Gra frywolną bohaterkę w kryminalnej intrydze lat 30., czyli nowym serialu „Breslau”, przygotowuje się do roli Violetty Villas, a jednocześnie pracuje na planie „Lalki”. Sandra Drzymalska nie ukrywa, że jej droga w zawodzie aktorki wymagała cierpliwości, konsekwencji i wielu wyrzeczeń.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Sandra Drzymalska: Za każdym razem, gdy wchodzę w świat bohaterki żyjącej w odległych czasach, odkrywam coś nowego. Nie żyłam w latach 30. XX w., a wtedy rozgrywa się akcja serialu „Breslau”, więc to dla mnie podróż w nieznane, inspirująca i rozwijająca. Na planie często miałam wrażenie, jakby naprawdę dane było mi przez chwilę być w tamtych czasach. I to jest najpiękniejsze w tym zawodzie, czyli możliwość przenoszenia się w inne epoki, bycia kimś zupełnie innym. Takie doświadczenia poszerzają wyobraźnię, ale też dają ogromną radość.

— To dla mnie klucz.

Człowiek nie składa się wyłącznie z siły. Nosimy w sobie lęki, wątpliwości, kruchość. I to właśnie te kontrasty czynią postać wiarygodną. Na przykład Simona Kossak miała w sobie ogromną determinację i pasję, ale w relacjach choćby z matką potrafiła być bezbronna. To napięcie między siłą a kruchością czyniło ją autentyczną. I myślę, że wszyscy tak funkcjonujemy, jesteśmy złożeni, wielobarwni. Te odcienie staram się oddawać moim bohaterkom.

— To było dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie grałam w historii opartej na wątku kryminalnym, więc od razu poczułam ekscytację.

— To zdecydowanie miks. Kryminał jest punktem wyjścia, ale bohaterowie są skomplikowani, pełni tajemnic. To także historia o emocjach i samotności. Najbardziej wciągało mnie to, że nigdy nie wiedziałam, dokąd zmierzamy. Wydawało się, że już znam rozwiązanie, a potem wszystko się odwracało. Ten element zaskoczenia trzymał mnie w napięciu do końca.

— Jej charakter. To kobieta z pazurem, mocna, niezależna, potrafiąca iść własną drogą w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Uwiodła mnie jej frywolność, lekkość bycia, odwaga. To ktoś, kto niczym się nie przejmuje, a nawet wobec męża umie wyznaczać granice. Ma w sobie ogień, który sprawia, że nikt nie jest w stanie przejść koło niej obojętnie. Myślę, że jak na lata 30. to było dość śmiałe zachowanie. Hedonistyczny tryb życia kontra normy epoki sprawia, że Lena jest intrygującą kobietą.

— Wszystko, co widzimy na ekranie, jest w jakimś sensie moim doświadczeniem emocjonalnym. Tworzę je na potrzeby roli, ale one są prawdziwe. Lena została zbudowana na namiętności i wewnętrznym ogniu, ale pod spodem kryje się pragnienie bliskości. W trakcie ośmiu odcinków dowiadujemy się o niej coraz więcej, o jej przeszłości, o tym, z czym się zmaga, jakie ma tajemnice.

— Traktuję ciało jak narzędzie aktorskie, tak samo jak głos czy emocje. W życiu prywatnym są moje, ale na planie stają się środkami wyrazu pozwalającymi opowiadać historię bohaterki. Dlatego nie analizuję tego przesadnie, wiem, że to część mojej pracy. Miałam szczęście, że wszystkie takie sceny były dobrze zaopiekowane. Zawsze towarzyszył im klimat zaufania, bezpieczeństwa i uważności.

— Mogłam liczyć na pełne wsparcie. To daje komfort, dzięki czemu można skupić się na budowaniu prawdy emocjonalnej między postaciami, a nie na technicznych trudnościach scen seksu.

— Między nimi jest chemia, ale też nieustanne tarcie, jak dwa elektrony, które się przyciągają i jednocześnie odpychają. Od początku miałam poczucie, że oni są siebie warci, że to „niezłe gagatki”. Seksualność jest istotną częścią ich związku, ale nie wynika tylko z chwilowej gry, ona jest spleciona z głębszym pragnieniem.

— Właśnie tak. Już w pierwszym odcinku widzimy, że oboje marzą o dziecku. To cel, który ich łączy i determinuje wiele decyzji. Starają się o potomstwo, podejmują kolejne próby i choć ich relacja chwilami jest burzliwa, to ten wspólny cel nadaje jej sens.

— Zmienia sposób, w jaki się poruszam, jak reaguję. Kostium to coś więcej niż ubranie. On zmienia sylwetkę, całą fizyczność. Na co dzień nie chodzę w butach na obcasach, a Lena praktycznie cały czas nosi obcasy. To od razu narzuca inny rytm, inną energię. Dodajmy do tego fakt, że wszystkie jej sukienki były szyte na miarę, z najlepszych materiałów, jedwabiów. Miałam mnóstwo przymiarek, uczestniczyłam w procesie powstawania tych strojów. To rzadkość, by kostiumy były aż tak pieczołowicie przygotowane. Dzięki nim Lena stawała się kimś naprawdę atrakcyjnym, świadomym swojej seksualności. Równocześnie były sceny, w których bohaterka się emocjonalnie rozpadała.

