Z rosyjską polityką nieodłącznie wiąże się słowo „giebna”, które w języku slangowym oznacza służby specjalne, resorty siłowe. Jeśli ktoś miałby zastąpić Władimira Putina, będzie to polityk wywodzący się właśnie z „giebni”.
Putin sprawuje w Rosji władzę nieprzerwanie od 26 lat (w latach 2008-2012 rządził z tylnego siedzenia, formalnie prezydentem był Dmitrij Miedwiediew). W niezależnych rosyjskich mediach co pewien czas pojawia się „giełda nazwisk” potencjalnych następców Putina (niedawno opublikowała ją „Niezawisimaja Gazieta”). Dziennikarze i dziennikarki rozpisują się o wojnie kilku „kremlowskich wież” i analizują, która z nich znajduje się najbliżej prezydenckiego ucha. Czy są to „siłowicy”, technokraci, czy np. klan Roztechu (potężnego kompleksu wojenno‑przemysłowego).
Sam Putin też wypowiadał się na temat „operacji następca”. W wywiadzie udzielonym w maju zeszłego roku reżimowej prasie stwierdził, że przyszły włodarz Kremla ma być wyłoniony spośród „kilku kandydatów”, których poda sam (choć Rosja jest krajem skrajnie autorytarnym, gdzie społeczeństwo nie ma żadnego wpływu na wybór prezydenta). Mówił także, że musi on zdobyć „zaufanie społeczne”, by móc w pełni „realizować swój program”.
„Piterscy”
Dziennikarze i dziennikarki od lat typują te same nazwiska: Igor Sieczin (oligarcha), Aleksiej Diumin (prezydencki „ochroniarz”), Nikołaj Patruszew (wieloletni zwierzchnik sił specjalnych), Wiktor Zołotow (stojący na czele wojsk Gwardii Narodowej), Siergiej Naryszkin (odpowiadający za wywiad zagraniczny). Lista potencjalnych następców jest długa, pojawiają się na niej nowe nazwiska, np. Michaił Miszustin, „młody”, bo jedynie 60-letni polityk, który w 2020 r. objął tekę premiera. Rozważania o sukcesji władzy w Rosji to jednak wciąż wróżenie z fusów. Wszystko wskazuje na to, że przyszły włodarz Kremla będzie nie tylko człowiekiem z „giebni”, ale będzie też do szpiku kości skorumpowany.
Putin nie został wybrany, lecz namaszczony na prezydenta w noc sylwestrową z 1999 na 2000 r. Pogrążony w alkoholizmie i schorowany Borys Jelcyn wybrał go na swojego następcę, ponieważ Władimir Władimirowicz miał opinię człowieka ceniącego sobie lojalność. Był lojalny wobec swoich mocodawców, lojalności wymagał też od podwładnych. Rządził Rosją do 2008 r., po czym oddał fotel prezydenta Miedwiediewowi (sam został premierem). Ster rządów przejął ponownie w 2012 r. i zaproponował (wzorując się na Białorusi) przedłużenie kadencji prezydenta do sześciu lat.
Dokonał też innych korekt w ustawie zasadniczej: ponieważ przewidywała ona, że urząd prezydenta sprawować można niedłużej niż przez pięć kadencji (w 2024 r. Putin zasiadł na kremlowskim tronie po raz piąty), zapewnił sobie możliwość reelekcji jeszcze w 2030 r.
Jedno z głównych pytań dotyczących przyszłości Rosji brzmi: czy gdyby Putin otrzymał podobne gwarancje bezpieczeństwa do tych, których sam udzielił w 2000 r. Jelcynowi, zdecydowałby się odejść ze stanowiska. Putin zapewnił Jelcynowi i jego najbliższej rodzinie nietykalność. Dotyczyło to także ich majątków.
W ostatnim czasie w rosyjskich opozycyjnych mediach często pojawiają się materiały dotyczące frustracji rosyjskich elit władzy. Prowadzona z Ukrainą wojna zubaża rządzących. Sankcje odcięły „ludzi Putina” od zgromadzonego na zachodzie kapitału. Uniemożliwiły prowadzenie interesów, a także korzystanie z nieruchomości i licznych luksusów, np. prywatnych jachtów czy samolotów. Wśród tych ludzi muszą się pojawiać głosy o konieczności zakończenia wojny z Ukrainą i rozpoczęcia negocjacji z Zachodem. Badania opinii społecznej pokazują, że Rosjanie chcą pokoju, ale na własnych warunkach — podkreślają, iż Ukraina musi zgodzić się na ustępstwa terytorialne wobec Moskwy. Chodzi o zrzeczenie się Krymu oraz terytoriów tymczasowo okupowanych przez Rosję.
