930 lat temu w Wielkanoc ruszyła pierwsza wyprawa krzyżowa. Tłum słabo uzbrojonych chłopów, miejskich nędzarzy i zwykłych rzezimieszków najpierw dokonał strasznych zbrodni, a później został wybity przez Turków Seldżuckich.
Kiedy w listopadzie 1095 r. na synodzie w Clermont papież Urban II ogłosił krucjatę w celu wyzwolenia Grobu Świętego, dał się słyszeć okrzyk „Deus vult!”. „Bóg tak chce!” stało się wkrótce zawołaniem bojowym krzyżowców.
W tym momencie na arenę dziejów wkroczył Piotr z Amiens, ubogi eremita zwany Piotrem Pustelnikiem, którego mania religijna miała skutkować potwornymi konsekwencjami. Nie tylko dla setek tysięcy ludzi w XI w., ale i nawet dla nas. Bo czy gdyby tamtego listopadowego dnia Urban II nie ogłosił, że żołnierze Chrystusa zostaną oczyszczeni z grzechów w ogniu bitwy, a przez Europę nie poniósł się okrzyk „Deus vult!”, dzisiaj relacje świata chrześcijańskiego z islamem wyglądałyby zupełnie inaczej?
Tatuaż z takim napisem, i to wydziarany pismem gotyckim, nosi na bicepsie Pete Hegseth, obecny szef Pentagonu, mianowany przez Donalda Trumpa. Na klatce piersiowej prezentuje imponujący krzyż jerozolimski. To herb Królestwa Jerozolimskiego, założonego przez jednego z najwybitniejszych krzyżowców, Gotfryda de Bouillon.
Zanim jednak Gotfryd z Bouillon z rycerzami z południowej Francji, Normandii oraz Normanami z południa Włoch ruszyli zdobywać Jerozolimę, do organizacji obłąkańczej wyprawy zabrał się Piotr Pustelnik.
Oblężenie Antiochii (Syria) przez krzyżowców podczas wyprawy rycerskiej; iluminacja z ok. 1250-1259 r.
Foto: Fot. British Library/BE&W
Falstart z gęsią i osiołkiem
Urban II wyznaczył autoryzowanych kaznodziejów, którzy głosili konieczność odbicia Grobu Świętego, ale szybko stracił kontrolę nad swoim projektem, gdy pojawili się samozwańczy akwizytorzy krucjaty. To oni we Francji i na ziemiach niemieckich sprzedawali maluczkim opowieści o odkupieniu grzechów poprzez wyprawę do Jerozolimy. Najskuteczniejszym z nich okazał się właśnie Piotr z Amiens.
Mający już wówczas około 45 lat Piotr ponoć z urody bardzo przypominał osła, na którym podróżował. Sam osioł także był otoczony czcią jako zwierzę, które dostąpiło zaszczytu dźwigania na grzbiecie tak świętego męża. I nie było to jedyne zwierzę otoczone aureolą świętości. Pośród rozmaitych band, które ruszyły w ramach krucjaty ludowej, znajdowała się grupa niemieckich pielgrzymów, których do Jerozolimy miała zaprowadzić natchniona przez Boga gęś.
Piotr z Amiens był lichej postury, chudy i pomarszczony, zawsze boso, nędznie ubrany oraz na bakier z higieną. A jednak musiał mieć w sobie niezwykłą charyzmę, skoro potrafił porwać dziesiątki tysięcy ludzi do samobójczej eskapady.
Przyłączali się do niego biedni chłopi, widzący w wyprawie szansę na poprawę egzystencji, równie biedni mieszkańcy miast, ale i rozpaleni gorączką złota rabusie, złoczyńcy, mordercy. Wielu z nich zabierało ze sobą kobiety i dzieci, by całymi rodzinami znaleźć szczęście, odpust za grzechy i gwarancje życia wiecznego.
