Łukasz Rogojsz, Interia: Po dwudniowej republikańskiej konwencji w Dallas media i komentatorzy w Stanach Zjednoczonych byli surowi. Mówili o desperacji, egocentryzmie i oderwaniu od rzeczywistości. Jest aż tak źle?
Prof. Tomasz Płudowski: – Sytuacja jest wyjątkowa, ponieważ z punktu widzenia Trumpa właściwie nie ma dobrego rozwiązania obecnego stanu rzeczy.
Co w tym wyjątkowego?
– Wyjątkowość polega na tym, że to była konwencja prezydencka, ale towarzysząca wyborom do Kongresu.
Dlaczego to ważna zmiana?
– Pokazuje nam to, że republikanie chcą, żeby – Donald Trump mówił o tym zresztą bardzo otwarcie i bezpośrednio – ich wyborcy zachowywali się tak, jakby w listopadzie na kartach do głosowania znajdowało się nazwisko Trumpa. Republikanie chcą dosłownie zrobić z wyborów do Kongresu wybory prezydenckie. Tyle że bez prezydenta na kartach.
To zwiększa ich szanse?
– Republikanie mają problem, bo Trump na tym etapie wzbudza emocje w obie strony. Z jednej strony, twardy elektorat może być bardziej zmotywowany do głosowania; z drugiej – Trump posiada olbrzymi elektorat negatywny. Doszło do sytuacji, w której popularni republikańscy kongresmeni i senatorowie, którzy w normalnych okolicznościach byliby spokojni o przedłużenie swojego mandatu, obawiają się, że niechęć ludzi do Trumpa pokrzyżuje im plany.
Duża część republikańskich polityków, którzy w listopadzie będą walczyć o miejsce na Kapitolu, wolała zdystansować się od konwencji w Dallas. W przypadku samej Izby Reprezentantów mowa o nawet kilkudziesięciu osobach.
– Bo to już nie jest grzanie się w blasku Trumpa. Jego poparcie wynosi około 33 proc. i, mówiąc wprost, szoruje po dnie. Zmobilizowanie najtwardszego elektoratu republikanów to za mało do sukcesu w listopadzie. Obecne prognozy są dla republikanów okrutne: Izba Reprezentantów wydaje się stracona, a walka o Senat będzie się ważyć do ostatniego głosu.
Wszystko będzie zależeć od finiszu kampanii i pomysłu republikanów na ten finisz. Po konwencji w Dallas wydaje się – o dziwo – że tym pomysłem jest plebiscyt: za albo przeciwko Trumpowi.
– To kompletnie nieprzemyślana strategia. Trump strzela sobie w ten sposób w stopę. Sobie i republikanom.
To dlaczego to robi?
– Bo to prosty sposób ucieczki od tematów najważniejszych dla wyborców, a więc tematów, w których Trump albo nie dotrzymał obietnic, albo poniósł porażkę. Zadłużenie Ameryki, wzrost kosztów życia, kolejne wojny, w które wikłają się albo które wywołują Stany Zjednoczone. Trump sam w tym wszystkim się już gubi. Raz twierdzi, że wojna w Iranie została już zakończona, a innym razem mówi, że zakończy się dzień po wyborach do Kongresu i wtedy spadną ceny ropy. Po stronie Trumpa i republikanów panuje jeden wielki chaos, a zarządzanie nim wymknęło im się spod kontroli.
Trump bardziej ucieka od problemów gospodarczych czy od wojen, w które jego administracja uwikłała kraj?
– Wojny to pięta achillesowa Trumpa. W swojej kampanii obiecywał, że będzie prezydentem pokoju, ale kompletnie nic z tego nie wyszło. Wręcz przeciwnie, został prezydentem wojny. Z kolei Amerykanie już od dawna byli zmęczeni wojnami w Afganistanie i Iraku, dlatego wybrali Trumpa. Tymczasem Trump, podobnie jak wcześniej George Bush, wbrew własnym obietnicom rozpoczął nowe wojny.
A jednak próbuje uciec od odpowiedzialności za złamane obietnice.
– Przesuwa dyskurs na radykalne tory, radykalne i wręcz absurdalne, bo sięga po dawno minione czasy i straszy rodaków komunizmem. Mówi o rzeczach, które zwłaszcza dla młodego pokolenia czy nawet osób w średnim wieku są kompletnie abstrakcyjne.
Po stronie Trumpa i republikanów panuje jeden wielki chaos, a zarządzanie nim wymknęło im się spod kontroli
Retoryka jest wręcz zimnowojenna. Pytanie, czy to ma szanse chwycić?
– Straszenie komunizmem, którego w Stanach Zjednoczonych nigdy w historii nie było, sprawia, że wiele osób w ogóle nie ma pojęcia, o co Trumpowi chodzi. Przedstawia obraz lewicy wykreowany przez skrajnie prawicową propagandę. Tyle że przedstawiany przez niego komunizm jest komunizmem „zaimkowo-genderowym”. Raz, że jest raczej mało straszny, a dwa, że nie ma nic wspólnego w prawdziwą ideologią komunistyczną.
Trump straszy nie tylko komunizmem. W Dallas mówił też, że trwająca kampania i listopadowe wybory to walka dobra ze złem. Wyborców, którzy nie pójdą do urn albo nie zagłosują na republikanów, Trump straszył piekłem. Przekaz poszedł bardzo mocno w stronę metafizycznego, emocjonalnego i światopoglądowego wzmożenia.
– Trump uwielbia grę na emocjach i, często najniższych, instynktach swoich wyborców. Zazwyczaj mówi im to, co chcieliby usłyszeć, byle myśleli i robili to, na czym mu zależy. Nie waha się przy tym sięgać po motywy ze świata sztucznej inteligencji jak wykreowane grafiki, filmy czy mapy. W jego wizji świata Ameryka to Trump, a Trump to Ameryka. Kraj jest potężny, odnosi same sukcesy, podbija inne państwa, rynki, kosmos.
Nie wiem, czy to bardziej życzeniowe, czy infantylne. Dlaczego to robi?
– Widzę w tym mnóstwo odniesień do epoki Ronalda Reagana, do której Trump na chwilę wraca i stara się ją odtworzyć. Zresztą samo nawiązanie do walki dobra ze złem jest odwołaniem do reaganowskiego „imperium zła”.
Straszenie nadciągającym komunizmem to przecież też czysty Reagan.
– Zgadza się. Do tego dochodzi nawiązanie do religii i biblijnej walki ze złem. To może zrobić wrażenie na najtwardszym elektoracie republikańskim i fanach Trumpa, ale nie na umiarkowanych republikanach czy zwłaszcza wyborcach niezdecydowanych. Trump próbuje ratować siebie i republikanów, próbuje zmienić temat i zająć ludzi czymś zupełnie innym. Tyle że przy wysokich kosztach życia i uderzającej w amerykańską gospodarkę wojnie w Iranie są małe szanse, że ten plan wypali.
Kreowany od zawsze przez Trumpa medialno-polityczny spektakl dla mas już się wypalił?
– Jedna trzecia elektoratu wierzy Trumpowi we wszystko i powtarza wszystko, co tylko powie: że jest najlepszym prezydentem w historii, że zakończył dziewięć wojen, że Ameryce zagraża komunizm. Nie potrzeba tu dowodów ani argumentów, trumpizm działa jak religia. Tylko, żeby wygrać wybory – czy to prezydenckie, czy kongresowe – trzeba też dotrzeć do wyborców centrum i niezdecydowanych. A do tego potrzeba świeżości przekazu, nowych pomysłów, inspirującej wizji świata. Trump już tego nie ma i ludzie to widzą. Apel pod tytułem „traktujcie te wybory, jakbym to ja był na kartach do głosowania” przy poparciu rzędu 33 proc. zakrawa o kpinę i może republikanom jedynie zaszkodzić.
Nie bez kozery przed konwencją w Dallas w amerykańskich mediach przeważała jedna diagnoza: Trump to dzisiaj zarówno (jeszcze) największy atut republikanów, jak również ich największe obciążenie. Jak dzisiaj wygląda jego relacja z Partią Republikańską? Nie tylko w kontekście tych wyborów, ale całej drugiej połowy kadencji, która będzie dużo cięższa od pierwszej.
– W Partii Republikańskiej nie ma alternatywy dla Trumpa. Całkowicie ją zdominował i podporządkował sobie. Wiele osób z otoczenia Trumpa uważa, że naprawdę może próbować doprowadzić do swojej trzeciej kadencji, chociaż prawo tego zabrania. Jednak od czego są sztuczki prawne i kreatywne interpretowanie konstytucji? Najbliższe otoczenie Trumpa i jego gabinet nadal uważają go za przywódcę – tak kraju, jak i republikanów. Przypomina to trochę sytuację z naszego polskiego podwórka w Prawie i Sprawiedliwości – coraz więcej jest głosów o słabnącym przywództwie Jarosława Kaczyńskiego, sytuacja coraz bardziej wymyka mu się z rąk, ale nie ma dla niego żadnej alternatywy w samej partii.

Znamienne były zakulisowe doniesienia dziennikarzy portalu Axios przed konwencją w Dallas. Otoczenie Trumpa dostrzega jego ułomności i ich konsekwencje, ale w razie czego pójdzie na dno razem z nim, bo nie widzi innej alternatywy. Są pogodzeni z trudnym losem.
– Trump tworzy spektakl dla mas i ten spektakl będzie trwać do samego końca jego prezydentury, a nawet więcej: do samego końca Trumpa w polityce. Obecnie Trump myśli już głównie o tym, co po nim zostanie – gigantyczne budowle, pomniki, sala balowa w Białym Domu, wizerunek na banknotach i instytucjach kultury. Sam zmienia mapy i nazwy geograficzne, licząc, że świat dostosuje się do jego kaprysów. To wszystko kult jednostki, Trumpowi chodzi przede wszystkim o niego samego.
„Dywidenda Trumpa” – 5 tys. dol. dla dorosłych Amerykanów, które mają zostać wypłacone, jeśli republikanie utrzymają władzę w Kongresie – to też przejaw tego kultu jednostki?
– Jak najbardziej. Kult jednostki, ale też korupcja polityczna i działanie ze wszech miar nieetyczne. Za oceanem podnoszą to w zasadzie wszyscy: od mediów, przed polityków, na organizacjach pozarządowych i think tankach skończywszy.
To ma szansę chwycić?
– Według teorii racjonalnego wyboru wyborcy przy podejmowaniu decyzji kierują się swoimi zyskami i stratami, a tutaj zysk jest bezpośredni i oczywisty. To zresztą kolejne nawiązanie do naszej krajowej polityki i programu „500 plus” PiS-u z kampanii w 2015 roku, tyle że tam były chociaż pozory walki o demografię, a tu jest po prostu gotówka do ręki za „prawidłowo” oddany głos.
– Jednak „dywidenda Trumpa” potwierdza, że w działaniach Trumpa coraz więcej jest paniki i braku pomysłów. Korupcja polityczna, niszczenie wolności akademickiej, naruszanie wolności wypowiedzi, nasyłanie ICE na własnych obywateli. Długo moglibyśmy wyliczać. Efekt jest jeden: Stany Zjednoczone jako pewien ideał, do którego wielu chciało dążyć, runęły z hukiem.
[Plebiscyt „za” albo „przeciw” Trumpowi] to kompletnie nieprzemyślana strategia. Trump strzela sobie w ten sposób w stopę. Sobie i republikanom
Amerykański sen stał się koszmarem?
– Nawet gorzej: Ameryka stała się obiektem kpin. Dla młodych Amerykanów to obciach, natomiast starsze pokolenie tęskni za Stanami Zjednoczonymi z czasów drugiej wojny światowej. Dzisiejszy kraj jest karykaturą tamtego państwa.
Skoro Trump myśli już głównie o spuściźnie, to co z sukcesją na amerykańskiej prawicy? W Dallas wyjątkowo mocno eksponowany był wiceprezydent J. D. Vance. To on spośród zauszników Trumpa wygrał wyścig do zastąpienia go w wyborczym wyścigu w 2028 roku?
– Wszystko zależy od tego, czy Trump nie spróbuje jednak obejść konstytucji i powalczyć o trzecią kadencję. Chociażby startując jako wiceprezydent i po ewentualnej wygranej przejmując władzę po ustąpieniu ze stanowiska prezydenta. Ze względu na podeszły wiek i coraz bardziej rzucające się w oczy problemy poznawcze Trumpa nie wierzę jednak w jego trzecią kadencję. Co do Vance’a, to pamiętajmy, że kandydaci obu partii wyłaniani są w ramach wewnętrznych prawyborów i chociażby przykład Jeba Busha sprzed lat pokazuje, że mocne zaplecze finansowe i poparcie partyjnych elit wcale nie gwarantują prezydenckiej nominacji. Ostatecznie decydują wyborcy.
Jak będą wyglądać pozostałe dwa lata kadencji, jeśli republikanie stracą kontrolę nad Kongresem? Czeka nas wojna totalna?
– Przypuszczam, że Trump będzie ignorować inne instytucje, kontynuując swoją „walkę dobra ze złem” czy walkę z „zagrażającym Ameryce komunizmem”. W razie porażki będzie też na pewno podważać ważność wyborów i wrócą oskarżenia o ich sfałszowanie. Znamy to już przecież z 2020 roku i wyborów prezydenckich. Więc tak, to będzie wojna totalna. Tyle że tym razem nie przyniesie już efektów. Im bardziej Trump będzie osuwać się w ekstremizm i alternatywną polityczną rzeczywistość, tym więcej wyborców, nawet republikańskich, będzie od niego odchodzić.


