Po obu stronach dzielącego Polskę politycznego sporu pojawiły się niedawno pomysły stworzenia jednej listy, jednoczącej cały obóz rządowy lub prawie całą — bez Brauna — prawicową koalicję przeciwko niemu. Tymczasem widać wyraźnie, że elektorat nie akceptuje już ani hegemonii PiS, ani tym bardziej Jarosława Kaczyńskiego na prawicy i chce mieć inne opcje.

Biorąc pod uwagę, że obecne rozdrobnienie obu obozów jest nieracjonalne, jakaś konsolidacja po obu stronach będzie konieczna przed wyborami. Pomysły jednej listy ignorują jednak to, jak bardzo wyborcy zarówno prawicy, jak i obozu liberalno-lewicowego zmęczeni są panującym w Polsce od 2005 r. duopolem PO—PiS i że na wzmacniający go pomysł starcia dwóch wielkich list mogą zareagować alergicznie.

Że takie ryzyko jest realne, pokazuje ostatni sondaż SW Research dla Onetu, badający potencjalne poparcie dla jednej listy prawicy od Rozwoju Plus, przez PiS po Konfederację. Widać z niego, że przedstawiony przez Kaczyńskiego pomysł jednej listy całej prawicy — z braunistami, choć bez samego Brauna — pod patronatem prezydenta nie budzi entuzjazmu wyborców, a prawicowe elektoraty przynajmniej na razie się nie dodają.

W sondażu chęć głosowania na wspólną listę prawicy bez Konfederacji Korony Polskiej deklaruje zaledwie 26 proc. badanych. To mniej więcej tyle, ile sam PiS miał w sondażach przed rozłamem ze środowiskiem Morawieckiego. Nie widać żadnej premii za zjednoczenie, żadnego efektu synergii. 26 proc. to mniej więcej tyle, ile wynosi dziś suma poparcia PiS i Rozwoju Plus, bez Konfederacji. Pomysł Kaczyńskiego pozwala więc partii wrócić do punktu, gdzie była przed wakacjami.

Co ciekawe, najbardziej niechętny jednej liście prawicy wydaje się być elektorat 50+, a więc ten najważniejszy i najbardziej lojalny wobec PiS. Tu jedną listę poprzeć skłonne jest 22,5 proc. badanych, przeciw jest aż 61,6 proc. Największe poparcie lista zdobyła w elektoracie 18-24, gdzie głosować na nią chciałoby 37,8 proc. wyborców. To dość kontrintuicyjne, bo wydawałoby się, że to ta grupa jest najbardziej konfederacka — choć dziś rdzeń wyborców Bosaka i Mentzena to raczej 30-latkowie — i powinna być niechętna jednej liście, w której Konfederacja roztapia się w jednym wielkim obozie, w którym to PiS pozostaje najsilniejszym graczem. Sprawa wymaga więc dalszych badań.

Oczywiście, wiele mogą jeszcze zmienić perswazja i kampania wyborcza, zwłaszcza gdyby w budowanie jednej listy swój autorytet zaangażował dziś najpopularniejszy polityk prawicy, prezydent Karol Nawrocki. Ale na wstępie widać wyraźny opór elektoratu przed takim pomysłem.

I nietrudno o hipotezy, co może stać za rezerwą wobec takiego pomysłu. Nawet dokonane pod patronatem prezydenta zjednoczenie prawicy w momencie, gdy najsilniejszą partią po tamtej stronie ciągle jest PiS, byłoby odczytane jako wzmocnienie tej formacji i przywództwa jej lidera po prawej stronie, Jarosława Kaczyńskiego.

Utratę hegemonii PiS pokazuje nie tylko sondaż na temat hipotetycznej jednej listy prawicy, ale także cały krajobraz sondażowy od czasu pierwszej tury wyborów prezydenckich, w której Karol Nawrocki zdobył najniższe poparcie w historii startów kandydatów popieranych przez PiS w wyborach prezydenckich.

Od ponad roku widzimy w wyborach słabnięcie PiS i wzrost poparcia obu Konfederacji. Od kilku tygodni część poparcia partii Kaczyńskiego urwali rozłamowcy z Rozwoju Plus. PiS ma dziś średnie poparcie w okolicach 20 proc., ponad 10 pkt proc. mniej niż rok temu. Partia, która w rok traci jedną trzecią poparcia, nie ma mocnych kart do tego, by proponować zjednoczenie wokół siebie połowy sceny politycznej.