Cała ta zbieranina nie przedstawiała wielkiej wartości bojowej, bo z pewnymi wyjątkami nie znali się na wojaczce, a uzbrojeni byli w co popadnie. Normandzcy fachowcy od zabijania wiedzieli, iż do wojny trzeba się solidnie przygotować. Stąd po tym, jak „wzięli krzyż”, czyli publicznie zgłosili akces do wyprawy, zajęli się kosztownym organizowaniem tego niebywałego przedsięwzięcia. I potrzebowali na to czasu. Rozgorączkowana wyprawa Piotra Pustelnika ruszyła do Jerozolimy pół roku wcześniej.
W Święta Wielkanocne 12 kwietnia 1096 r. w Kolonii zebrał się zdumiewający swą cudacznością tłum. Musieli ruszyć jak najszybciej z powodu niemożności wyżywienia takiej masy ludzkiej. A że nie mieli pieniędzy, poszli przez południową Europę jak szarańcza, nie tylko przemocą zdobywając żywność, ale i zabijając kogo popadnie, najchętniej Żydów.
Pierwsza część wyprawy ludowej pod dowództwem rycerza Waltera bez Mienia (co wiele mówi o stanie jego kiesy) ruszyła na południe. W Zemunie, obecnie dzielnicy Belgradu, wówczas w granicach Królestwa Węgier, doszło do splądrowania bazaru przez kilkunastu pielgrzymów, których schwytano, rozebrano do naga i przepędzono na drugi brzeg Sawy. Walter zwinął swoje oddziały i ruszył przez ziemie Bizancjum do Konstantynopola, ale już wkrótce węgierski król Koloman Uczony musiał stawić czoła o wiele liczniejszym bandom Pustelnika, mimo że starał się być dla nich łaskawy.
Do Konstantynopola dotarła przetrzebiona i okryta złą sławą armia Piotra Pustelnika, znacząc swą drogę trupami własnymi oraz ofiar swych napaści. Tysiące ludzi zdezerterowało, wielu pojmano i uczyniono z nich niewolników, ale jednocześnie zaczęły napływać kolejne masy ludowych krzyżowców, swoim zachowaniem przypominające raczej orków z „Władcy Pierścieni” niż rycerzy.
Cesarz Bizancjum Aleksy szybko zorientował się, że ten nędzny i oszalały tłum zostanie rozgromiony przez Turków, gdy tylko wejdzie na ich terytorium. Miał proponować Piotrowi, by poczekał na prawdziwą armię rycerską. Ale w końcu, widząc, że „pielgrzymi” plądrują i podpalają domy, szybko przeprawił ich przez Bosfor.
Ludowi krzyżowcy nic nie wiedzieli o potencjalnych nieprzyjaciołach ani sposobie ich walki. Gdy już znaleźli się w Azji Mniejszej, maszerowali w nieładzie i harmidrze, zabijając po drodze mieszkańców wiosek i miasteczek.
Zbóje Emicha z Leisingen
Na czele innych oddziałów stał hrabia Emich z Leisingen, o którym wszyscy wiedzieli, że jest okrutnym bandytą, ale jego doświadczenie wojskowe było niezbędne. Emich rozpowiadał, że ma na ciele cudownie wypalony — zapewne przez samego Boga — znak krzyża. Nic nie wiadomo, żeby to znamię pokazywał, ale sama opowieść zapewne robiła wielkie wrażenie. I to Emich z Leisingen zapisał najkrwawszą kartę w i tak pełnej mordów wyprawie. Już maszerując przez Niemcy, hordy Emicha z braku muzułmanów dokonywały rzezi ludności żydowskiej.
Jak pisał w swoich fenomenalnych „Dziejach wypraw krzyżowych” angielski mediewista Steven Runciman: „Muzułmanie byli dzisiejszymi wrogami, prześladowali wszak wyznawców Chrystusa. Żydzi byli bez wątpienia gorsi — prześladowali samego Chrystusa”.
