Cnota ignorancji staje się dziś cnotą najwyższą, pogarda dla nauki staje się powodem do dumy, a nienawiść do nowoczesności okazuje się najnowszą modą. Szekspir będzie z każdym rokiem, z każdym miesiącem i każdym dniem jeszcze bardziej na czasie.
Zgłębiając w „Książkach. Magazynie do czytania” wywiad z wybitnym szekspirologiem Stephenem Greenblattem, natrafiłem na takie zdanie: „Moi studenci i studentki są mniej niż jeszcze kilka lat temu skłonni do odwracania się od wszystkiego, co nie w pełni współgra z ich światopoglądem. (…) Rozumieją, lub próbują rozumieć, że spotykają autorów, którzy żyli w innym świecie, w którym punktem wyjścia był inny zestaw przekonań. Gdy więc napotykają rasistowskie fragmenty w »Otellu« lub antysemickie w »Kupcu weneckim«, nie zamykają ze złością książki”.
To jest doskonała wiadomość, bo oznacza, że zaczynamy rozumieć, iż dzieło napisane 400 lat temu powstało jednak w innej sytuacji moralnej niż obecna, gdy rasizm i antysemityzm są słusznie potępiane. Pomijając to, że gdyby Szekspir żył dzisiaj i zajrzał na jakieś forum internetowe, to byłby przerażony niezrozumiałym dla niego ogromem rasizmu i antysemityzmu.
Tak się na powrót zaciekawiłem Szekspirem, że pojechałem do Katowic na premierę nowego „Hamleta” w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego. Dodatkowo kuszące było to, że sztuka wyreżyserowana przez Roberta Talarczyka grana była w języku śląskim. Trzy godziny „Tragedyji Hamleta, ksiyncia Dynymarku” przeszły jak z bicza strzelił, tym bardziej że nie patrzyłem na polskie tłumaczenie wyświetlane na telebimie. Więcej zrozumiałem z Szekspira granego po śląsku niż z większości sztuk granych w teatrach po polsku. Nie wspominając o polskich dialogach w polskich filmach — tam zazwyczaj nic nie rozumiem.
A to tylko jeden z pięciu „Hamletów” na afiszach polskich teatrów, gdziekolwiek się obrócić, to gdzieś grają „Hamleta”. Mam zatem jeszcze czterech do obejrzenia, a przynajmniej uchodziłoby ze dwóch zobaczyć, bo skoro taka inwazja Szekspira nastąpiła, to znaczy, że coś się w Polsce dzieje. Kiedy tylko świat zaczyna się chwiać w posadach, każdy sięga po Szekspira, bo kto jak nie on nam wytłumaczy, w jak beznadziejnej jesteśmy sytuacji?
Po powrocie z Katowic natychmiast rzuciłem się do lektury wznowionej właśnie książki Greenblatta „Shakespeare. Stwarzanie świata”, tym ciekawszej, że jak dobrze wiadomo o życiu Szekspira niewiele wiadomo. I jeśli zachwycaliście się bombastycznym filmem „Hamnet” o rzekomym rozpaczaniu Szekspira z powodu śmierci jego małego syna, to warto wiedzieć, że Szekspir mieszkał wówczas w Londynie i miał wygwizdane na żonę i dzieci. W „Całej prawdzie o Szekspirze” Kennetha Branagha zaś tyle było prawdy, w ile chcieliśmy uwierzyć, na przykład w to, że żałobę po Hamnecie jego ojciec przeżywał dopiero tuż przed własną śmiercią.
Kiedyś niezwykle ekscytowała mnie spiskowa teoria, że Szekspir w ogóle nie istniał, a jeśli nawet istniał, to i tak wszystkie jego sztuki napisał Christopher Marlowe. Tym bardziej była to podniecająca teoria, że gdy Szekspir wystawiał swoje największe dramaty, Marlowe już nie żył, zaciukany w trakcie pijackiej awantury w karczmie. Ten sam Marlowe, który napisał „Fausta” na długo przed tym, nim zrobił to Goethe.
Lepiej znieślibyśmy wiedzę, że prowincjusz ze Stratfordu, bez majątku, bez koneksji, bez wykształcenia, naprawdę był półanalfabetą i podrzędnym aktorzyną, a wszystko, co sygnowane jego nazwiskiem, stworzyli nieznani geniusze. Bo inaczej trzeba pogodzić się z tym, że Szekspir jest największy w dziejach i nigdy już nie urodzi się nikt, kto by mu dorównał. Każdy rozsądny pisarz powinien natychmiast złamać pióro, bo pisanie nowych powieści i dramatów nie ma żadnego sensu. Niestety, pisarze nie są rozsądni i wciąż nas zarzucają tonami zbędnej literatury. Nie pociesza to, że Szekspir w ogóle nie dbał o druk swoich dramatów, że gdyby nie wydano zbioru wszystkich sztuk już po jego śmierci, to przepadłby w odmętach dziejów. Ale zanim umarł, to osiągnął niebywały sukces — wszyscy jego konkurenci do laurów, wykształceni w Oksfordzie i Cambridge, poumierali młodo, najczęściej na nędzę, dżumę bądź alkohol, podczas gdy Szekspir zarobił na teatrze grube pieniądze i wrócił do domu na emeryturę jako człowiek bogaty.
Otóż największa tajemnica Szekspira polega na tym, że nie tylko był wściekle pracowity, ale też nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest gigantem. Teatr wówczas był sztuką podrzędną, plugawą i nie dla kulturalnego człowieka, co Szekspir doskonale rozumiał, ale z rozrywki dla mas — na przedstawienia przychodziło po dwa tysiące widzów, a teatr musiał dać dwadzieścia premier rocznie i drugie tyle wznowień — zrobił nieśmiertelne arcydzieła.
Od tamtych czasów można byłoby już wyłącznie wystawiać Szekspira, w końcu pisał i tragedie, i komedie, i dzieła historyczne. Na każdą okazję Szekspir się nadaje, a im więcej czyta się i ogląda Szekspira, tym bardziej dojmująca jest świadomość, że opętani żądzą władzy maniacy w sztukach Szekspira swoim rozumem przerastali polityków czasów dzisiejszych. Nic dziwnego, Szekspir pornograficzną przemoc i wszelkie łajdactwa widział na własne oczy. Londyn za jego życia był prawdziwym piekłem, pełnym rabunków i zabójstw, samosądów i zbrodni w majestacie prawa. A na bramie prowadzącej do London Bridge „na tyczkach tkwiły ucięte głowy, niektóre już w postaci nagich czaszek, inne obgotowane i wygarbowane, lecz wciąż rozpoznawalne. Głowy na moście należały do szlachciców i arystokratów, których spotkał zwykły los zdrajców” — pisze Greenblatt. Musiał to być dla utalentowanego dramatopisarza bardzo inspirujący widok. Bo na dodatek „zwykłych złodziejaszków, gwałcicieli czy zabójców wieszano na szubienicach, których setki ustawiono na obrzeżach miasta”. Dziś twórcy nie mają takich podniet na co dzień, co najwyżej internet, stąd gorsza jakość ich pisarstwa.
Owszem, w polskiej polityce poziom podłości jest wyjątkowo satysfakcjonujący, ale nędza intelektualna klasy politycznej tak żałosna, że naprawdę nie dałoby się z tego zrobić dramatu szekspirowskiego. Szekspir by się u nas nie pożywił, nasze elity polityczne mogłyby u Szekspira co najwyżej robić za halabardników. Czy wielka ucieczka Zbigniewa Ziobry przez kraje i kontynenty mogłaby być natchnieniem dla autora „Henryka VI”? Czy hamletyzowanie Mateusza Morawieckiego (Wyjść z PiS czy nie wyjść z PiS, oto jest pytanie) godne byłoby pióra tego, który napisał „Hamleta”? Czy Karol Nawrocki jest tak złożoną postacią, że zasłużyłby na miano Makbeta? A kto w naszej, pożal się Boże, polityce byłby Lady Makbet w takim razie? Czy „Poskromienie złośnicy” mogłoby opowiadać o Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz, która doprowadza do szału Tuska? Czy dramat starzejącego się Jarosława Kaczyńskiego, któremu rozsypuje się w rękach władza, skłoniłby Szekspira do napisania na nowo „Króla Leara”? Ale kto byłby wówczas jego trzema córkami? Sasin, Suski i Czarnek?
Szekspir przetrwał wszystko, bo nie ma bardziej uniwersalnego pisarza w dziejach, ale będzie nawet coraz bardziej aktualny. Bo jak pisze Greenblatt, Szekspir pasjonował się „wściekłymi tyradami ludzi nienawidzących nowoczesności, gardzących nauką i obnoszących się z cnotą ignorancji”. A że cnota ignorancji staje się dziś cnotą najwyższą, pogarda dla nauki staje się powodem do dumy, a nienawiść do nowoczesności okazuje się najnowszą modą, to Szekspir będzie z każdym rokiem, z każdym miesiącem i każdym dniem jeszcze bardziej na czasie.

