Pracownicy na etacie, renciści oraz przedsiębiorcy zyskaliby z grubsza 300 zł miesięcznie. Ale dla budżetu oznacza to — jak szacuje minister finansów Andrzej Domański — brak 58,6 mld zł.
Wolisz zatrzymać co roku 3,6 tys. zł dla siebie czy 110 dodatkowych myśliwców F-35 do obrony Polski?
Dlaczego nikt w polityce nie zadaje wyborcom takiego pytania? Dobrze oddałoby dylemat, przed jakim stoimy jako społeczeństwo w obliczu wojny za naszą najbliższą granicą. Ale pytanie — trzeba to uczciwie powiedzieć — jest też formą manipulacji. To tak, jakby stwierdzić, że skoro mamy wysoki deficyt budżetu państwa, nie stać nas na sfinansowanie programu asystencji dla niepełnosprawnych. Pewne jest jednak, że mamy problemy z publicznymi finansami i brak uczciwej dyskusji o wpływach i wydatkach budżetu państwa, co pokazuje stan naszej zbiorowej świadomości — stajemy się społeczeństwem szczególnej troski. Jak sami sobie zgotowaliśmy ten los?
Najpierw rozwiązanie rebusu z początku tekstu.
Matematyka
Wspomniane 3,6 tys. zł to kwota, jaką część podatników będzie mogła zatrzymać dla siebie, jeśli PO podniesie kwotę wolną od podatku — tak jak obiecała — z obecnych 30 do 60 tys. zł. Wtedy pracownik na etacie, rencista oraz przedsiębiorca rozliczający się według skali podatkowej zachowają 12 proc. (to pierwsza stawka podatku) z kwoty 30 tys. zł, czyli z grubsza 300 zł miesięcznie. Nie za dużo. Ale dla budżetu oznacza to — jak szacuje minister finansów Andrzej Domański — brak 58,6 mld zł. Cena jednego myśliwca F-35 sięga blisko 500 mln zł, więc można by ich było kupić 110. I tak co roku. Ale trzeba dla uczciwości dodać, że na te F-35 nie zrzucaliby się informatycy, lekarze, dziennikarze i każdy, kto jest na ryczałcie podatkowym.
Że co? Że to obietnica stara jak świat, bo złożona jeszcze podczas kampanii wyborczej w 2023 r.? Że dla budżetu państwa to poważny problem? Że już i tak mamy prawie największy w Europie deficyt budżetowy? Że PiS zrobiło bałagan w finansach publicznych? Politycy mówią: podniesienie kwoty wolnej to sprawa rangi być albo nie być u władzy.
Fala długu uderzy w Polskę?
Foto: Paweł Kuczyński
Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz już zapowiedział, że podniesienie kwoty wolnej uważa za „fundamentalne dla całej koalicji”. — Wszyscy, na czele z największą partią koalicyjną, poniesiemy bardzo duży koszt, jeżeli ta propozycja nie zostanie uchwalona — mówił w TVN24. — Bo ona konsumuje kilka punktów programowych z naszej umowy, również emeryturę bez podatku, na czym nam bardzo zależy.
Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański dostał zadanie znalezienia pieniędzy na spełnienie tej obietnicy.
Lekcja politycznej hipokryzji
Dla tych, którzy urodzili się za wcześnie, by pamiętać wybory 2015 r., albo mają sklerozę… Zaczęło się od pamiętnego „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Tak wicepremier i minister finansów w rządzie PO-PSL Jacek Rostowski komentował program wyborczy opozycyjnego PiS — obniżkę wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku i wprowadzenie świadczenia 500+ na dziecko. PO po ośmiu latach sprawowania rządów oddała władzę PiS, a to zaczęło spełniać, co obiecało.
Choć w sprawie kwoty wolnej od podatku zaliczyło falstart. W listopadzie 2016 r. głosowało w Sejmie za… zamrożeniem kwoty wolnej od podatku (wówczas 3,1 tys. zł) na kolejny rok. Nie było dość pieniędzy w budżecie państwa. Ale kilka dni później PiS nagle zmieniło zdanie i dostało nieprawdopodobnego przyspieszenia. W 24 godziny posłowie i senatorowie PiS uchwalili wyższą kwotę wolną od podatku, a prezydent Duda błyskawicznie podpisał stosowną ustawę. To przyspieszenie zbiegło się w czasie z listem rzecznika praw obywatelskich do wicepremiera i marszałka Senatu. Ostrzegał w nim, że stare przepisy dotyczące kwoty wolnej przestaną obowiązywać 30 listopada 2016 r. A jej zamrożenie na przyszły rok jest de facto próbą wprowadzenia w życie przepisów, które już raz zakwestionował Trybunał Konstytucyjny. A czemuś takiemu przeciwstawił się w swoim orzeczeniu w marcu tamtego roku Sąd Najwyższy…
To oznaczało, że od 1 grudnia 2016 r. świadomi swoich praw obywatele mogliby w sądach domagać się podniesienia kwoty wolnej od podatku do minimum socjalnego — wówczas 6,6 tys. zł. To zaś kosztowałoby budżet blisko 15 mld zł… Rząd PiS nie był wtedy w stanie spełnić tej obietnicy. Szybko przeforsował więc swoją wersję zmiany kwoty wolnej — degresywną — im więcej zarabiasz, tym mniej dostajesz. Skorzystało na tym 3,5 mln podatników, 700 tys. straciło, a dla większości 19 mln ta zmiana była niezauważalna. Ale ta operacja kosztowała budżet, jak szacował ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki, 1 mld zł. 15 mld minus 1 mld — to o tę różnicę w iście sprinterskim tempie ścigali się więc posłowie i senatorowie PiS oraz prezydent Duda. To był rzadki moment, kiedy matematyka budżetowa zadziałała otrzeźwiająco na polityków PiS.
