Łzy, krew i odwaga: podróż na Ukrainę

0
107

Pierwszy raz, kiedy byłem na Placu Niepodległości w Kijowie, pamiętam, że to rok 2004, było tam pełno demonstrantów. Były to czasy tzw. pomarańczowej rewolucji, punktu zwrotnego w historii Ukrainy.

Ostry kontrast z opustoszałym epicentrum stolicy Ukrainy, powietrzem ciężkim od oparów i cichego żalu, na którym stałem, 24 lutego 2022 roku. Kijów, Mariupol, Donieck, Charków, Odessa: obudziły się główne miasta kraju odgłosy eksplozji po tym, jak prezydent Putin rozpoczął inwazję na Ukrainę.

Niebiesko-żółte flagi owinięte wokół ich ramion, garstka ludzi zebrała się na placu w pokazie buntu. „Jeśli trzeba, chwycimy za broń, by bronić naszego kraju, naszej demokracji. Chcemy pokazać światu, że się nie boimy – mówi z powagą 25-letni Artsiom.

Duch, którego spotkam przez dwa tygodnie spędzone w rozdartym wojną kraju. Duch ocieniony łzami i bólem, który każdego dnia przynosił wieści o zniszczeniu i śmierci. Podobnie jak w przypadku Estelli, młodej tancerki, która miała zjechać do kijowskiego metra, gdzie szukała schronienia u rodziców, za każdym razem mroźny wycie syren alarmowych przeciw nalotom rozrywało ciszę w centrum miasta.

„Za każdym razem, gdy wychodzimy na zewnątrz, bardzo się denerwujemy, czy będzie bomba, czy rakieta? Staramy się nie panikować. Ja i moi rodzice zostaniemy tu do ostatniej możliwej chwili. Przejdziemy przez to”, mówi mi.

Po powrocie do zabytkowego hotelu Ukraina czeka mnie dziwna scena. Cały personel zniknął, grupom dziennikarzy z bagażami kazano opuścić placówkę przed świtem. Rozchodzą się wieści o zbliżającym się strajku w Kijowie. Wysyłam moje ostatnie akta do redakcji, a przed godziną policyjną mam tylko czas, żeby z pomocą tureckiego kolegi przeciągnąć bagaż do innego hotelu, po przeciwnej stronie Majdanu.

Noc zapada w upiornie opustoszałym mieście, by kilka godzin później obudzić go ponownie krzyk kolejnych syren i eksplozji.

Słońce zaszło na niebie, dziwne przypomnienie, że zbliżamy się do wiosny w ciemności tej wojny. Napięcie jest wyczuwalne. Odgłosy wystrzałów odbijają się echem wtedy i teraz w pobliżu centrum miasta.

Siły policyjne są pod alarmem bojowym. Przyciąga mnie grupa radiowozów otaczających dwa cywilne samochody w pobliżu Majdanu. Przeszukują pojazdy i ich pasażerów w poszukiwaniu broni. Znaleziono niezarejestrowane karabiny automatyczne leżące na podłodze. Jeden z funkcjonariuszy mówi mi, że to już trzecie takie znalezisko tego dnia. Wypatrują tak zwanych „sabotażystów”, infiltrujących prorosyjskich grup, o których wiadomo, że zainwestowały w mieście. Zostałem poproszony o odejście.

Schodzę podziemnym przejściem przez plac i postanawiam zapuścić się w trzewia kijowskiego metra.

Widok zapiera mi dech w piersiach, jak żywe rekonstrukcje archiwów z czasów II wojny światowej.

Dziesiątki ludzi, rodzin, odzianych w bagaże i plastikowe torby pełne wszystkiego, co mogliby ze sobą zabrać, gromadzą się w małych grupkach, siedząc na kocach i matach treningowych, wzdłuż ścian korytarzy metra. Wielu zabrało ze sobą swoje zwierzęta.

Niepokój i gniew przesłaniają ich zmęczone twarze. “Mam szesnaście lat!” wykrzykuje miękko wychowana Daryna, „a mój brat ma dopiero 10 lat! Powinniśmy iść do szkoły, żyć dalej! Nie mogę uwierzyć, że musimy spać w metrze, żeby ratować życie. Jaki umysł ma człowiek, który stworzył taką sytuację? Po prostu nie rozumiem…”

Gdy wychodzę z metra, zatrzymuje mnie zdenerwowany personel ochrony; uspokajają się po sprawdzeniu moich dokumentów i wyprowadzają mnie z zamkniętych drzwi metra.

Na najbliższe dwa dni w mieście ogłoszona została godzina policyjna. Spędzam czas z Denisem i Dimą w wieku 18 i 19 lat, niestrudzenie pracując w recepcji mojego hotelu. Mówią mi, że większość personelu wyjechała; muszą sobie radzić ze wszystkim, obsługiwać przychodzących i wychodzących gości, którzy są teraz wyłącznie dziennikarzami, z ciągłymi prośbami. Kończy się żywność, ponieważ obwody dystrybucyjne są odcinane.

Pomiędzy zameldowaniem i wymeldowaniem, i niekończącymi się telefonami, chłopcy biegają, by znaleźć ciastka dostarczane przez zamknięte piekarnie. Ich twarze są białe ze zmęczenia, cienie pod oczami. Na zmianę śpią nie dłużej niż dwie lub trzy godziny na dobę. Na kanapach w holu wejściowym hotelu.

„Ktoś musi działać”, mówi Denis, „a to odciąga nasze myśli od wojny”, zanim rzuci się do innej sprawy.

„Kiedyś byłem nieostrożny i nic nie robiłem; ta wojna nauczyła mnie inaczej”, rumieni się Dima.

Obaj zgadzają się co do jednego: „Nie chcemy nikogo zabijać. Ale jeśli będziemy musieli, pójdziemy i pomożemy naszym żołnierzom.

Nie wiem, co się stało z Denisem i Dimą, z którymi już nie mogę się skontaktować.

Od Kijowa do wschodniego Lwowa uderzyła mnie odwaga i determinacja wszystkich, których spotkałem. Niezależnie od tego, czy wśród setek ochotników niestrudzenie niosących pomoc humanitarną potrzebującym, tych zmobilizowanych w siłach obrony terytorialnej do wsparcia armii ukraińskiej, czy też wśród dziesiątek uchodźców w drodze do bezpieczeństwa w sąsiednich krajach, wszyscy byli nieugięci: Ukraina powstanie z popiołów.

Jak w słowach Gali, która miała już wsiąść do autobusu do Polski, jej głos drżał: „Wyjeżdżamy z niczym. Wrócimy, aby zbudować lepszy, silniejszy kraj. Wygramy. Musimy wygrać.”

W mojej głowie wciąż rozbrzmiewają słowa Andrii, którego spotkałem na demonstracji ukraińskich uchodźców w polskim Krakowie tuż przed wyjazdem na lotnisko: „NATO musi zamknąć niebo! Proszę wszystkich ludzi na świecie: nie milczcie! Potrzebujemy Twojej pomocy! Mówię do Bidena, Macrona, Johnsona i wszystkich innych: jeśli nie powstrzymacie Putina, krew Ukraińców będzie na waszych rękach!”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj