Nowy dzień, nowy problem KO. Rafał Trzaskowski miał wiedzieć o tym, że w Szpitalu Południowym dzieje się „coś” złego. O radnym koordynatorze SOR Dawidzie Kacprzyku donoszono prezydentowi Warszawy już rok temu. Nic w tej sprawie nie zrobił. A w KO na całego ruszyło szukanie winnych całej afery i lista szybko się wydłuża.

Rafał Trzaskowski już w lipcu zeszłego roku od ówczesnego ordynatora chirurgii ze Szpitala Południowego miał dostać sygnał, że w placówce źle się dzieje. Lekarz wprost pisał o tym, że Dawid Kacprzyk nie ma wystarczającego doświadczenia, żeby zarządzać SOR-em. A do tego przeprowadza procedury, do których nie ma uprawnień.

Chirurg najpierw miał skontaktować się z prezydentem Warszawy na prywatnym komunikatorze. Dostał od Rafała Trzaskowskiego odpowiedź, że się z nim nie spotka, ale prosi o pismo, bo taką formę woli. Ordynator wysłał zatem tą samą drogą pismo, na które nie dostał odpowiedzi. Dwa miesiące później dostał wypowiedzenie. Teoretycznie bez związku z Kacprzykiem, chociaż między panami dochodziło do konfliktów. Tę historię opisał Patryk Słowik z portalu Zero. Trzaskowski twierdził, że nigdy niczego takiego w prywatnej wiadomości nie dostał, a oficjalne pismo nie wypłynęło do Ratusza.

W Koalicji Obywatelskiej trwa gorączkowe poszukiwanie tego, kto jest najbardziej winny temu, że taka bomba wybuchła pod partią. Dziś na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się prezydent Warszawy. Z jednej strony to on, jako przedstawiciel samorządu, nadzoruje szpital. Z drugiej, jak wynika z publikacji Zera, miał dostawać też sygnały, że w placówce coś się dzieje.

— Tam podobno w ogóle było grubiej między panami. Były jakieś wyzwiska, były nawet jakieś podobno przepychanki. Takie rzeczy, które od razu powinny wywołać alarm — słyszymy od polityków KO, ale od razu zaznaczają też, że być może po prostu była to jakaś zemsta ordynatora chirurgii, który chciał się Kacprzyka pozbyć.

Może była, a może nie. Gdyby ratusz wtedy zareagował i wysłał do Szpitala Południowego porządną kontrolę, całej sprawy dzisiaj by nie było.

— Niech pani nawet nie żartuje — oburza się polityk KO na takie stawianie sprawy. I pyta: — Kto odpowiada na takie wiadomości na prywatnym profilu na komunikatorze? Bez przesady. Trzeba to było wysłać drogą urzędową.

Rzeczywiście, sposób komunikacji z prezydentem miasta wybrany przez ordynatora ze Szpitala Południowego może i nie był najlepszy. Tylko że skoro w jednej sprawie Rafał Trzaskowski — albo ktoś obsługujący jego konto — odpowiedział, to autor pisma mógł spodziewać się, że odpowie ponownie. A przynajmniej ktoś wiadomość od niego przeczyta.

— Rafał ma problem. Oczywiście, że można zrobić tutaj nadbudowę, że przecież to Marcin Kierwiński wie, kto jest kim w partii. Prawda jest jednak taka, że mało wie. Czy mógł wywalić gościa jednym ruchem? Oczywiście, że tak. Ale czy miał powód? Zapewne nie skoro tego nie zrobił. A nie takich kozaków Marcin wycinał, więc naprawdę skoro go nie wyrzucił, to nie widział powodu. No a cała działalność radnego w miejskim szpitalu obarcza jednak Rafała — tłumaczą nam politycy KO.

Konflikt między Rafałem Trzaskowskim a Marcinem Kierwińskim nie jest ani szczególnie gorący, ani bardzo oczywisty. Trzaskowski jest wiceprzewodniczącym KO i prezydentem stolicy, Kierwiński sekretarzem generalnym partii i ministrem spraw wewnętrznych. Kto jest politycznie ważniejszy? Kierwiński. Kto jest bardziej znany i cieszy się większym prestiżem? Trzaskowski. Tyle że każdy z panów chciałby mieć po prostu wszystko na raz. I władzę i prestiż. Kierwiński bardzo chciałby być prezydentem stolicy, a Trzaskowski gościem, który ustawia skutecznie partię.

Nie tak dawno obaj panowie byli porównywani do duetu Tusk-Schetyna sprzed lat. Donald Tusk był zawsze od czarowania wyborców, a Grzegorz Schetyna — od trzymania za twarz partyjnych struktur. Tyle tylko, że Trzaskowski ma mniej talentu niż Tusk, a Kierwiński — słabszą rękę niż Schetyna. W dodatku Tusk przegrał wybory prezydenckie tylko raz. Tak naprawdę Trzaskowski ma w Warszawie polityczne zaplecze tylko dlatego, że Kierwiński mu je zapewnia. Prezydent Warszawy podjął próbę wybicia się na niepodległość, kiedy Marcin Kierwiński na chwilę został europosłem i nawet zwolnił z ratusza jednego z jego ludzi. To był jednak krótki zryw. Nadal powszechne jest w partii przekonanie, że bez Marcina Kierwińskiego w Warszawie nie zapadnie żadna ważna decyzja.

Politycy KO próbują przerzucać między sobą ten gorący kartofel tak bardzo, że ostatnio trafił on do ministra koordynatora służb specjalnych Tomasza Siemoniaka. Z jakiegoś powodu część polityków KO uważa, że to wszystko jego wina. Zarzut dość absurdalny, bo ani nie nadzoruje on miejskich szpitali, ani partyjnych struktur. Nawet posłem jest z Opola, a przez lata startował z Wałbrzycha. Dziś co prawda mieszka i pracuje w Warszawie, ale poza tym wiele go ze stolicą nie łączy.

Lista polityków, na których koledzy chcą zrzucić winę za aferę, jest jeszcze dłuższa. Dołączyli do niej Małgorzata Kidawa-Błońska, bo jest z Ursusa z tego samego koła co Dawid Kacprzyk. Ewa Malinowska-Grupińska, żona senatora Rafała Grupińskiego, bo jest szefową Rady Warszawy, która szpital nadzoruje. Agnieszka Gierzyńska-Kierwińska, bo jest żoną szefa MSWiA i warszawską radną. Poszukiwania VIP-ów z saloniku, który wbrew zapewnieniom ratusza jednak istniał w szpitalu, trwają w najlepsze. Post senatora Krzysztofa Kwiatkowskiego, który dziękuje radnemu Kacprzykowi, krąży po grupach whatsappowych KO.

Na dodatek, obok głównej afery z radnym Kacprzykiem, na jaw wychodzi konflikt w kierowanej przez niego partyjnej młodzieżówce — Nowej Generacji. Wszystko to buduje obraz chaosu w KO. Chaosu, który może opanować tylko Donald Tusk walący pięścią w stół. Tym razem musi poświęcić jakąś poważną figurę, bo obserwatorzy i wyborcy już nie zadowolą się wywaleniem jednego radnego.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version