Apeluję do Pana o podjęcie śledztwa z urzędu w sprawie podejrzenia systemowego wytwarzania i obrotu dokumentami edukacyjnymi.
Szanowny Panie Prokuratorze Generalny,
Piszę do pana z desperacji. Bo jak nie Pan, to chyba nikt nie zareaguje. Mój szef, redaktor naczelny „Newsweeka”, już dwa razy namawiał premiera Tuska, żeby się wściekł, kazał podległym sobie urzędnikom wyjaśnić sprawę, a on nic. Zero reakcji.
Nic nie zrobiło również Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, choć kilka miesięcy temu opisaliśmy, jak w ciągu zaledwie godziny udało nam się skończyć pierwszy semestr na studiach podyplomowych w Wyższej Szkole Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu. Czy to naprawdę – według resortu – jest zgodne z prawem? Czy ktokolwiek wierzy, że – jak zapewnił rektor WSKZ – było to możliwe z powodu usterki technicznej platformy do nauki, która „umożliwiała przejście przez część materiałów dydaktycznych bez wymaganego nakładu czasu”. I że usterka została już usunięta?
Kurs trwał 40 minut
Nie wierzę, więc namówiłam redakcję, by sprawdzać dalej. Szybko okazało się, że WSKZ jest powiązana z platformami studia-online.pl i studia-pedagogiczne.pl. Inne placówki, które mają tych samych właścicieli, to m.in.: Pomorska Szkoła Wyższa w Starogardzie Gdańskim, Centrum Doskonalenia Zawodowego, Krajowa Izba Księgowych oraz mnóstwo platform e-learningowych, takich jak epedagog.edu.pl, instruktorzytanca.pl, kierownik.edu.pl, medical.edu.pl, kurstrenerapersonalnego.pl, wychowawca.edu.pl. I jeszcze wiele, wiele innych.
Na jednej z nich naczelny „Newsweeka” Michał Szadkowski zrobił kurs masażu z elementami fizjoterapii. Tym razem „nauka” zajęła mu 40 minut. Wszystko było online, a testy zdał, zgadując odpowiedzi. Trudne nie były, to fakt. Esej zaliczeniowy miał być na 1-2 strony formatu A4, temat: przeciwskazania do kinesiotapingu, czyli metody uzupełniającej fizjoterapię przy pomocy specjalnych taśm, które mają wspierać funkcje mięśni, poprawiać krążenie i zmniejszać ból.
Szadkowski poprosił o pomoc sztuczną inteligencję i już kilkadziesiąt sekund później CoPilot dostarczył mu gotowy tekst. Wystarczyło go ładnie sformatować, usunąć linki, które wskazywały na użycie AI i wysłać. Czy ktoś go przeczytał? Szczerze wątpię. Test końcowy to już była formalność, składał się z tych samych pytań, co cząstkowe. Naczelny „Newsweeka” zamówił więc dyplom za 199 zł, co razem z kosztem kursu daje prawie tysiąc złotych.
Już dwa dni później gotowy certyfikat po polsku i angielsku przyniósł kurier. Na dokumencie wydanym przez Wyższą Szkołę Kształcenia Zawodowego napisano, że Michał Szadkowski zdobył „wiedzę oraz umiejętności z zakresu masażu oraz podstaw pracy fizjoterapeutycznej”. Nie ma natomiast żadnej adnotacji, że był to kurs on-line. Jest za to wzmianka, że kurs został przygotowany na podstawie rozporządzenia ministrów edukacji oraz pracy. W dołączonym zaświadczeniu skrupulatnie wyliczono, że kurs trwał – uwaga! – 222 godziny.
To ja tylko przypomnę: Michał Szadkowski z moją niewielką pomocą ukończył go w 40 minut. Słownie: czterdzieści minut.
Czy to jest legalne?
I stąd, Panie Prokuratorze, moja desperacja. Wydaje mi się, że opisaliśmy całkiem bezczelny edukacyjny przekręt i to na wielką skalę. Właścicielami zarówno WSKZ, jak i tych licznych platform e-learningowych, są te same osoby. Dwóch młodych mężczyzn, którzy stworzyli pseudoedukacyjne imperium. I wszystko wskazuje na to, że są całkowicie bezkarni. Bo choć o ich działalności napisałam już kilka tekstów, nikt im się nie przyjrzał, nie sprawdził, czy to, co robią, jest na pewno legalne.
Nie jestem prawniczką, ale z tego, co udało mi się ustalić, jasno wynika, że istnieje sieć powiązanych platform i spółek, które działają według podobnego schematu: agresywny marketing, szybka sprzedaż dostępu do kursów, testy zdawane aż „do skutku”, a następnie wydanie dokumentu potwierdzającego ukończenie „nauki”. Taka konstrukcja utrudnia pokrzywdzonym dochodzenie roszczeń i rozmywa odpowiedzialność.
Podejrzewam też przestępstwo polegające na tym, że dokumenty poświadczają fakty o znaczeniu prawnym (np. odbycie określonej liczby godzin, spełnienie warunków ukończenia szkolenia, uzyskanie kwalifikacji), a są sprzeczne z realnym przebiegiem szkolenia. Zachodzi więc podejrzenie poświadczenia nieprawdy w dokumentach (art. 271 § 1 k.k.).
Moim zdaniem klienci tych wszystkich platform i spółek są wprowadzani w błąd co do wartości oferowanych przez nie szkoleń, a zwłaszcza co do tego, czy naprawdę dają one prawdziwe kwalifikacje. Tak więc pobieranie opłat za taką usługę może wypełniać znamiona oszustwa (art. 286 § 1 k.k.).
Proszę o śledztwo
Panie Prokuratorze Generalny, te wszystkie dyplomy, certyfikaty i zaświadczenia mogą być używane w rekrutacji, w postępowaniach administracyjnych lub w rozliczeniach. Jeśli państwo nie zareaguje, nie przerwie produkcji tych niepotwierdzających żadnych umiejętności dokumentów, Polacy dostaną czytelny sygnał, że papier jest ważniejszy niż kompetencje, a przestępstw dokumentowych nie opłaca się ścigać. Czy jednak naprawdę się nie opłaca?
Dlatego apeluję do Pana o podjęcie śledztwa z urzędu w sprawie podejrzenia systemowego wytwarzania i obrotu dokumentami edukacyjnymi. Część oferowanych „kursów” i „szkoleń” może być w praktyce sprowadzona do sprzedaży dokumentów, przy minimalnej lub tylko pozornej weryfikacji wiedzy i umiejętności. Szczególnie niebezpieczne są wszelkie kursy związane z masażem, fizjoterapią, opieką czy innymi profesjami, bo tam brak kompetencji może prowadzić do szkody na zdrowiu ludzi. Przypomnę tylko, że naczelny „Newsweeka” mógłby sobie powiesić swój dyplom w dwóch językach na ścianie i ogłosić, że przyjmuje zapisy na masaże. Wiadomo, że on tego nie zrobi, ale czy inne osoby, które wydały tysiąc złotych na kurs, nie zechcą takiego dyplomu wykorzystać?
Jeśli się mylę, źle oceniam sytuację i cały ten pseudoedukacyjny moim zdaniem proceder jest jednak legalny, proszę mi odpowiedzieć. Przestanę domagać się reakcji premiera Tuska i ministerialnych urzędników. Nie będę prosić Pana o śledztwo. Uznam, że żyjemy w kraju, w którym dyplom jest wart tyle, ile papier, na jakim go wydrukowano, ale to OK, nikt nie ma z tym problemu.
Ale na razie wciąż liczę na to, że Pan zareaguje. I jeszcze raz uprzejmie donoszę, że wykryliśmy przekręt.

