Rozmawiałam z kobietą, która została zgwałcona podczas okupacji i chciała dokonać aborcji. Ale zanim udało jej się wydostać z rodzinnej miejscowości do bezpieczniejszego miejsca i znaleźć lekarza, było już za późno. Urodziła chłopca. Wychowuje go razem z pozostałymi swoimi dziećmi — mówi Sára Činčurova, reporterka wojenna.

SÁRA ČINČUROVÁ: Przed wybuchem wojny w Ukrainie napisałam wiele tekstów na ten temat. Pracowałam między innymi w Wenezueli. Jeżdżę tam od 2019 roku. Robiłam reportaże o gwałtach dokonywanych przez siły bezpieczeństwa oraz o przemocy seksualnej wobec kobiet w Wenezueli i szerzej — w Ameryce Łacińskiej.

Pięć lat temu byłam też na statku na Morzu Śródziemnym, gdzie brałam udział w akcji ratunkowej trzydziestu sześciu kobiet. Co najmniej pięć z nich było w ciąży. Większość została zgwałcona w ośrodkach detencyjnych. Pisałam także o tym, utrzymywałam później kontakt z niektórymi kobietami. To był bardzo powszechny temat, a jednocześnie jeszcze słabiej opisywany niż sytuacja w Ukrainie.

W tamtym czasie redaktorzy często mówili: „Pisaliśmy już o gwałtach w libijskich ośrodkach detencyjnych w 2017 roku, nie będziemy wracać do tego tematu”. Tymczasem wiemy, że ogromna liczba kobiet była gwałcona podczas prób przedostania się przez Morze Śródziemne — nie tylko w Libii, ale również w innych krajach tranzytowych. Tak więc przez lata zajmowałam się historiami o gwałtach i przemocy seksualnej w różnych częściach świata. I szczerze mówiąc, zawsze trudno było znaleźć dla nich miejsce w największych mediach.

— Tak, choć warto pamiętać, że przemoc seksualna wobec ukraińskich kobiet w Donbasie czy na wschodzie Ukrainy była zgłaszana już od 2014 roku. Kobiety informowały o tym władze. Z tego, co dziś słyszę od rozmówczyń, wynika jednak, że w tamtym czasie prokuratorzy często nie wiedzieli jeszcze, jak prowadzić takie sprawy. Natomiast po 2022 roku ukraińska Prokuratura Generalna zaczęła systematycznie dokumentować te przestępstwa. Zajęły się tym także organizacje pozarządowe oraz ONZ.

Zaczęłam pracować nad tym tematem dwa lata temu, kiedy poznałam pierwszą osobę ocalałą. Od tamtej pory przeprowadziłam wywiady z ponad pięćdziesięcioma osobami. I nadal spotykam nowe.

— Oczywiście, że tak było. Jeśli mam być szczera, to uważam, że Słowacja nie zrobiła wystarczająco dużo. Sama zgłaszałam sprawy na policję, przekazywałam informacje organizacjom pozarządowym, raportowałam przypadki również do Rady Europy, rozmawiałam ze słowacką policją, ale nie traktowano mnie poważnie. Oczywiście wiem, że istniały europejskie programy pomocowe, różne inicjatywy organizacji pozarządowych i mechanizmy ochronne, ale jeśli chodzi o reakcję władz, nie mam poczucia, że zrobiono wystarczająco dużo.

Dziś sytuacja wygląda trochę inaczej, bo pierwsze dni wojny były ogromną szansą dla ludzi, którzy chcieli wykorzystywać uchodźców — zarówno dla zorganizowanych grup przestępczych, jak i dla pojedynczych osób. Mam jednak wrażenie, że obecnie zdarza się to rzadziej, bo sytuacja nie jest już tak chaotyczna jak wtedy.

