Do 2029 r. okaże się, czy liberalna demokracja przetrwa, czy też ustąpi miejsca autorytaryzmom i populistom – ocenia Timothy Garton Ash. Słynny brytyjski historyk będzie gościem wydarzenia Impact ’26 (13-14 maja w Poznaniu).

  • Więcej ważnych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Timothy Garton Ash: Żyjemy w czasach, kiedy partie prawicowe, populistyczne i nacjonalistyczne osiągają dobre wyniki w wyborach, jak ostatnio w Republice Czeskiej. Ale to samo obserwujemy w Stanach Zjednoczonych, we Francji, w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Jesteśmy u progu nowego okresu w historii Europy i Zachodu — nie ma co do tego wątpliwości. Epoka, którą nazywam powojenną i postzimnowojenną, dobiegła końca.

Nie dostrzegam jednak definitywnego końca liberalizmu. Co więcej, uważam, że fatalizm, z jakim dziś o nim mówimy, sam staje się częścią problemu. Karl Kraus zauważył kiedyś, że psychoanaliza jest chorobą, która samą siebie uważa za własne lekarstwo. Podobnie jest z diagnozami „końca liberalizmu” — stają się częścią problemu, który próbują rozwiązać. Koniec liberalizmu ogłaszano już podczas I wojny światowej, w latach 30. i ponownie w latach 70. — za każdym razem liberalizm powracał, ale oczywiście w zupełnie innej formie.

— Cóż, nikt z nas nie wie, co wydarzy się dziś po południu — tym bardziej nie potrafimy przewidzieć, co przyniesie przyszły rok czy kolejne dwa lata. Można powiedzieć, że już teraz żyjemy w czasach wojny, i to w bardzo realnym sensie. Wprawdzie to Ukraina toczy walkę zbrojną, ale cała Europa znalazła się w stanie wojny, ponieważ Rosja prowadzi przeciwko nam wojnę hybrydową. Pytanie brzmi: czy dalej będziemy osuwać się po równi pochyłej — od „polikryzysu” ku czemuś jeszcze groźniejszemu, czyli ku wewnętrznym dyktaturom i wojnie na zewnątrz, czy też w pewnym momencie zdołamy odnaleźć drogę do lepszej rzeczywistości? W tym kontekście sądzę, że przyszłoroczne wybory na Węgrzech będą mieć szczególne znaczenie.

— Ponieważ Orbán był pionierem. To on w 2010 r. wyznaczył kierunek, w którym później podążyła reszta Europy i demokratycznego Zachodu, a teraz — jeśli sondaże się potwierdzą — może przegrać wybory.

Jest to bardzo znaczące, bo pokazuje, że gniew wobec porządku, który nazywamy liberalnym lub neoliberalnym — wobec zglobalizowanego, ufinansowionego kapitalizmu i tak zwanej pracy polityk kulturowych — utrzymuje się od lat, co najmniej od dekady.

Ale po 16 latach wielu ludzi zaczyna dostrzegać, że populiści u władzy wcale nie okazali się lepsi od tych, na których wcześniej się złościli. Jeśli więc szukać źródła umiarkowanego optymizmu, to jest nim czas. Choć oczywiście sam czas nie wystarczy.

— Jeśli zapytasz, dokąd zmierzamy w nowym okresie historii Europy i Zachodu, który rozpoczął się 24 lutego 2022 r., moja odpowiedź brzmi: kluczowy będzie 2029 r. Wtedy będziemy wiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, jak zakończyła się wojna w Ukrainie — albo przynajmniej jak prawdopodobnie się zakończy — i w jakiej kondycji są Ukraina i Rosja. Po drugie, czy populistyczne i nacjonalistyczne partie mają przewagę w Europie.

Przed nami cztery kluczowe wybory: parlamentarne w Polsce w 2027 r., prezydenckie we Francji w tym samym roku oraz parlamentarne w Wielkiej Brytanii i Niemczech najpóźniej w 2029 r. Na dziś prawdopodobieństwo, że przynajmniej jeden lub dwa z tych wyników będą niekorzystne dla demokracji, jest bardzo wysokie. Istnieje więc perspektywa przyszłości, w której Rosja wygrywa wojnę, Ukraina pogrążona jest w ruinie, a populistyczne siły nacjonalistyczne zyskują przewagę.

Ale możliwy jest również inny scenariusz, w którym do 2029 r. uda się zreformować i odrodzić jakąś nową wersję liberalizmu oraz pomóc Ukrainie odnieść jakąś formę zwycięstwa czy sukcesu — jakkolwiek go zdefiniujemy.