Przecież kilka miesięcy wcześniej, w kwietniu 2016 r., wprowadzili dodatek 500+ na drugie i kolejne dziecko. Co było jednym z największych programów transferowych w historii III RP. PiS rozszerzyło potem świadczenie również na pierwsze dziecko od lipca 2019 r.
Program poprawił sytuację materialną rodzin i przełożył się — co potwierdzają badania naukowe — na określony i mierzalny wzrost poparcia dla PiS. Według prof. Michała Mycka i ekonomistów Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA ten przyrost sięgnął 2,7 pkt proc., czyli niemal jedną piątą poszerzenia poparcia dla PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych między 2011 a 2019 r.
Lekcja z tej operacji dla polityków była prosta: transfery działają. Pomogły PiS wygrać wybory w 2019 r. Ekonomiczna logika zaczęła jeszcze bardziej ustępować politycznej kalkulacji.
Partia Jarosława Kaczyńskiego zaczęła szukać, na kogo postawić w drugiej kadencji, by wygrać kolejne wybory, i wybrała emerytów oraz rencistów. Wprowadzono na stałe 13. i 14. emerytury, podniesiono minimalne świadczenia, a tuż przed wyborami zwiększono wysokość czternastki.
Paradoks 2023 roku
W kampanii w 2023 r. doszło jednak do paradoksalnej sytuacji. PO zestawem „100 konkretów na 100 dni” przelicytowała PiS. Jedną z najnośniejszych i bardzo konkretnych obietnic było podwojenie kwoty wolnej od podatku z 30 do 60 tys. zł.
Miarą tego zaskoczenia był też fakt, że Mateusz Morawiecki, który przez osiem lat budował politykę opartą na kosztownych transferach z budżetu i obniżkach podatków, zaczął ostrzegać przed… obietnicami Donalda Tuska. Z rozpaczy wyliczał, że Polski nie stać na aż tyle, a w ogóle to będzie 200 mld zł.
To jednak była już inna PO niż w 2015 r. Wspomniane zdanie Jacka Rostowskiego: „Pieniędzy nie ma i nie będzie” przestało być symbolem fiskalnej odpowiedzialności. Po ośmiu latach rządów PiS stało się symbolem politycznej naiwności i kaca. Politycy wyciągnęli z historii wniosek: wyborcy nagradzają tych, którzy więcej obiecają i najbardziej dotrzymują słowa. Nawet wielu ekonomistów, którzy przed laty głośno podzielali obawy wicepremiera Rostowskiego, uznało, że tak kategoryczne postawienie sprawy było błędem, który dał władzę PiS.
Polityczna licytacja weszła na nowy poziom.
Kwota wolna
Zarówno PO, jak i PiS zdawały sobie sprawę, że podniesienie kwoty wolnej do 60 tys. zł to olbrzymie wyzwanie dla finansów państwa. Dlatego jest to najczęściej przypominana przez opozycję obietnica wyborcza. Prezydent Karol Nawrocki zagroził nawet, że jeśli PO nie złoży stosownej ustawy, to on skorzysta z przysługującej mu inicjatywy ustawodawczej i sam zaproponuje swoją ustawę.
Ministerstwo Finansów szacuje koszt takiej operacji na niemal 58,6 mld zł rocznie. To kwota porównywalna z największymi programami społecznymi realizowanymi przez rząd PiS. Tylko o kilka miliardów mniejsza od programu 800+.
Jednocześnie politycy koalicji rządzącej proponują podnieść próg podatkowy ze 120 do 140 tys. zł. A prezydent Nawrocki deklaruje, że podpisałby się pod tym.