— Tak. Pracowałam nad takim materiałem z koleżanką z Czech. Założyłam kilka fałszywych profili na Facebooku, nie używałam własnych zdjęć, więc nadal zachowywałam pewien poziom anonimowości, udawałam młodą Ukrainkę szukającą miejsca do zamieszkania. I dostałam dziesiątki wiadomości. Mężczyźni pisali: „Dam ci pieniądze, jeśli będziesz uprawiać ze mną seks” albo „Możesz zamieszkać u mnie, a potem będziemy uprawiać seks”. Proponowali bezpłatne mieszkanie w zamian za sprzątanie domu, a później okazywało się, że również oczekują usług seksualnych. To zdarzało się bardzo często. A przecież to były tylko fikcyjne profile.

Nie wyobrażam sobie skali takich wiadomości do prawdziwych kobiet. Rozmawiałam z uchodźczyniami, które doświadczyły właśnie takich sytuacji. To jest też opowieść o tym, jak część mężczyzn w Europie postrzega Ukrainki.

— Nie podoba mi się przedstawianie ludzi, którzy przeszli traumę, wyłącznie jako ofiar. Oczywiście są ofiarami przemocy seksualnej albo innych zbrodni wojennych. Nie chcę temu zaprzeczać. Kobiety mówią o tym, co je spotkało. Tworzą grupy osób ocalałych, zakładają organizacje pozarządowe, pomagają sobie nawzajem. Niektóre zaczynają mówić o swoich doświadczeniach i inspirują inne kobiety, żeby także zabrały głos. Składają zeznania w sądach, jeżdżą do ONZ czy do Hagi.

Myślę, że te kobiety są bardzo odważne, wręcz niezwykłe. Jako dziennikarze nie powinniśmy przedstawiać ludzi w taki sposób, że najgorsza trauma, której doświadczyli, zaczyna ich definiować. Nie chcę określać ich wyłącznie jako „ofiary gwałtu”. Czuję, że jest w nich o wiele więcej.

Naprawdę wierzę, że dziennikarze nie powinni definiować ludzi wyłącznie przez wojenne traumy. Nikt nie chce być określany przez najgorszy moment swojego życia. Staram się pokazywać coś więcej o tych kobietach niż tylko to, co im się przydarzyło.

— Na przykład część z tych kobiet widuję drugi, trzeci albo czwarty raz. Kiedy piszę, staram się też opisywać szerszy kontekst. Bardzo nie lubię takiego sposobu uprawiania dziennikarstwa, kiedy widzisz na przykład reportera telewizyjnego, w tle wybuchy, a kamera pokazuje płaczących ludzi i na tym właściwie kończy się historia.

Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że wiele osób w takim momencie nie wyraża w pełni świadomej zgody na udział w materiale. A po drugie, myślę, że w tych kobietach i w Ukraińcach jest o wiele więcej niż tylko wojna.

— Naprawdę tak uważasz?

— Dla mnie też jest ważne, żeby nie popadać w skrajności. Ukraińcy nie chcą być też przedstawiani wyłącznie jako ludzie niezwykle odporni. Pamiętam narrację z zimy, kiedy były problemy z energią elektryczną i niektóre media pisały: „Spójrzcie, Ukraińcy są niesamowicie odporni, pracują mimo mrozu”. Przecież to także nie jest do końca właściwa narracja.

Mówimy o rosyjskiej zbrodni wojennej. Rosja niszczy infrastrukturę energetyczną po to, żeby ludzie nie mogli normalnie żyć. Nie powinniśmy więc sprowadzać komunikatu do: „Zobaczcie, wojna jest czymś pozytywnym, bo Ukraińcy są tacy silni”. Ale równie błędne jest stwierdzenie: „Spójrzcie na Ukrainę — kobiety zostały zgwałcone, ich życie się skończyło”. Tego również nie chcę pokazywać. Za historiami, których słucham, kryje się znacznie więcej złożoności. Ludzie w Ukrainie mają do opowiedzenia dużo więcej niż tylko historię własnego cierpienia.

