Z roku na rok w Polsce rośnie liczba małżeństw polsko-ukraińskich. Socjolog prof. Piotr Szukalski podkreśla, że są jednym z najsilniejszych wskaźników integracji.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Gdy Irina uciekła z Charkowa przed bombami, Jerzy robił jej kanapki, woził do urzędu, na kurs polskiego, tłumaczył dokumenty. Po paru miesiącach koleżanka spytała: „Widzisz, jak on na ciebie patrzy?”. Jerzy stał się jej „Jerzyczkiem”.

Ona w białej sukni, formalnie prawosławna, lat 24, on w garniturze, katolik z krwi i kości, lat 33. W bazylice w Nysie przysięgają sobie miłość i wierność przed katolickim księdzem, kolegą Michała z gimnazjum. Ślub jest konkordatowy dwuwyznaniowy, ale Alisa deklaruje, że nie będzie odciągać Michała od jego wiary i umożliwi katolickie wychowanie ich dzieci.

Zamiast kazania ksiądz czyta listy Alisy, których treści pan młody nie znał. Że teraz Michał jest jej domem, odkąd straciła ten charkowski. A jej największym marzeniem jest, by kiedyś mógł zobaczyć siebie jej oczami. Niektórzy w kościele ocierają łzy.

Jest lipiec 2024 r. Poznali się dwa lata wcześniej, banalnie: Tinder, dwa profile bez opisów. Alisa — studentka od pięciu lat w Polsce, spolszczyła imię, żeby nikt nie szufladkował jej jako „tej z Ukrainy”. Na pierwszym spotkaniu Michał nawet się nie zorientował, że nie pochodzi z Polski. — To było takie „wow”. Poczuliśmy coś do siebie od razu — wspominają.

Trwał „miesiąc miodowy” relacji polsko-ukraińskich. Chodzili na ukraińskie koncerty, targi kuchni, robili zdjęcia z obiema flagami. — Wojna była romantycznym tłem, a nasz związek był jak owoc tamtej bliskości narodów, choć oczywiście pokochaliśmy siebie jako ludzi, a nie przedstawicieli Polski i Ukrainy — mówi z uśmiechem Michał.

Zaraz po wybuchu wojny rodzice Alisy sprzedali dom i przyjechali do Polski. — Wiedziałam już, że zostaję na dobre — opowiada. Rodzice nauczyli się polskiego, ojciec znalazł pracę u ojca Michała w gospodarstwie rolnym pod Nysą.

Alisa podkreśla, że nie jest uchodźczynią, tylko migrantką edukacyjną. Kończyła studia licencjackie we Wrocławiu, planowała magisterkę, dziś ma uprawnienia tłumaczki przysięgłej i etat na uczelni w dziale popularyzacji nauki. Michał od lat pracuje w dziale handlowym niemieckiej firmy cukrowej.

Rok po pierwszej randce na świat przyszła córka i pomyśleli o ślubie. Państwo ukraińskie nie wydaje znanych w Polsce zaświadczeń o braku przeciwwskazań do zawarcia związku małżeńskiego, więc Alisa i Michał musieli stawić się przed polskim sądem, który wydał decyzję dopiero po kilku miesiącach od wniosku.

Kościół wymagał świadków, którzy potwierdziliby, że Alisa nie była wcześniej zamężna. — Parafie bały się tych procedur, więc nikt nie chciał nas do ślubu poprowadzić. Dopiero wikariusz w Nysie skontaktował się z kurią — opowiadają.

Rodzina Michała naciskała na ślub z polską tradycją. Alisa próbowała wprowadzić nowoczesne akcenty jak czarno-biały dress code dla gości.

Ostatecznie wesele było mieszanką kulturową. Ukraiński wodzirej weselny stał się gwiazdą imprezy. — Zaczynał po polsku, kończył po ukraińsku, goście byli zachwyceni — wspomina Michał. Ukraińscy goście wygłaszali toasty przy stołach, stojąc z kieliszkiem, co w Polsce jest rzadkie.

Alisa nie chciała rosołu. Zastąpiła go kremem z białych warzyw. Za to ukraińscy goście nie mogli pojąć liczby gorących dań i harmonogramu posiłków. „Jeszcze barszcz z krokietem?”.

Hasiakowie są jednym z 2556 małżeństw polsko-ukraińskich zawartych w 2024 r. To rekordowy wynik. Dominują zdecydowanie związki Polaków z Ukrainkami: było ich 2021.

Jeśli spojrzeć szerzej — na wszystkie małżeństwa z udziałem obywateli Ukrainy zawarte w Polsce — w 2024 r. było ich 5359. Niemal połowa to związki ukraińsko-ukraińskie, a 166 — małżeństwa obywateli Ukrainy z innymi cudzoziemcami (połowa to śluby ukraińsko-białoruskie). Po raz pierwszy małżeństw ukraińsko-ukraińskich było więcej niż polsko-ukraińskich, co pokazuje, że stajemy się także miejscem zakładania rodzin przez diasporę, a nie tylko związków mieszanych.