Niemieccy Żydzi wiedzieli, czego się spodziewać. Już w grudniu 1095 r. gminy z Francji ostrzegały niemieckich współwyznawców, że szykują się pogromy. Zaczęło się w Spirze, gdzie zbóje Emicha zabili kilkunastu Żydów, którzy odmówili przejścia na chrześcijaństwo. Tamtejszy biskup zdołał uratować resztę gminy, a nawet ująć kilku morderców, którym obcięto ręce. Ale gdy Emich dotarł do Wormacji, rozpętało się prawdziwe piekło. W podpaleniu miasta pomógł „fake news”, że Żydzi schwytali chrześcijanina, utopili go, a wodą, w której trzymali gnijące zwłoki, zatruli miejskie studnie. Zadziałało. Do hord Emicha dołączyło pospólstwo i na nic tym razem zdała się opieka lokalnego biskupa. Tłum zamordował około pół tysiąca Żydów, a wielu wyznawców judaizmu popełniało samobójstwa całymi rodzinami, byle nie dostać się w ręce „rycerzy Chrystusa”.
Kilka dni później, 25 maja 1096 r., Emich dotarł do Moguncji. Miasto, wiedząc już o pogromie w Wormacji, zamknęło przed nim bramy. Jednak zwolennicy Emicha otworzyli mu je od wewnątrz i zaczął się trzydniowy festiwal mordowania. Nie pomógł sowity okup, jaki gmina żydowska wypłaciła Emichowi. Pieniądze przyjął, a następnie zaatakował pałac arcybiskupa Rothara, gdzie ukryli się Żydzi (również płacąc mu sowite pieniądze za ochronę), sam Rothar zaś uciekł z miasta. Krzyżowcy zabili około tysiąca ludzi. Koszmar z wiosny 1096 r. nazwano później „pierwszym Holokaustem”.
Więcej szczęścia mieli Żydzi w Kolonii, gdzie w czas Zielonych Świątek gang Emicha spalił synagogę i polował na ukrywających się wśród chrześcijańskich rodzin Żydów, ale tutaj arcybiskup powstrzymał masakrę. Zbóje Emicha na początku czerwca wkroczyli na Węgry.
Były tam już wcześniej oddziały kaznodziei Volkmara, które miały za sobą masakrę na Żydach w Pradze. Chciały kontynuować krwawe dzieło, ale Madziarzy uderzyli na tę watahę, wielu zabili, innych pojmali, reszta uciekła. Po Volkmarze słuch zaginął. Z kolei Gotszalk, wierny uczeń Piotra Pustelnika, dokonał rzezi Żydów w Ratyzbonie, ale gdy przekroczył granicę węgierską, też został rozbity. Tymczasem Emich zaczął oblegać warownię Moson, ale przybyła z odsieczą armia Kolomana Uczonego pokonała krzyżowców. Emich uciekł do Niemiec, jego towarzysze, jak Drogon z Nesle, Wilhelm Cieśla oraz Tomasz z Marle, dołączyli do krucjaty rycerskiej. Ten ostatni wsławił się — nawet jak na ówczesne standardy — psychopatycznym okrucieństwem.
Wkrótce miała też wybić godzina zbieraniny Piotra Pustelnika. Rozbiła ona obóz pod Civetot w dzisiejszej Turcji, a sam Piotr wyprawił się do Konstantynopola prosić cesarza Aleksego o żywność, na której brak cierpieli jego ludzie. Po pierwszej klęsce w walce z Seldżukami pałający żądzą zemsty pątnicy postanowili bić się nadal, nie mając pojęcia o sile przeciwnika. W obozie zostawili kobiety i dzieci i w sile około 20 tys. ruszyli dalej. Wkrótce wpadli w zasadzkę — muzułmanie rozstrzelali ich z łuków, wysiekli mieczami, a później ruszyli na obóz, gnając przed sobą resztki spanikowanych pielgrzymów. Wyrżnęli w obozie niemal wszystkich, czyli jak pisał Albert z Akwizgranu, „słabych, kalekich, zakonników, stare kobiety, chłopięta przy piersi”. Porwali żywcem wyłącznie młode kobiety oraz atrakcyjnych młodzieńców, by zamienić ich w niewolników.