Próg nie był waloryzowany od 2022 r., choć rosły ceny i nominalne wynagrodzenie. Liczba przekraczających go podatników wzrosła w tym czasie ponadtrzykrotnie do 2,4 mln. Podniesienie go do 140 tys. zł sprawiłoby więc, że zarabiającym co najmniej tyle zostawałoby w kieszeni dodatkowe 4 tys. zł rocznie (20 tys. zł byłoby opodatkowane stawką 12 proc. zamiast 32 proc.). Koszt tej zmiany resort finansów oszacował na 11,6 mld zł.
Wicepremier Kosiniak-Kamysz publicznie opowiedział się za potraktowaniem obu pomysłów — podwyżki progu i kwoty wolnej — jako jednego pakietu zmian. Wprowadzenie obu rozwiązań jednocześnie kosztowałoby budżet łącznie 70,2 mld zł.
Metafizyka
Żaden z polityków już otwarcie nie powie, że tych pieniędzy nie ma i nie będzie.
Ale fizycznie ich nie ma. I mówi o tym wielu ekonomistów. Otwarcie ostrzega przed ograniczaniem wpływów podatkowych Sławomir Dudek, przewodniczący nowo utworzonej z polecenia UE Rady Fiskalnej, która będzie po raz pierwszy opiniować projekt budżetu na przyszły rok.
Sytuacja finansów publicznych wygląda inaczej niż dekadę temu. Polska została objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu, bo ponaddwukrotnie przekracza limit 3 proc. PKB. Rząd zobowiązał się wobec Komisji Europejskiej do stopniowej konsolidacji finansów publicznych. Jednym z głównych narzędzi tej konsolidacji miało być właśnie utrzymywanie bez zmian parametrów podatkowych — kwoty wolnej od podatku i progu podatkowego. Minister Domański deklaruje, że zobowiązań wobec unijnych partnerów należy dotrzymywać. Czy spróbuje je zmienić?
Bruksela nie jest już tak stanowcza jak kiedyś. — Czasem wystarcza życzliwa perswazja — mówi przedstawiciel rządu.
Były pracownik Ministerstwa Finansów: — Wygląda na to, że Komisja Europejska zgasiła światło. Wprowadza zgodnie z traktatem procedury nadmiernego deficytu w różnych państwach, ale abdykowała z roli twardego egzekutora. Powodów jest kilka. Strefa euro nie może podnieść się z podłogi — wzrost gospodarczy jest nikły. Budżety uginają się pod ciężarem wydatków na zbrojenia — to konieczność dziejowa, nikt z tym nie dyskutuje. Bruksela obawia się, że twarde zmuszanie do zaciskania pasa i przestrzegania reguł może wynieść do władzy w różnych krajach populistów i ekstremistyczne partie.
Balansowanie na linie trwa.
Lekcje z teorii
W normalnych warunkach 60-70 mld zł rząd mógłby zrekompensować, podnosząc podatki lub obniżając wydatki albo robiąc jakiś miks obu opcji. Ale to raczej mrzonka. PO zapowiedziała już, że nikomu nie zamierza zabrać, co PiS dało, a to ogranicza możliwości oszczędności w budżecie. Zapewnieniu nowych wpływów bardzo aktywnie przeciwstawia się prezydent, hurtowo wetując podsyłane przez KO ustawy — nawet te o podwyżce akcyzy na alkohol czy o nadmiarowych zyskach firm paliwowych.
Państwo teoretycznie mogłoby też zaakceptować niższe dochody podatkowe i sfinansować podwyżkę kwoty wolnej, zwiększając dług publiczny. Nawet jeśli Bruksela przymknęłaby na to oko (wspomniana procedura nadmiernego deficytu), to obiektywnie poważnym problemem jest tempo narastania naszego długu. Na koniec I kwartału przekroczył 2 bln zł, i to według definicji krajowej, która nie uwzględnia poukrywanych podczas pandemii wydatków państwa w Banku Gospodarstwa Krajowego czy Polskim Funduszu Rozwoju.
Szybko rosną też koszty obsługi zadłużenia. Państwo musi stale spłacać stare zobowiązania, zaciągając nowe. Tanie obligacje emitowane w czasach pandemii i zerowych stóp procentowych zastępowane są dziś znacznie droższymi. Budżet ponosi więc coraz wyższe koszty. W przyszłym roku to może być nawet dodatkowe kilkanaście miliardów złotych, które znikną; nic za nie nie zbudujemy, nie zrobimy żadnych inwestycji. A to kwota, która mogłaby wystarczyć nawet na podniesienie progu podatkowego do 140 tys. zł.
Czary-mary
Trzeci problem. Minister finansów nie może zwiększać sobie dowolnie długu publicznego. Ma ustawowe i konstytucyjne ograniczenia. Resort finansów nieoficjalnie chwali się, że w przyszłym roku dług (według definicji krajowej) nie przekroczy 55 proc. PKB. To pierwszy bezpiecznik, zapisany w ustawie o finansach publicznych.