— Właściwie może to być zaskakujące, ale wiele kobiet chce mówić. Wiem, że często słyszy się o piętnie i oczywiście ono istnieje. Ale moim zdaniem kobiety, mężczyźni i osoby, które doświadczyły innych zbrodni wojennych, bardzo często chcą mówić o swoich doświadczeniach. Chcą potępić to, co robi Rosja, opowiedzieć o niewoli. Chcą mówić o tym, co dzieje się na terenach okupowanych.

To ważne także dlatego, że w wielu przypadkach świadectwa osób ocalałych są jedynym dowodem, jaki znamy. Nie mamy przecież dostępu do miejsc przetrzymywania ludzi na okupowanych terenach Ukrainy. Jeżeli szanujesz rozmówców, nie przekraczasz ich granic i traktujesz ich po prostu jak ludzi, to budowanie zaufania staje się łatwiejsze.

Jeśli kobieta opowiada mi coś bardzo wrażliwego, na przykład szczegóły gwałtu, są dziennikarze, którzy wykorzystują najbardziej szokujące fragmenty relacji. Zawsze upewniam się, czy ona rzeczywiście chce, żeby te szczegóły zostały opublikowane. Zwłaszcza jeśli tekst ukazuje się pod nazwiskiem. Szanuję to, co mi powierzają.

A kiedy pracujesz z grupami osób ocalałych, które się znają, informacje szybko się rozchodzą. Jeśli traktujesz je uczciwie, ludzie zaczynają mówić: „To dziennikarka, która próbuje oddać nam sprawiedliwość”. Myślę, że właśnie tak buduje się zaufanie — trzeba być przyzwoitym człowiekiem i nie nadużywać czyjejś ufności.

— Nie jestem zwolenniczką niepublikowania historii, jeśli rozmówcy chcą się nimi podzielić. Przecież nie jestem od tego, żeby cenzurować ludzi. Problem częściej leży po stronie mediów. Czasem redaktorzy podchodzą do tematów z dużą ostrożnością, ale wydaje mi się, że sami sztucznie tworzymy te ograniczenia.

Jeśli osoba ocalała chce mówić albo rodzina osoby ocalałej chce opowiedzieć swoją historię, to nie widzę powodu, by jej odmawiać. Niektórzy ludzie czują się komfortowo, dzieląc się rzeczami, których ja sama może nie chciałabym ujawniać, ale nie zamierzam im mówić „nie”. W pewnym sensie jestem więc po przeciwnej stronie przesadnie ostrożnej narracji. Uważam, że jeśli ludzie chcą coś powiedzieć i jest to prawda, powinniśmy to publikować.

Oczywiście czasem podejmuję decyzję, by nie podawać pełnego nazwiska albo innych danych, ale moi rozmówcy zwykle sami najlepiej wiedzą, jaka jest ich sytuacja. W Ukrainie często słyszę: „Mam rodzinę na terenach okupowanych, więc nie chcę podawać prawdziwego nazwiska”. Są jednak osoby, które mówią coś zupełnie odwrotnego. Tydzień temu rozmawiałam z kobietą, która powiedziała: „Chcę, żeby moje świadectwo zostało opublikowane pod prawdziwym nazwiskiem i ze zdjęciem. Właśnie w ten sposób mogę pokazać światu rosyjskie zbrodnie”.

— Nie mam wystarczająco dużo danych, żeby odpowiedzieć jednoznacznie. Zauważyłam natomiast, że zarówno w Europie, w Wielkiej Brytanii i USA są duże redakcje, dla których niektóre historie są szczególnie wrażliwe. Czasami media publikują jeden materiał na dany temat i uznają, że to wystarczy. A ja często mam poczucie, że jest miejsce na kolejne historie.