Bestie szlachetnie urodzone
Można powiedzieć, że katastrofa krucjaty ludowej została pomszczona przez krucjatę rycerską. I to z nawiązką. W przeciwieństwie do tłumów Piotra Pustelnika oraz niemieckich watażków rycerze francuscy i Normanowie sycylijscy umieli świetnie walczyć. Dzięki dyscyplinie, wytrzymałości oraz odwadze potrafili pokonać o wiele liczniejszego przeciwnika, ale poziom ich bestialstwa w zdobytych miastach i zamkach muzułmańskich był równie szokujący. Głęboka wiara chrześcijańska nie kłóciła im się z sadyzmem, nawet wówczas budzącym przerażenie.
Wkroczyli na ziemie muzułmanów, mijając w wąwozie w Civetot bielejące w słońcu kości resztek krucjaty ludowej, ale w przeciwieństwie do „hałastry Piotra Pustelnika”, jak nazwał ich Steven Runciman, posuwali się ostrożnie z zachowaniem wszystkich zasad taktyki.
Zresztą do rycerzy przyłączył się właśnie Piotr Pustelnik, który cudownym zrządzeniem losu zawsze wychodził bez szwanku z kolejnych klęsk. Na przykład w trakcie oblężenia Antiochii zdezerterował, i to wraz z dawnym „krzyżowcem ludowym” Wilhelmem Cieślą. Szybko złapany uchronił się przed karą. Został jedynie zmuszony do posłowania do muzułmanów, gdzie bezczelnie żądał od nich kapitulacji.
Rycerze z Europy nie tylko mordowali cywili, ale aby obniżyć morale obrońców, wystrzeliwali za bronione mury z katapult obcięte głowy jeńców. Kiedy po długim i ciężkim oblężeniu zdobyli potężnie obwarowaną Antiochię, wygłodniali, a właściwie na granicy śmierci z wycieńczenia, chyżo zabrali się do pogromów i rabunków, ponieważ ich głód złota był co najmniej tak silny jak pragnienie zbawienia i odpustu.
Wyrżnęli mieszkańców, nie patrząc na ich wyznanie, wiek ani płeć. A otoczeni przez spóźnione posiłki muzułmańskie dokonali prawdziwego cudu: wyszli z miasta i w pieszym szyku, nie mając już koni, zabitych bądź zjedzonych, rozgromili o wiele większe wojska seldżuckie pod wodzą Kurbughi, namiestnika Mosulu.
Najbardziej przerażającym czynem bogobojnych rycerzy było zdobycie twierdzy Ma’aarat, gdzie nie znalazłszy pożywienia, zajęli się zjadaniem zabitych muzułmanów. Prawdziwym specjałem miały być pośladki, które odkrawano z trupów i gotowano niczym wołowinę. Choć istnieją świadectwa, i to przerażonych kronikarzy chrześcijańskich, o pieczeniu na rożnie dzieci, których mięso w oczywisty sposób było delikatniejsze.
Piotr Pustelnik z natchnionego proroka, który stał się sprawcą śmierci dziesiątek tysięcy chrześcijan i Żydów, bogobojnych i biednych, mężczyzn, kobiet i dzieci, stał się marnym i nieszanowanym dodatkiem do armii zawodowców. Ale przeżył większość uczestników obu wypraw.
W momencie zdobywania Jerozolimy cudownie zniknął ze sceny dziejów. Zmarł najprawdopodobniej w 1115 r., w opactwie Neufmoustier w dzisiejszej Belgii, którego miał być przeorem.