Jak w tak napiętym budżecie znaleźć 60 mld zł? Minister finansów oficjalnie odmawia odpowiedzi na to pytanie. Ekonomiści zachodzą w głowę. Może wprowadzi — jak kiedyś PiS — degresywną kwotę wolną od podatku? — Raczej nie, to by było mało efektowne dla wyborców.
Może będą podnosić kwotę wolną na raty — co roku o 10 tys. zł. W przyszłym byłoby to 40 tys. zł — to „tylko” 20 mld mniej dla budżetu?
A może zaczną od waloryzacji progu do 140 tys. — to tylko ponad 11 mld mniej dla budżetu?
Przydałaby się kompleksowa zmiana podatków. Ale po klęsce Polskiego Ładu politycy nieprędko się do tego zabiorą.
PiS zapowiadało największą, najbardziej ambitną reformę podatkową, która miała zwiększyć progresję podatkową, przemodelować społeczeństwo i jednocześnie sprawić, że klasa średnia na tym nie straci. Jednak traciła. Po wprowadzeniu licznych łat — m.in. słynny wzór na ulgę dla klasy średniej — traciła nadal. PiS postanowiło zasypać problem, którego nie potrafiło rozwiązać, obniżką podatków — pierwszej stawki podatku z 17 do 12 proc., kwota wolna wzrosła do 30 tys. zł. Mamy więc system podatkowy, który powstał z przypadku.
Może jednak PO pokusi się o wprowadzenie drugiego progu podatkowego? I trzeciej stawki podatkowej?
Memento
Andrzej Domański musi być ostrożny, żeby na skutek tych budżetowych manewrów dług publiczny w przyszłym roku nie przekroczył 55 proc. PKB. Czy to mu się udało, minister finansów — ktokolwiek nim wtedy będzie — dowie się od GUS dopiero w maju 2028 r. Jeśli limit pęknie, wtedy nie wolno będzie zwiększać zadłużenia państwa, więc budżet na 2029 r. musi mieć niewielki deficyt. To byłoby olbrzymie wyzwanie — obniżyć deficyt z blisko 7 proc. PKB do jakiegoś minimalnego poziomu.
A może nie będzie? Bo od 2015 r. wszyscy wiedzą, że rachunek rośnie i kiedyś trzeba będzie go zapłacić, ale nikt z kolejnych ministrów nie chce być tym, który położy go na stole.
Jeden z byłych ministrów: – Nasza rzeczywistość wygląda jak w anegdocie z „Pięknych dwudziestoletnich” Marka Hłaski. Pisarz publikował w gazecie powieść w odcinkach. Była poczytna, więc domagał się od redakcji podwyżki. Po odmowie porzucił pracę. Redakcja szukała zastępcy, ale nikt nie potrafił dopisać ciągu dalszego do fabuły: „Bohater wyskoczył z samolotu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów i jest bez spadochronu. Wokół niego lata eskadra odrzutowców i strzela do niego pociskami rakietowymi. Na dole czekają już na niego trzy rekiny z otwartymi paszczami”.
Redakcja wróciła więc do autora powieści z podwyżką. A ten kolejny odcinek zaczął od słów: „Nadludzkim wysiłkiem woli, wydostawszy się z tych irytujących opresji, Mike Gilderstern powrócił do Nowego Jorku”.
— To żart, ale tylko dopóki wierzymy w prymat polityki nad ekonomią — mówi były minister. — Problem w tym, że matematyka pozostaje nieubłagana i w końcu wystawi rachunek któremuś z naszych ministrów finansów. Wkrótce zobaczymy też, jak ocenią obecne manewry agencje ratingowe.
Na razie gra muzyka i wszyscy tańczą. Nie ma dyskusji o problemach w finansach publicznych. Ani o tym, jak zatrzymać toczącą się kulę długu. Opozycja krytykuje rząd za wysoki deficyt budżetu i jednocześnie proponuje ustawy, które ograniczają wpływy państwa. A wyborcy wolą żyć w błogiej nieświadomości. — Jak nie będzie przebłysku jakiejś samoświadomości społecznej, politycznej przezorności, to nic nas nie zatrzyma. Tylko kryzys — mówi były pracownik resortu finansów. — Wtedy następny rząd będzie musiał zatrudnić sobie Balcerowicza, pewnie będzie się nazywał inaczej, ale kogoś z twardą ręką i pomysłami, jak zarządzać finansami publicznymi. No i to nie będzie rząd, który przetrwa całą kadencję. Zmiany, które będzie musiał zrobić, na pewno przypłaci utratą władzy. Czy to ma być cena za rzeczową debatę publiczną o sprawiedliwym rozkładaniu ciężarów naprawy finansów publicznych? Bo finanse wymagają naprawy.