Jeśli Putin rozważałby przekazanie pałeczki, następcy szukałby w gronie najbliższych współpracowników. A do władzy wyniósł całe grono „piterskich”, czyli swoich bliskich współpracowników jeszcze z czasów leningradzkich. W Leningradzie Władimir Władimirowicz był bliskim współpracownikiem mera miasta Anatolija Sobczaka (swojego byłego wykładowcy na uniwersytecie leningradzkim). Praktycznie każdy z nich utożsamiał się ze wspomnianą „giebnią”. Warto dodać, że w rosyjskiej polityce do dziś fakt pracy w służbach specjalnych stanowi nieoceniony atut.
„Po prostu przeżyć”
Panującym w Rosji marazmem i kryzysem gospodarczym zmęczone jest także społeczeństwo. Co znamienne, nad Wołgą mało kto wierzy w możliwość zmian. Badania przeprowadzone przez Centrum Lewady, niezależny ośrodek monitorowania opinii publicznej, wskazują, że 60 proc. rosyjskiego społeczeństwa uważa, że w ich kraju rządzić będzie Putin albo ktoś z jego bliskich współpracowników. Co znamienne, opinię na temat włodarza Kremla zmieniła znaczna część rosyjskiego społeczeństwa. Przez pierwsze dwie kadencje Putin cieszył się dużym poparciem społecznym. Wzrost cen surowców naturalnych sprawił, że Rosja się bogaciła, a jej prezydent na progu każdej kadencji zawierał ze społeczeństwem kontrakt. Zapewniał bezpieczeństwo socjalne (na minimalnym poziomie) i względne bezpieczeństwo (zwalczani w wojnie czeczeńskiej „północnokaukascy radykałowie” raczej nie dokonywali „ataków terrorystycznych” na terenie Rosji). W zamian żądał oddania na siebie głosu i posłuszeństwa. Ten głos otrzymywał i większość społeczeństwa czyniła to szczerze. W ostatnich latach (za cezurę można przyjąć rosyjski atak na Ukrainę w 2022 r.) wiele się zmieniło. Rosja przestała być krajem bezpiecznym — Ukraina dokonuje ataków odwetowych na cele cywilne. Kraj (z powodu nałożonych przez Zachód sankcji i inflacji) pogrążony jest w kryzysie gospodarczym. Wystarczy powiedzieć, że ponad 50 proc. społeczeństwa podkreśla konieczność reform gospodarczych. Obywatele chcieliby zmian politycznych, a zgodnie z notowaniami Fundacji Opinii Publicznej, która prowadzi sondaże dla Kremla, poparcie dla Putina spadło do 66 proc. i jest to najniższy wynik od czasu ogłoszenia w kraju mobilizacji.
Mało kto ma ochotę domagać się demokracji na ulicy, udział w protestach wiąże się z ryzykiem więzienia, a nawet utraty życia. Społeczeństwa nie ma też kto na ulicę wyprowadzić — politycy uznawani za liderów opozycji zostali zamordowani (Borysa Niemcowa zastrzelono nieopodal murów Kremla, Aleksieja Nawalnego otruto w łagrze). Dziś mieszkańcy Rosji zaciskają zęby, chcą — jak sami mawiają — „po prostu przeżyć”.
Robert Service, brytyjski historyk, biograf Lenina, Stalina i Trockiego, w książce „Na Kremlu wiecznie zima” znajduje analogie pomiędzy Leonidem Breżniewem a Władimirem Putinem. Widzi je w kontekście polityki kadrowej obu polityków. „Podobnie jak w latach 70. Leonid Breżniew, Putin przydziela najlepsze stanowiska sprawdzonym lojalistom. Zdumiewająca liczba wysokich urzędników wywodzi się z grona jego kolegów z lat młodości w Leningradzie bądź też dawnych współpracowników w leningradzkim KGB albo władzach miejskich” — pisze Service.