— To były zupełnie inne procesy. Simona była postacią biograficzną, żyła naprawdę, zostawiła po sobie książki, wspomnienia, fotografie. Tam potrzebne było pogłębione przygotowanie, wejście w czyjś istniejący świat. Z Leną było odwrotnie. Ona jest wytworem scenariusza i mojej wyobraźni. Dostałam więcej swobody, mogłam stworzyć ją od podstaw: nadać jej przeszłość, życiorys, emocje, które nie były wprost opisane. To niezwykle inspirujące, bo daje poczucie twórczej wolności.

— Tak, bo większość scen kręciliśmy we Wrocławiu, część, głównie rozgrywającą się we wnętrzach, kręciliśmy w Warszawie. To było niezwykłe doświadczenie, bo często pracowaliśmy dokładnie w tych samych miejscach, w których toczy się akcja serialu. Wrocław okazał się niezwykle fotogeniczny. Pełen zakamarków idealnie oddających klimat przedwojennego miasta. Gdy zamykano ulice i pojawiały się scenograficzne detale, miałam wrażenie, że naprawdę cofnęliśmy się w czasie. Ekipa wykonała ogromną pracę, dbając o każdy szczegół kostiumu, rekwizytu czy wystroju. To dawało autentyczność i pozwalało w pełni zanurzyć się w świecie sprzed wojny.

— Wydaje mi się, że aby opowieść była interesująca, musi być bliska współczesności. A ludzie lat 30. wcale nie byli od nas aż tak odlegli. Wręcz przeciwnie — chcieli żyć, kochać, bawić się. Historia, w tym przypadku nadciągająca wojna, brutalnie im to odebrała.

— Szczerze? To raczej efekt długiej drogi, którą idę od lat. W kinie jestem obecna od 2016 r. Może wcześniej mówiło się o mnie mniej, ale to nie znaczy, że mnie nie było. Ten zawód to nie sprint, tylko seria etapów, czasem wzloty, czasem upadki. Weźmy choćby Violettę Villas. Rolę dostałam kilka lat temu. Zdjęcia do filmu ruszyły niedawno. Tak to bywa: raz wszystko dzieje się naraz, innym razem trzeba na rolę poczekać.

— Nigdy nie miałam potrzeby przepychania się ani zabiegania o uwagę. Wolę, żeby mówiła za mnie praca. To droga wymagająca konsekwencji, cierpliwości i czasem wyrzeczeń, ale daje mi poczucie, że rozwijam się we właściwy sposób. Pamiętam nasze spotkanie przy włosko-polskim „Sole” w 2019 r., to był jeden z moich pierwszych naprawdę ważnych filmów. Od tamtej pory każdy projekt coś wnosił. Mam poczucie, że każdą kolejną rolą przesuwam granicę o krok dalej.

— Villas to wyjątkowy projekt, długo planowany, wymagający i zarazem fascynujący. Postać kontrowersyjna, niełatwa do uchwycenia.

— Wiele osób pamięta ją z późnych lat, a my pokazujemy ją jako młodą kobietę. To otwiera zupełnie inną perspektywę.

— Zupełnie nie.

— Gdyby tak było, to znaczyłoby, że coś gram również poza planem, a tego bardzo nie chcę. Moi znajomi żartują, że nie potrafię kłamać, wszystko mam wypisane na twarzy. Wystarczy, że ktoś mnie o coś zapyta, a po mojej minie od razu widać odpowiedź. Ostatnio nawet bliska mi osoba powiedziała: „Ale przecież jesteś aktorką”, a ja na to: „Właśnie dlatego niczego nie ukryję”. Stawiam na szczerość. Nie wyobrażam sobie budowania relacji na grze czy udawaniu. Chcę żyć w zgodzie ze sobą, mieć poczucie własnej autonomii. Myślę, że to właśnie prawda umacnia nas w relacjach, czyniąc je trwałymi i wartościowymi. Ja jako Sandra mam wystarczająco złożoną osobowość i bagaż doświadczeń, by nie musieć niczego „dogrywać”.

— Staram się w codzienności być po prostu Sandrą, ale nie da się ukryć, że aktorstwo bardzo na mnie oddziałuje. To praca, która jest wymagająca psychicznie i fizycznie. Często zostaję z doznaniami moich postaci. Po dwunastu godzinach na planie wracam do domu z adrenaliną i bywa, że trudno mi zasnąć.

— Wchodzenie w rolę przychodzi mi intuicyjnie, jest wsparte przygotowaniem, ale najtrudniejsze okazuje się wyjście z postaci. To proces wyczerpujący, który potrafi zostać ze mną na długo.

— Wewnętrzny rozwój. Uważam, że aktor pracuje ciałem i emocjami, dlatego dbałość o własną kondycję duchową i emocjonalną jest kluczowa. Uczę się łagodności wobec siebie. Staram się nie być dla siebie zbyt krytyczna ani surowa. Jestem perfekcjonistką, ale dbam o to, żeby nagradzać siebie za dobrze wykonaną pracę i czerpać z niej przyjemność. To mój sposób na zachowanie balansu.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version