Trend jest bardzo wyraźny. W 2010 r. zarejestrowano 474 małżeństwa polsko-ukraińskie, w 2015 r. — 715, w 2019 r. — 1974. Pandemia na chwilę ten wzrost przyhamowała: w 2020 r. było 1758 takich związków, ale już w 2021 r. — 2188. Po pełnoskalowej inwazji Rosji i napływie uchodźców z Ukrainy liczby znowu rosną: 2089 małżeństw w 2022 r., 2213 w 2023 r. i 2556 w 2024 r.

To efekt ogromnej liczby Ukrainek w wieku 20-40 lat, które osiadły w Polsce, nauczyły się języka i zaczęły budować relacje z Polakami.

Był luty 2022 r. Jerzy Dowgiałło — 73-letni lekarz weterynarii, rozwiedziony po nieudanym długoletnim związku — napisał do Domu Ukraińskiego w Warszawie. Oferował wolny pokój na cztery miesiące: jeśli to możliwe, chętnie dla kogoś związanego z weterynarią. — Patriotyzm zawodowy — wyjaśnia krótko.

Długo nie było odpowiedzi, choć wszędzie mówiono o „nawałnicy uchodźców”. W końcu 17 marca zadzwoniła wolontariuszka: nie miała nikogo z branży, ale kobietę z trzema psami. — Nie mamy wiedzy o profesjach uchodźców, ale może ta pani potrzebuje właśnie takiego domu — usłyszał. I tego samego dnia Irina, 45-letnia przedsiębiorczyni z Charkowa, projektantka futer, trafiła do Łomianek z Hali Expo w Nadarzynie.

Wyjechała po poważnym konflikcie z teściową i szwagierką, które źle ją traktowały i „robiły problemy, mimo wojny”. Mąż — Rosjanin, co to nie wylewał za kołnierz — od lat jej nie wspierał. W Charkowie w sklepach zaczęło brakować jedzenia, nie działały karty, a bombardowania nasilały się z każdym dniem. Postanowiła dotrzeć do Polski także dlatego, by wywiązać się ze zobowiązania wobec ludzi, którzy zapłacili za dwa szczenięta szpica. Nie mogła ich już wysłać samolotem z Ukrainy do Chile.

W pierwszych dniach u Jerzego była w rozsypce. Sypiała w ubraniu na wypadek alarmu. Zamykała drzwi na klucz, prawie nie wychodziła z pokoju, przerażał ją najmniejszy huk czy sygnał. On robił jej kanapki, odwoził do urzędu, na kurs polskiego, tłumaczył dokumenty, stał z nią o piątej rano w kolejce po tzw. PESEL ukr. — Płakałam, że Polacy pomagają, a moja rodzina tak mnie potraktowała — zauważa ze smutkiem.

Kilka miesięcy później koleżanka Ukrainka zwróciła jej uwagę: „Widzisz, jak on na ciebie patrzy?”. Momentem przełomowym była impreza urodzinowa u znajomej Jerzego. Wrócił z niej na lekkim rauszu i wyznał Irinie uczucia. Zaproponował, żeby u niego została — nie jako uchodźczyni, lokatorka, ale jako partnerka, przyszła żona. Jerzy stał się jej „Jerzyczkiem”. Mówią, że gdyby nie pieski i wojna, może tej historii by nie było.

Rozwód Iriny w Ukrainie załatwili szybko. Nie było małych dzieci, pominięto podział majątku, wystarczyła jedna rozprawa online. Ale formalności związane ze ślubem w Polsce okazały się drogą przez uprzedzenia urzędniczki. Pani z urzędu stanu cywilnego żądała od Iriny kolejnych zaświadczeń, dwa razy musiała jechać do Ukrainy po dodatkowe dokumenty i robić ich tłumaczenia.

Choć w Ukrainie oryginał aktu ślubu odbiera się rozwiedzionym, urzędniczka oczekiwała, że Irina dostarczy go do USC. — Rzuciła do mnie, że co to za problem, skoro w Ukrainie nie ma wojny. Wyszłam z płaczem — Irina do tej pory nie umie mówić o tym spokojnie. Kiedy przywiozła oryginał, usłyszała, że nie może być w folii.

Kiedy do ślubu został tydzień, urzędniczka poszła na urlop i wszystko udało się załatwić u jej koleżanki. Przepraszała nowożeńców i nie wiedziała, jak wytłumaczyć jej zachowanie.

Ślub był cichy, elegancki, symboliczny, tak jak chcieli, kościelny, choć — dla pogodzenia jego katolicyzmu i jej prawosławia — protestancki. Wzięli go w sierpniu 2023 r. w pięknym anturażu Domu Matki Ewy w Bytomiu. Irina miała na sobie delikatną, białą suknię w czerwone ludowe kwiaty, kupioną w Ukrainie, na głowie wianek. Jerzy — garnitur z muszką. Świadkami byli Angela — bliska koleżanka Iriny ze Śląska oraz pastor z sąsiedzkiego kościoła ewangelickiego.

