To było dla Francji 30 cudownych lat nieprzerwanego gospodarczego wzrostu – tak przynajmniej okres od lat 50. ubiegłego wieku został zapamiętany. Pierre Lemaitre, laureat Nagrody Goncourtów, w nowej, zapoczątkowanej „Wielkim światem” sadze powieściowej o trójce rodzeństwa wchodzącej w tej epoce w dorosłość, pokazuje, że rzeczywistość odbiegała od tego, jak ją zapamiętano.

Pierre Lemaitre: Jak wszyscy – pojąłem to już po jego finiszu. I to, muszę powiedzieć, była dosyć niemiła niespodzianka. Tak przynajmniej mi się wydawało, gdy siadałem do pisania „Wielkiego świata”. I – wie pan co? Zanim zacząłem pracę, myślałem, że wracam do czegoś komfortowego, do czegoś, co przeżyłem. Zgłębiając cudowne trzydziestolecie, zdałem sobie nagle sprawę, że wszystkie moje wspomnienia z niego są jeśli nie błędne, to fałszywe. Historia przekształciła moje wspominanie tamtej epoki w coś innego. Trzydzieści cudownych lat, jakie pamiętałem, nigdy nie istniało. W kontekście warsztatu pisarskiego to dość ciekawy problem: oto muszę pracować nad okresem, w którym żyłem, tak samo jak przy powieściach, w których zajmowałem się I wojną światową, tak jakby był mi obcy.

– To też. Ale dla mnie i dla Francuzów tym wydarzeniem była śmierć Jeana Paula Sartre’a siedem lat później. Do śmierci Sartre’a miałem wrażenie, że żyję życiem intelektualisty w kraju, który jest swego rodzaju latarnią morską dla całej światowej klasy intelektualnej. Jego odejście było pewnym przebudzeniem: zdałem sobie nagle sprawę, że Francja straciła intelektualną hegemonię na Zachodzie. Rok później, pierwszy raz od dawna, do władzy doszli socjaliści. To był bezpowrotny koniec tej epoki.

– Wojna w Indochinach była grzechem założycielskim cudownego trzydziestolecia, powiązana z tą, która wydarzyła się wkrótce po niej i która wciąż jest dla Francji niezagojoną raną, czyli wojną w Algierii. Jednak to, co stało się w Sajgonie, u nas też jest zapomniane, i to był powód, dla którego wybrałem to wydarzenie do opisania. Drugi powód: to była wojna kolonialna, ale też wojna kapitalistyczna, pokazująca, jak kolonializm i kapitalizm się splatają.

– Kolonializm daje kolonizatorowi pewną dumę, przekonanie, że niesie cywilizację, dobro, światło dla tych, których kolonizuje. Z kolei kapitalizm – to właśnie to, że się wówczas sprawdził, wielki ekonomiczny sukces Francji w cudownym trzydziestoleciu sprawił, że byliśmy wówczas tak z siebie zadowoleni, tak dumni jako naród. Zresztą to właśnie jego wielki sukces wyjaśnia okrucieństwo i rozmiar upadku cudownego trzydziestolecia. Gdy Francja spadła, to z wysokiego konia.

Cudowne trzydziestolecie to przecież także era plastiku i betonu, nieoglądania się na klimatyczne i ekologiczne aspekty tego, na czym opiera się ekonomiczny wzrost. Francja i inne kraje nie zdawały sobie sprawy z tego, co my, w wieku średnim świata, już świetnie wiemy: że tańczyliśmy, owszem, jednak nad krawędzią wulkanu

– Czy ona jest tak znowu seksualnie wyzwolona? Nie jestem do końca przekonany. Jest raczej, jak wszystkie nastolatki z tamtej epoki, młodą dziewczyną, która stara się sobie wyznaczyć własną przestrzeń wolności we w dużej mierze patriarchalnej kulturze. Szuka marginesu. Jej zaawansowane życie seksualne jest odpowiedzią na świat, który ją tłamsi. Co więcej, doświadcza tego samego co wszystkie pokolenia do 1968 r., czyli seksualności represjonowanej po pierwsze przez brak ogólnodostępnych środków antykoncepcyjnych, po drugie przez reglamentację aborcji, która musiała wówczas być potajemna.

– To prawda. To była epoka nieomal pełnego zatrudnienia, z prostego powodu: pracy było dużo, a ludzi mało. Słowo „mobilność” nie do końca nawet pasuje do opisu tego zjawiska, ponieważ nie trzeba było wyjeżdżać wówczas we Francji do większego ośrodka, żeby znaleźć zajęcie pozwalające na godne utrzymanie. To zmieniło się w latach 70. i 80., kiedy nastąpił gigantyczny exodus ze wsi do miast i ludzie, którzy skorzystali z mobilności społecznej, w istocie stali się jej ofiarami. Piszę o tym w następnych tomach.

– Nie do końca brukowa. „Journal du Soir” („Dziennik wieczorny”) był po prostu dziennikiem ogólnoinformacyjnym. Łączył jednak dwa istotne trendy w prasie francuskiej tamtej epoki. Po pierwsze: faktycznie był masowy. Nakład to był na ogół milion egzemplarzy, a gdy umarł generał de Gaull – dwa miliony. Po drugie – język, którego używano w gazetach tamtego czasu, pierwszy raz nie był językiem elit. W Stanach Zjednoczonych wyrosła później szkoła new journalism, łącząca dziennikarstwo z literaturą. We Francji robiliśmy to wcześniej: zamiast informować, opowiadaliśmy historie. Na pierwszej stronie zamiast suchej informacji, że Wietmin wygrał tam a tam, pojawiał się artykuł: „Spędziłem trzy dni z Wietminem”.

– Typowe jest raczej to, w jaki sposób informacja o tej zbrodni została przekazana przez prasę właśnie. Druga połowa XX w. to pierwszy moment w historii Zachodu, gdy mamy do czynienia ze sprawami kryminalnymi, które ciągną się latami i dziesięcioleciami, a mogą tak długo żyć w wyobraźni odbiorców i czytelników, ponieważ gazety wciąż do nich wracają. Tak też pomyślałem tę sagę – zbrodnia, która wydarza się na początku pierwszego tomu, będzie mogła wrócić w finale. Kiedyś byłaby zapomniana, w tej epoce nie jest.

– Spójrzmy na to jak na dojrzewanie naszego świata, przecież bardzo podobne do dojrzewania człowieka. Cudowne trzydziestolecie było jego nastolęctwem, może wczesną młodością. W tym okresie życia człowiek doświadcza pewnej przyjemności życia, radości z samego swojego istnienia. Człowiek nie spogląda wówczas w przyszłość, nie zadaje sobie pytania o konsekwencje swoich wyborów. Cudowne trzydziestolecie to przecież także era plastiku i betonu, nieoglądania się na klimatyczne i ekologiczne aspekty tego, na czym opiera się ekonomiczny wzrost. Francja i inne kraje nie zdawały sobie sprawy z tego, co my, w wieku średnim świata, już świetnie wiemy: że tańczyliśmy, owszem, jednak nad krawędzią wulkanu.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version