałam e-maili, nawet jak kogoś spotykałam na ulicy, to szybko kończyłam rozmowę. Ja się po prostu na zabój zaczytałam, wybaczcie. Czasem się człowiekowi jeszcze coś takiego na szczęście zdarza i wtedy lepiej go nie zaczepiać.
Jak mam coś dobrego, to się oczywiście od razu dzielę: jeśli chcecie też na chwilę pozwolić się wyjąć z nurtu rzeczywistości, bez zbędnej zwłoki sięgnijcie po najnowszą książkę Petera Pomerantseva „Propagandysta, który przechytrzył Hitlera” (wyd. Krytyka Polityczna, tłum. Aleksandra Paszkowska). Za ten historyczny reportaż autor został właśnie uhonorowany Nagrodą Kapuścińskiego, a jego podtytuł brzmi „Jak wygrać wojnę informacyjną”. Jest to bez wątpienia jedno z tych pytań, które sobie w ostatnim czasie zadajemy najczęściej. Wojna w infosferze jest tym, co na co dzień obserwujemy i co nas coraz częściej doprowadza do zwątpienia we własny rozum i zdolność trzeźwego postrzegania rzeczywistości. Prawd jest wiele, półprawd jeszcze więcej, a każda z nich leży tam, gdzie leży. Można się w tym pogubić i o to zresztą propagandystom właśnie chodzi.
Tytułowym bohaterem książki Pomerantseva jest niejaki Sefton Delmer, urodzony w Berlinie w 1904 r. syn brytyjskich rodziców. Nigdy dość niemiecki dla Niemców ani dość brytyjski dla Brytyjczyków, człowiek o wyjątkowej wrażliwości na to, co zwłaszcza w ostatnim czasie stało się wręcz obsesją wszystkich polityków i ich doradców: na zwykłych ludzi. Bo chociaż Delmer posługiwał się w swojej pracy narzędziami, co do etyczności których można byłoby długo toczyć akademickie dyskusje, to potrafił docierać z przekazem dokładnie tam, gdzie planował.
Niezmiennie zachęcając Państwa do lektury, napiszę tylko, że już w 1929 r. Delmer, który był wówczas brytyjskim korespondentem w Niemczech, zainteresował się nowym politycznym zjawiskiem, jakim był mało komu znany Adolf Hitler. Delmer od samego początku obserwował jego rozwijającą się karierę, a w 1931 r. przeprowadził z nim pierwszy wywiad (potem zrobił kolejne), próbując zrozumieć, na czym polega strategia informacyjna polityka oraz jego otoczenia. W latach trzydziestych na bieżąco relacjonował wydarzenia w Niemczech dla brytyjskiej prasy, poznając dzięki temu mechanizmy dochodzenia do władzy, propagandy i wytwarzania masowego złudzenia, znajdującego kulminację w kulcie jednostki.
W czasie drugiej wojny światowej, po ataku na Wyspy, Delmer otrzymał od brytyjskiego rządu zadanie stworzenia maszyny propagandowej, która nie tylko skutecznie neutralizowałaby działania Goebbelsa i jego sztabu, ale byłaby w stanie przechylić szalę zwycięstwa na stronę aliantów. Sefton Delmer wywiązuje się z obu tych zadań znakomicie: tworzy niemieckojęzyczne stacje radiowe, które w bardzo dobrze przemyślany sposób podkopują zaufanie Niemców do władzy. Dzięki zespołowi złożonemu w dużej mierze z artystów przedwojennych berlińskich kabaretów (z których większość to Żydzi cudem ocaleni z Zagłady), Delmer tworzy wiarygodny i spójny przekaz, każący słuchaczom wątpić w nazizm i świetlane wizje jego ogólnoświatowej wiktorii. Publikują również niemieckojęzyczne gazety oraz ulotki mające podkopać morale żołnierzy na froncie.
Pomerantsev pokazuje, że jego bohater działa wedle bardzo przemyślanych zasad: dysponuje najświeższymi, sprawdzonymi informacjami, jego przekaz nie jest w żadnym razie jawnie antyfaszystowski, zamiast tego skupia się na bliskich ludziom konkretach i na demaskowaniu rządzących, nie stroni od sięgania po mocny, często wulgarny język, cięty żart oraz pornografię. Jego audycje (bo jest ich kilka) pod koniec wojny mają słuchalność na poziomie 15 mln odbiorców.
Niezwykle ciekawe jest również to, że Peter Pomerantsev (mówiąc w największym skrócie: urodzony w Ukrainie brytyjski dziennikarz) zestawia w swojej książce propagandę z czasów II wojny światowej z tym, co dzieje się aktualnie na froncie ukraińskim. Okazuje się, że pewne goebbelsowskie taktyki pozostają niezmienne i można prześledzić ich stosowanie na przykładzie działań współczesnej Rosji. Niezmienne pozostaje również zjawisko „kolektywnego narcyzmu”, polegające na przekonaniu o wyjątkowości własnej grupy oraz o tym, że nie jest ona odpowiednio doceniana przez innych. Większość przekazów opartych na dynamice „my — oni” jedynie tę postawę wzmacnia. Delmer uczy, jak wychodzić poza retorykę „oblężonej twierdzy” i znajdować lęki (oraz fascynacje) przełamujące prostotę polaryzacji.