Potem był obiad na kilka osób w restauracji. Oboje mieli za sobą trudne doświadczenia, wcześniejsze związki, a część znajomych patrzyła na ich relację niechętnie. W rodzinie też przyjęto różnie ich małżeństwo. Synowa Jerzego do tej pory „nie zapragnęła” zobaczyć macochy.

Włodzimierz Dominiczak, 62-letni biznesmen ze Szczecina, i Julia Kolodiuk, 51-letnia aktorka, która przez osiem przedwojennych lat prowadziła w Kijowie teatr dziecięcy Dija, wzięli ślub w Ukrainie.

Jest 8 marca 2022, dworzec w Hrubieszowie. Julia ucieka z bombardowanego Kijowa z dwiema córkami i mamą. W drodze odzywa się do Włodka z Polski, rok wcześniej mieli krótki służbowy kontakt. Odbiera je ze stacji, zawozi do Lublina, organizuje transport do ośrodka pod Szczecinem, gdzie Julia i inne kobiety z dziećmi mogą odetchnąć. Zaczyna pomagać im w codzienności, a gdy Julia proponuje zajęcia teatralne dla ukraińskich dzieci w traumie, on zapewnia im przestrzeń i wsparcie organizacyjne.

— Pobraliśmy się szybko, 29 lipca tego samego roku, w Kijowie — opowiada Włodzimierz. W Polsce procedury trwałyby półtora roku do dwóch lat, więc wziął Julię ze sobą na jeden z wyjazdów humanitarnych do Ukrainy (od początku wojny był wolontariuszem) i tam zawarli związek „od ręki”. To znaczy półtorej godziny czekali w kawiarni, aż ucichną syreny alarmu przeciwlotniczego.

Ujęło go w niej to, że „mimo ucieczki nocą, strachu dzieci i chaosu potrafiła wykrzesać uśmiech i ogromne ciepło”, a nawet odtworzyć teatr dziecięcy dla maluchów, dla których była to jedyna okazja, by mówić po ukraińsku. — Zauroczyłem się od razu — wspomina. Julia pierwszy raz od dawna poczuła przy sobie mężczyznę, który bierze na siebie odpowiedzialność — emocjonalną i finansową. Jej córki szybko zaczęły do niego mówić „tato”.

Po wojnie Julia i Włodzimierz planują kościelny ślub w Kijowie, ale życie organizują w Polsce. — Ktoś musi na rodzinę zarabiać, a ja interesy mam tutaj — mówi Włodzimierz i dodaje: — Sam jestem zaskoczony, że coś takiego mnie spotkało. Po czterech latach uczucie jest jak na początku — mówi.

Ich historii jednak, z racji ślubu poza granicami, mimo że przepisanego w polskim USC, statystyka GUS nie uwzględnia. Znaczy to, że małżeństw polsko-ukraińskich jest jeszcze więcej, niż wynika ze wspomnianych wyżej raportów.

Profesora Piotra Szukalskiego z Uniwersytetu Łódzkiego nie dziwi wzrost liczby małżeństw polsko-ukraińskich. Mechanizm jest prosty: najpierw pojawia się duża grupa cudzoziemców, potem następuje kilkuletni okres oswajania nowego kraju, nauki języka i budowania kontaktów, a dopiero później zaczyna rosnąć liczba związków i ślubów. Znamy to z fali migracji Polaków do Irlandii czy Wielkiej Brytanii po wejściu Polski do UE.

Obecny „wystrzał” małżeństw polsko-ukraińskich nie jest więc „wyjątkiem od reguły”, ale raczej klasycznym efektem masowego napływu i zasiedzenia — tyle że skumulowanym i przyspieszonym przez wojnę. Od około 2010 r. liczba takich związków rosła powoli, niemal liniowo, wraz z kolejnymi falami migracji zarobkowej z Ukrainy. Po 24 lutego 2022 r. nastąpiła jednak jakościowa zmiana: skala napływu oraz feminizacja tej fali uchodźczo-migracyjnej sprawiły, że przyrost małżeństw polsko-ukraińskich zaczął przypominać raczej dynamikę wykładniczą niż spokojny trend.

W rozmowie z „Newsweekiem” socjolog podkreśla, że związki polsko-ukraińskie są jednym z najsilniejszych wskaźników integracji — oznaczają wejście w sieci rodzinne i towarzyskie partnera, łatwiejsze poruszanie się po instytucjach i rynku pracy, a w praktyce: zadomowienie. Jednocześnie ostrzega, że same liczby nie mówią nam wszystkiego: trudno z danych rozstrzygnąć, w jakim stopniu polskie małżeństwa z obywatelami Ukrainy i te ukraińsko-ukraińskie zawierane w Polsce są wyrazem trwałego „zapuszczania korzeni” nad Wisłą, a w jakim próbą ułożenia sobie życia „w zawieszeniu”, gdy powrót do kraju jest ryzykowny lub niemożliwy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version