Łatwiej jest odwoływać się do przeszłości, niż analizować sytuację polityczną we współczesnej Rosji. Większość dziennikarzy, analityków, naukowców o poglądach liberalno-demokratycznych opuściła kraj. Mieszkają na Zachodzie i (tak jak moja zaprzyjaźniona pisarka) marzą, by móc „choć raz odwiedzić Moskwę”, bywa, że stolica im się śni. Chcieliby zabrać ze swych mieszkań, chociaż rodzinne fotografie. Wiedzą, że to się nie wydarzy. Liczą się z faktem, że wkrótce stracą majątek. Np. Julia Łatynina, dziennikarka „Nowej Gaziety”, która opuściła Rosję, nie ma wątpliwości i odpowiada krótko: „Po Putinie nastąpi Putin”. Breżniew (którego przywołuje Service) nie zdecydował się na przekazanie władzy, zmarł jako gensek w 1982 r. Ster władzy objęli po nim Jurij Andropow, potem Konstantin Czernienko. Dopiero w 1985 r. do władzy doszedł Michaił Gorbaczow, którego panowanie na Kremlu otworzyło zupełnie nowy okres w dziejach ZSRR — nastąpił czas pierestrojki i głasnosti.
Jak w czasach Breżniewa
Zmian chcą młodzi ludzie. W czasie przeszło ćwierćwiecza panowania Putina urodziło się, dojrzało i założyło własne rodziny nowe pokolenie Rosjan. To zniewolone społeczeństwo, zakneblowane przez cenzurę, okładane pałkami podczas demonstracji (jeśli w ogóle na nie chodziło). Ludzie ci nie znają innego prezydenta niż Putin. Są świadomi, że w ich kraju żadnej rewolucji nie można się spodziewać. I choć to epokę rządów wspomnianego Leonida Breżniewa zwykło się nazywać „zastojem” i czasem „gerontokracji”, to prawdziwy „zastój” i „gerontokracja” panują w Rosji dziś. Breżniew rządził w latach 1964-1982, a więc przez 18 lat (Putin jest prezydentem już o siedem lat dłużej). Zmarł niedługo przed swoimi 76. urodzinami, Putin ma dziś 73 lata, a politycy z jego najbliższego otoczenia są w podobnym wieku.
Obecnie Władimir Władimirowicz — ukryty przed światem w swoim „bunkrze” — spotyka się jedynie z kręgiem najbliższych współpracowników, którzy są świadomi, że decyzje na temat przyszłości Rosji podejmuje jedynie on sam. Rok temu, w rozmowie z przedstawicielami reżimowych mediów, Putin wymienił nazwisko Patruszewa jako swego następcy. Przed 1991 r. Patruszew był zwierzchnikiem Władimira Władimirowicza w KGB. Prywatnie Putin i Patruszew się przyjaźnią. Gdyby taki scenariusz się ziścił, Putin przekazałby władzę człowiekowi równie wiekowemu jak on sam. Patruszew jest silnym ogniwem putinowskiego systemu (jako długoletni zwierzchnik FSB odpowiada za wprowadzanie w kraju autorytaryzmu). Service w badaniach zajmuje się nie tylko opisywaniem czołowych postaci polityki. Poszukuje też analogii między czasami radzieckimi i współczesną Rosją. Podejście takie bywa ryzykowne, nie można arbitralnie stwierdzić, że Rosja Putina jest Związkiem Radzieckim w pigułce, niektóre porównania wydają się jednak trafne. Breżniew — podobnie jak Putin — sprawił, że w Związku Radzieckim zapanowały marazm i strach. Tak jak Putin zaangażował swój kraj w bezsensowną wojnę (najechał Afganistan). Konflikt był nie do wygrania, pochłonął życie tysięcy młodych ludzi i sprawił, że kraj pogrążył się w kryzysie gospodarczym. I wychowani przy Putinie młodzi Rosjanie są wysyłani na ukraiński front. Umierają na wojnie, której sensu w większości nie rozumieją.
W rozważaniach o przyszłości władzy w Rosji na marginesie pozostaje kwestia opozycji. Jest pozbawiona liderów, którzy nie żyją albo zostali osadzeni w koloniach karnych (choć dwa lata temu, podczas wymiany więźniów opuścił ją Ilja Jaszyn) bądź skazani na emigrację. Nic nie wskazuje na to, by opozycja mogła odegrać rolę w wyścigu o fotel prezydenta. Wygląda na to, że dzisiejsi 40-latkowie nie będą mieć wpływu na losy kraju, w którym żyją.

