Mam wspaniały pomysł na partię, która nigdy nie powstanie, nie wygra żadnych wyborów i nie przejmie władzy. A szkoda, bo bardzo by nam się przydała.
Kiedy rządzący podjęli ostatnią niepopularną decyzję? Nie chodzi mi o decyzję niemądrą, wynikającą z braku kompetencji czy zwyczajnego partactwa, bo takich jest mnóstwo. Nie chodzi mi też o sprawę, która staje się przedmiotem polaryzacji. Mam na myśli coś, co wymyka się podziałom partyjnym, a zdecydowana większość Polek i Polaków opowiada się za jednym rozwiązaniem. Władze, w imię wyższych wartości, decydują jednak inaczej.
Jest w tym olbrzymia naiwność, bo codzienność dyktują nam algorytmy. Partie doskonale wiedzą, czego chce elektorat, wiedzą też, że jeśli elektorat czegoś chce, to big techy zadbają, by chciał tego jeszcze bardziej. Wszyscy to znamy: znajomy powiedział, że kupił kanapę, my jeszcze nie skończyliśmy z nim rozmawiać, a nasz komputer już jest zawalony reklamami kanap, sof i innych siedzisk.
Jest w tym pewien demokratyczny paradoks. Nie każdy musi się znać na gospodarce, bezpieczeństwie i polityce międzynarodowej, więc jako społeczeństwo wynajmujemy ludzi (chciałoby się napisać: specjalistów), którzy się tym zajmują w naszym imieniu. Tyle że później ci wynajęci politycy zajmują się schlebianiem gustom większości, a może nawet nie większości, tylko tej grupy, która da im zwycięstwo w kolejnych wyborach.
Przykład? Przecież minister finansów Andrzej Domański doskonale wie, że Polska powinna podnieść wiek emerytalny. I jednocześnie wie, że żaden premier się za żadne skarby na ten pomysł nie zgodzi. Co więcej, próba przejścia drogi legislacyjnej ma charakter syzyficzny. Choćby nie wiem, jak się koalicja 15 października napięła, jak by się po drodze nie wykrwawiła, na samym końcu przyjdzie prezydent i zrobi to, co należałoby zrobić z dziełami zebranymi Tadeusza Batyra.
Ten wiek emerytalny to doskonały przykład: wszyscy wiemy, że prędzej czy później będzie go trzeba podnieść, stawką jest nie tylko nasza przyszłość, ale przyszłość kolejnych pokoleń. Nie ma racjonalnych argumentów za utrzymaniem obecnych regulacji, statystyki pokazują zresztą, że Polki i Polacy sami z siebie pracują dłużej.
Gdyby ktoś zapytał, powiedziałbym, że obiema rękoma poparłbym partię, która miałaby na sztandarach podejmowanie niepopularnych decyzji. Podniosłaby podatki, wiek emerytalny i składki zdrowotne. Traktowałaby obecność Ukraińców jako szansę i okazję do rozwoju, a nie zagrożenie. Zburzyłaby mur na wschodniej granicy, uznałaby, że kultura jest wartością samą w sobie i warto w nią inwestować. Wypowiedziałaby wojnę piratom drogowym i uczelniom sprzedającym dyplomy. W końcu: przestałaby wyrzucać pieniądze na stadiony, które świecą pustkami.
Stop. Wiadomo, że taka partia nie powstanie, a jeśli powstanie, to nie przetrwa. Bardziej zależy mi na tym, by pokazać, że jest cała góra spraw, które domagają się rozwiązania, a rozwiązywane nie są, bo „spadnie nam o dwa punkty procentowe” albo „nie można na tym nic zyskać”. Ochrona zdrowia jest ofiarą takiego myślenia. 10, 15 i 20 lat temu wołała o pomoc, ale zawsze przegrywała z projektami prostszymi, nastawionymi na szybki efekt. Na tym polega pułapka, w którą łapią całą scenę polityczną populiści: im bardziej obiecują gruszki na wierzbie, tym mniej przestrzeni zostaje na projekty oparte na danych i rozsądku. Można próbować rywalizować z wprowadzeniem 500+, projektem budowy polityki prodemograficznej, ale wynik tej rywalizacji jest jasny.
Ostatnim polskim rządem, który targnął się na zmiany niekoniecznie popularne i niekoniecznie dające punkty w sondażach, był gabinet Jerzego Buzka. Nie miejsce i czas, by oceniać przeprowadzone przez niego reformy oświaty, emerytur, administracji i ochrony zdrowia, choć jak wiadomo, większość tych zmian nie zestarzała się najlepiej, a ich twórcy ponieśli klęskę w kolejnych wyborach. Ważniejsze wydaje mi się jednak to, że od powołania tego rządu w przyszłym roku minie 30 lat, a dziś każda władza, która spróbowałaby przeprowadzić taki ambitny projekt, zostałaby zatłuczona przez koalicję usłużnych mediów i trolli w mediach społecznościowych, wspieranych przez big techy. I nie miałoby znaczenia, czy te zmiany są mądre, czy głupie, jak projekt został przygotowany. Ot, demokracja XXI w., demokracja algorytmiczna.
Interesujesz się polityką? Czytaj więcej na Newsweek.pl