— Donald Trump „skompresował” nasze postrzeganie czasu w polityce. Działa z zawrotną prędkością, potrafi zmieniać zdanie co kilka godzin i przez to nasze myślenie o polityce też skurczyło się do horyzontu 5-10 godzin. Tymczasem, aby odpowiedzieć na pytanie, jak będzie wyglądał nowy okres w historii albo czym okaże się zwycięstwo Ukrainy, trzeba spojrzeć w perspektywie 5-10 lat.

Zwycięstwo to nie jest krótki moment podpisania traktatu pokojowego, lecz długi i złożony proces. Jakie granice będzie miała Ukraina? Jak bezpieczna będzie w ich ramach — to znaczy jak realny okaże się jej potencjał odstraszania? Czy gospodarka zacznie się stopniowo odbudowywać, czy młodzi ludzie będą wracać, zamiast wyjeżdżać? Czy rząd znajdzie równowagę między demokracją a autorytaryzmem wyborczym, czy kraj będzie zmierzać w dobrym kierunku i zbliży się do Unii Europejskiej? Jeśli pod koniec dekady odpowiedzi na te pytania okażą się pozytywne, będziemy mogli powiedzieć, że to Ukraina odniosła zwycięstwo, a Putin poniósł porażkę.

— Zacznijmy od tego, co będzie to oznaczać dla bezpieczeństwa Europy, a szczególnie Polski i krajów bałtyckich. Jeśli Putin przegrałby wojnę, a Ukraina potrafiłaby go odstraszyć, byłby to ogromny krok, jeśli chodzi o wzmocnienie bezpieczeństwa Europy, szczególnie Polski i Bałtów. Natomiast co do sytuacji wewnętrznej Rosji — tu potrzeba jeszcze dłuższej perspektywy. Nawet taki scenariusz, o jakim mówiłem, optymistyczny dla Ukrainy, prawdopodobnie nie pozbawiłby Putina władzy. System wciąż wydaje się silny. A nawet gdyby ją stracił, nie ma żadnych podstaw, by sądzić, że to, co nastąpi po nim, będzie lepsze. W dającej się przewidzieć przyszłości będziemy więc mieć do czynienia z autorytarną, nacjonalistyczną i imperialną Rosją.

— Rok 2029 jest ważny także jeszcze z innego powodu — wtedy okaże się, w jakiej kondycji jest amerykańska demokracja i kto będzie prezydentem. Od tego wiele zależy również dla Europy. Jeśli w Białym Domu zasiądzie centrowy demokrata, Stany Zjednoczone prawdopodobnie obiorą twardszy kurs wobec Chin.

— Tak. Dla nas, Europejczyków, oznacza to pytanie: czy zdołamy pogodzić fakt, że potrzebujemy USA dla naszego bezpieczeństwa, z tym, czego Stany będą od nas oczekiwać w relacjach z Chinami.

— Jednym z powodów, dla których weszliśmy w nowy etap historii, jest nie tylko pełnoskalowa wojna w Europie — pierwsza od 1945 r. — i fakt, że Europa nie może już w takim stopniu jak dotąd polegać na Stanach Zjednoczonych. Wojna w Ukrainie uświadomiła nam także, że żyjemy już w świecie postzachodnim.

Chiny nie są „wschodzącym” mocarstwem — one już są supermocarstwem. Australijskie badania wykazały, że w 57 z 64 zaawansowanych technologii wojskowych Chiny wyprzedzają USA. Tymczasem Indie, Turcja, Rosja, Brazylia i RPA — po raz pierwszy w nowoczesnej historii — łącznie dysponują wystarczającym bogactwem i siłą, by równoważyć wpływy Zachodu. To kluczowy element naszej nowej rzeczywistości geopolitycznej i geogospodarczej.

Nikt tak naprawdę nie wie, w jakim kierunku się rozwinie światowa gospodarka. Ale jeśli chcemy odnowić liberalizm, musimy się zmierzyć ze skutkami zglobalizowanego, ufinansowionego kapitalizmu — tego, co w skrócie nazywamy neoliberalizmem.

Można wiele mówić o kulturowych aspektach populizmu, ale w gruncie rzeczy wciąż chodzi o „gospodarkę, głupcze”. Dopóki nie zajmiemy się podstawowymi kwestiami — wzrostem, nierównościami i rolą państwa w XXI w. — fala populizmu nie ustąpi.