Ten spadek poparcia ma przy tym głębokie, strukturalne przyczyny. Politolodzy od dawna przestrzegali, że opierając się tak silnie na starszym i skupionym, czy raczej rozproszonym po mniejszych ośrodkach elektoracie PiS prędzej czy później szykuje sobie problem. Dziś nadszedł właśnie ten moment. Formuła prawicowości — konserwatywnej kulturowo i umiarkowanie socjalnej w wymiarze gospodarczym — tak świetnie działająca w 2015, 2019, a biorąc pod uwagę obecne notowania PiS nawet w 2023 r., słabo reprodukuje się w młodszych pokoleniach, co wraz z przemianami demograficznymi osłabia poparcie PiS i otwiera pole bardziej wolnorynkowym, czy wręcz otwarcie anty-solidarystycznym Konfederacjom.

Wyborcy obu Konfederacji nie chcą dziś po prostu odsunięcia rządu Tuska od władzy — jak źle by go nie oceniali. Chcą wywrócenia stolika także po prawej stronie, osłabienia tam pozycji PiS, nie chcą znów stanąć przed wyborem: Kaczyński czy Tusk.

Jednocześnie tę strukturalnie niekorzystną dla PiS sytuację pogarszają kolejne błędne decyzje polityczne prezesa Kaczyńskiego, który wyraźnie nie radzi sobie z utratą hegemonii na prawicy i chyba nie rozumie dynamiki stojącej za przemianami po prawej stronie.

Kaczyński podjął świetną decyzję, stawiając na Karola Nawrockiego, słusznie przewidział, że potrzebuje kandydata zdolnego zebrać poparcie konfederackiego elektoratu w drugiej turze. Błędnie jednak odczytał zwycięstwo Nawrockiego jako wyraz poparcia dla swojej partii. Po wyborach zaangażował się w wojnę z Konfederacją, zwłaszcza z Mentzenem, którego zaczął regularnie publicznie obrażać, wypominając mu wiek, brak doświadczenia, a nawet neuroatypowość. W żaden sposób nie osłabiło to notowań Konfederacji. Kaczyński, wyniośle i protekcjonalnie wypowiadając się o Mentzenie jako o nieopierzonym politycznym „gówniarzu”, podczas gdy notowania PiS od roku spadają, może posłużyć jako przykład tego, że Kaczyńskiemu współczesna polityczna rzeczywistość coraz bardziej się wymyka.

By powstrzymać odpływ wyborców do Brauna, Kaczyński wystawił Przemysława Czarnka jako kandydata na premiera i ruszył pod prawą ścianę. Czarnek nie odebrał jednak elektoratu Braunowi, a jego nominacja wyzwoliła odśrodkowe siły w PiS, co ostatecznie skończyło się wyjściem grupy Morawieckiego i dalszym spadkiem notowań partii.

Czy pomysł jednej listy prawicy okaże się kolejnym takim błędem Kaczyńskiego? Lider PiS ma być „zafiksowany” na tym pomyśle. Jeśli zaangażuje w niego swój autorytet, czas i energię, a pomysł spotka się z lodowatą reakcją potencjalnych partnerów, to stanie się to kolejnym symbolem słabnącej pozycji Kaczyńskiego po prawej stronie. A obie Konfederacje naprawdę nie mają powodu, by dziś jednoczyć się wokół Kaczyńskiego, nie w sytuacji, gdy sondaże wyglądają jak wyglądają. Prawdopodobieństwo, że inicjatywa spotka się z lodowatą reakcją reszty prawicy, jest bardzo wysokie. A jeśli Kaczyński nie zjednoczy prawicy i nie wróci do władzy po wyborach w 2027 r., to może już nie mieć kolejnej okazji, bo druga z rzędu klęska PiS przyspieszy procesy całkowitej rekompozycji prawej strony.

Wewnętrzne problemy prawicy związane z wyczerpywaniem się formuły przywództwa Kaczyńskiego są dziś największą szansą obecnego układu rządowego na przedłużenie władzy po 2027 r. Bo gdyby Kaczyński panował nad prawicą dziś tak jak w 2015 r., to rząd mógłby się już pomału pakować.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version