Jeden z postulatów Parady Równości brzmi tak: „Żądamy promowania rzetelnej wiedzy i szacunku w dyskusji publicznej”. Trzeba go w końcu spełnić.

Chodzę na warszawską Paradę Równości od bardzo wielu lat. Właściwie od początku jej istnienia, czyli od ćwierćwiecza. Jeździłam też na marsze równości w innych miastach i miasteczkach. Jeszcze niespełna dekadę temu na marszu w Lublinie można było oberwać kamieniem, a kilka lat później w Białymstoku zostać oplutym i zwyzywanym od zboczeńców. I uciekać przed polującymi na uczestników tęczowego marszu kibolami i narodowcami. Bać się i płakać, rozpaczać nad okrucieństwem i bezmyślnością tych, co rzucają wyzwiskami i kamieniami.

Ale z roku na rok na moich oczach marsze powoli zmieniały się z demonstracji politycznych, które prawica określała mianem prowokacji, w pokaz queerowej dumy. Wciąż są chronione przez policję, ale kibole i religijni fanatycy, którzy przeciwko nim protestują, to zwykle garstka ludzi, a nie nienawistny, wrzeszczący tłum. Dzisiaj warszawską Paradę otworzył prezydent stolicy Rafał Trzaskowski, koło niego szła grupa posłów i radnych Koalicji Obywatelskiej, a za platformą Lewicy szedł marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty i ministra rządu ds. równości Katarzyna Kotula.

I osoby LGBTQ+ powoli przestają się bać. Nie tylko na marszach, które dla wielu z nich były wcześniej jedyną okazją, by iść za rękę z ukochaną osobą, ale także w codziennym życiu. Są coraz bardziej widoczne i coraz bardziej stanowczo domagają się swoich praw.

Parada Równości przeszła ulicami stolicy pod hasłem „25 lat dumy i buntu”. To hasło brzmi jak podsumowanie drogi, którą aktywiści LGBTQ+ przebyli przez ćwierć wieku. Duma kazała im domagać się równych z innymi obywatelami praw, a gniew napędzał do działania. I to właśnie im tęczowa społeczność zawdzięcza nie tylko to, że w czerwcu można maszerować niemal w całej Polsce, ale także to, że osoby LGBTQ+ mają wreszcie należną im reprezentację w serialach, filmach i debacie publicznej. To dzięki aktywistom, którzy przez te wszystkie lata powtarzali, że „Love is love”, coraz więcej osób wychodzi z szafy i żyje otwarcie.

Zmieniło się także polskie społeczeństwo. Badania pokazują, że większość Polaków popiera związki partnerskie dla par tej samej płci. Wzrosła też liczba osób, które znają kogoś, kto nie jest heteronormatywny, a to jest zawsze pierwszy krok, by zrozumieć i zaakceptować.

Ale żeby nie było tak słodko: osoby LGBTQ+ wciąż często doświadczają przemocy i dyskryminacji w codziennym życiu. Nie trzeba sięgać pamięcią daleko: tylko w ostatnich dniach kilku prawicowych polityków mówiło o nich rzeczy podłe i głupie. I niewyobrażalnie raniące. Byli nawet tacy, którzy zapowiadają projekty ustaw wprost naruszających prawa człowieka i obywatela.

Bo dla prawicy wciąż nie jest to oczywiste: „Prawa człowieka nie mają orientacji”. Karton z takim hasłem niosły dziś w Warszawie dwie piękne i radosne dziewczyny. To też się przez lata zmieniło: dawniej na plakatach i banerach dużo było gniewu, teraz jest głównie radość i duma z tego, że się jest tym, kim się jest. Tęczową osobą we wciąż zbyt szarym, a czasem nawet brunatnym kraju.

Bo oprócz tęczowych flag Warszawa widziała też dziś przejawy nienawiści. Tuż przy ulicy Królewskiej rozłożyła się niewielka grupa zamaskowanych ludzi z banerem „Warszawa przeciw dewiacjom”. Na Świętokrzyskiej, tuż przy starcie Parady, już tradycyjnie stali tzw. obrońcy życia z megafonami i hasłem „Aborcja zabija”. Największą policyjną obstawę miała jednak grupa nacjonalistów, którzy rozlokowali się na Krakowskim Przedmieściu z wielkim plakatem „Homoseksualizm? To się leczy. W ten czy tamten sposób”. Nie dało się do nich podejść, bo funkcjonariusze nie przepuszczali za kordon, mówili, że dla bezpieczeństwa. A szkoda, bo można by im powiedzieć, że homoseksualności się nie leczy. Nauka wie to już od dziesięcioleci, tylko nacjonaliści wciąż nie.

I ja nawet wiem, dlaczego: bo nikt im tego nie powiedział w szkole, tej czy innej, by sparafrazować hasło z plakatów nacjonalistów. Za to Kościół katolicki sączył im do uszu antynaukowe przekonanie, że kochać osobę tej samej płci to coś złego, co należy potępić. Nic dziwnego, że elgiebety wciąż się boją.

I tu jest najsmutniejszy fragment podsumowania ostatniego ćwierćwiecza: państwo polskie nie wywiązało się ze swoich obowiązków. Nie tylko dlatego, że wciąż jesteśmy jednym z tych krajów Unii Europejskiej, które mają najniższy poziom ochrony praw osób LGBTQ+. Wciąż nie ma u nas małżeństw jednopłciowych ani nawet związków partnerskich. Pary tej samej płci nie mają praw rodzicielskich, a ochrona przed przestępstwami z nienawiści jest niepełna.

Postęp, jeśli się dokonuje, to raczej bocznymi drogami. Sądy coraz częściej odwołują się do prawa europejskiego, pojawiają się pojedyncze przełomowe orzeczenia, a instytucje Unii Europejskiej wywierają presję na wprowadzenie zmian. Ale systemowej reformy wciąż brak. A co gorsza, wciąż nie udało się wprowadzić do szkół choćby podstawowej wiedzy na temat osób nieheteronormatywnych.

To właśnie dlatego ci wszyscy smutni panowie, czy to na ulicach z banerami, czy z projektami ustaw w Sejmie opowiadają takie bzdury. Kompromitują się i nawet o tym nie wiedzą. I oczywiście można by uznać, że to ich problem, bo się nie nauczyli, ale państwo też jest współodpowiedzialne za ich ignorancję. Nie stworzyło im szansy, by się mogli nauczyć, nie wymagało tego od nich.

Jeden z postulatów tegorocznej Parady Równości brzmi tak: „Żądamy promowania rzetelnej wiedzy i szacunku w dyskusji publicznej”. Należy go w końcu spełnić.

Resztę zresztą też, więc je tutaj wrzucę:

1. Żądamy zapewnienia równych praw i ochrony dla wszystkich.

2. Żądamy bezpiecznego i równego społeczeństwa, w którym każda osoba ma szansę na pełną integrację i szacunek.

3. Żądamy skutecznej ochrony praw zwierząt i środowiska.

Wszystkie one mówią o tym, czego w Polsce wciąż brak. Powtórzę: równych praw, bezpieczeństwa, równości i szacunku. No i ochrony praw zwierząt. Może za rok choć jeden z tych postulatów w końcu zniknie, stanie się prawem i rzeczywistością.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version