— W ujęciu zbiorczym liczby wyglądały dobrze, dokładnie tak, jak lubią eksperci i liberalne elity. Ale ludzie odczuwali tę sytuację zupełnie inaczej z dwóch powodów. Po pierwsze, ktoś powiedział mi niedawno, że administracja Bidena wykonała świetną pracę w Arizonie — budowała drogi, fabryki, ale większość mieszkańców tego stanu nawet o tym nie wiedziała, bo nie śledzi mediów, które mogłyby im to przekazać.

Po drugie — ceny w sklepach rosły z roku na rok. Przeciętna gospodyni domowa nie widziała więc żadnej poprawy warunków życia. Wzrost gospodarczy musi być odczuwalny dla zwykłych ludzi — tych, którzy dziś głosują na populistów z gniewu. A to oznacza również konieczność przebicia się przez bańki informacyjne.

— To raczej kolejny etap przejścia od demokracji do oligarchii. Wspierają go miliarderzy, giganci technologiczni, którzy mają wiele profitów, podczas gdy zwykli ludzie płacą za skutki ceł.

Przez większość historii ludzkości bogactwo i władza były całkowicie ze sobą splecione — mam na myśli rządy faraonów, cesarzy czy sułtanów. Wielkim osiągnięciem liberalnej demokracji było oddzielenie bogactwa od władzy. Dziś obserwujemy ich ponowne połączenie, a Ameryka Trumpa to tylko jeden z przykładów. W Europie też to widzimy.

Dodam coś jeszcze o tej ciemniejszej stronie: populizm w dużej mierze wynika z poczucia, że duża część społeczeństwa jest ignorowana i pozbawiona szacunku — ekonomicznie i kulturowo. Jeśli sztuczna inteligencja, która jest dziś w centrum zainteresowania największych firm świata, rzeczywiście w krótkim czasie zlikwiduje cały segment miejsc pracy, nie dla pracowników fizycznych, lecz absolwentów dobrych uczelni: tłumaczy, redaktorów, konsultantów, copywriterów, politologów — to ludzie ci, dotąd stojący po stronie liberalnej, staną się kolejną rozgniewaną grupą. A historia nowoczesnej Europy pokazuje, że duża grupa rozgoryczonych absolwentów to bardzo zły znak.

— W obie strony, choć wyraźniej w prawo. To znów przypomina lata 20. i 30. — wtedy również wahadło wychyliło się w obie strony, ale bardziej w prawo.

Jeśli chodzi o Polskę, sam dobrze opisałeś możliwy układ sceny politycznej po 2027 r.: dynamiczna Konfederacja po prawej stronie i Razem z Lewicą po lewej. To zjawisko widoczne jest w całej Europie, także w Wielkiej Brytanii. Energia polityczna przesuwa się na skraje — prawe i lewe. Nie prowadzi to jednak do rewolucyjnych rządów, lecz do fragmentacji sceny politycznej, która utrudnia wprowadzanie reform. W efekcie coraz częściej będziemy mieć do czynienia z rządami w stylu holenderskim — koalicjami cztero- czy pięciopartyjnymi. To kolejne wyzwanie dla tych, którzy jak ja wciąż wierzą w możliwość powstania nowej normalności, wolnej zarówno od autorytaryzmu, jak i populizmu.

— Bycie Europejczykiem na Stanfordzie to ciekawe doświadczenie, bo wiele rzeczy widzi się z innej perspektywy. Podczas gdy moi amerykańscy przyjaciele dostrzegają negatywne strony polityki Trumpa, dla nas, Europejczyków, tkwi w niej także ogromna szansa, której nie wykorzystujemy. Gdybyśmy naprawdę chcieli z niej skorzystać, wdrożylibyśmy nie jedną dziesiątą, lecz osiem-dziewięć dziesiątych rekomendacji Maria Draghiego, a częściowo także Enrica Letty.

Powinniśmy skupić się na tym, co w późnym cesarstwie chińskim określano mianem „samowzmacniania”. Zamiast zastanawiać się, jak pozycjonować się wobec Rosji, Chin czy USA — powinniśmy pytać, jak wzmocnić samych siebie, jak zbudować silniejszą Europę, zdolną do obrony własnych interesów i wartości. A to musi zacząć się tu, u nas w domu.

Timothy Garton Ash jest profesorem studiów europejskich, emerytowanym wykładowcą Isaiah Berlin Professorial Fellow w St Antony’s College na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz starszym wykładowcą w Hoover Institution na Uniwersytecie Stanforda. Jest autorem jedenastu książek poświęconych historii współczesnej. Ash będzie gościem wydarzenia Impact ’26 (13-14 maja w Poznaniu)

Sławomir Sierakowski jest współzałożycielem Krytyki Politycznej, prezesem Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego, socjologiem, publicystą

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version