Wiemy z badań, że media — podobnie jak wiele innych branż — mają swoje uprzedzenia i martwe punkty. Na przykład bardzo rzadko pojawiają się materiały o osobach z niepełnosprawnościami albo o przemocy wobec nich, mimo że są one znacznie bardziej narażone na przemoc. Więc tak, istnieją tematy, które trudniej przebić do dużych mediów, ale nie jestem pewna, że to jest właśnie różnica między mediami europejskimi i amerykańskimi.

— Wiemy na przykład, że na terenach okupowanych istnieją obozy pracy przymusowej. Ludzie są zmuszani do pracy, a mimo to bardzo rzadko się o tym mówi.

Myślę też, że wiele historii rozgrywa się dziś bezpośrednio przy linii frontu. Problem polega na tym, że front stał się niesłychanie niebezpieczny. Mamy strefy, do których praktycznie nie da się wjechać. Ryzyko śmierci albo ciężkiego zranienia jest bardzo wysokie. Obawiam się, że część historii po prostu nigdy nie zostanie opowiedziana.

Myślę również o przemocy wobec szczególnie wrażliwych grup — osób starszych, osób z niepełnosprawnościami, osób schorowanych. To grupy bardzo słabo reprezentowane w mediach, a przecież miliony takich ludzi nadal mieszkają na wschodzie Ukrainy.

Wojna uderza szczególnie mocno w osoby z niepełnosprawnościami, które nie mogą wyjechać, szybko zejść do piwnicy, żeby się schronić, nie mogą uciec. Dlatego uważam, że istnieje ogromna liczba historii o osobach i dzieciach z niepełnosprawnościami, które nigdy nie trafiają do mediów.

— Przez długi czas pomagało mi to, że naprawdę wierzyłam w sens tego, co robię, i nadal wierzę, że moja praca ma znaczenie i może dawać siłę. Pamiętam też o reporterach, którzy codziennie na przykład fotografują ludzi ciężko rannych albo umierających na froncie — w porównaniu z nimi jestem w pewnym sensie bezpieczniejsza.

Uważam, że większość kobiet, które chcą opowiedzieć swoją historię, jest bardzo silna. I często są szczęśliwe, że ktoś daje im głos, że ich historia zostanie usłyszana, że ktoś napisze o niej w innym kraju.

Dlatego często samo opowiadanie jest dla nich pozytywnym doświadczeniem. Wiele z tych kobiet nie postrzega siebie wyłącznie jako ofiar. A osoby, które decydują się wystąpić publicznie, zazwyczaj są na to gotowe. Trudne są dla mnie inne momenty.

— W zeszłym tygodniu spotkałam kobietę, która ma siedemdziesiąt osiem lat. Została zgwałcona w 2022 roku. Była już wtedy seniorką, emerytką. Dziś jej wieś znajduje się bardzo blisko linii frontu, drony uderzają coraz bliżej. Powiedziała mi, że zaczyna brakować jej żywności, bo mieszka praktycznie przy froncie, może przeżyć wyłącznie dzięki pomocy humanitarnej.

I to jest straszne. Kiedy widzisz starszą cywilkę, osobę szczególnie narażoną na niebezpieczeństwo. Wiesz, że ona nie ma takich możliwości jak ktoś młody, zdrowy i powiedzmy — dwudziestoletni. Ona naprawdę nie ma dokąd pójść, nie ma wyboru. Pozostaje jej żyć dzięki pomocy organizacji pozarządowych i czekać, czy sytuacja nie stanie się gorsza. To naprawdę łamie mi serce.

Najtrudniejsze jest właśnie to, że wiele osób, które przeżyły takie doświadczenia, nadal żyje dziś w bardzo złych warunkach. Czasami staram się dokumentować ich świadectwa, ponieważ boję się, że niektóre z tych osób umrą, zanim ich historie zostaną oficjalnie zarejestrowane. Że ich świadectwa przepadną. Wiemy przecież, że część zgwałconych kobiet już nie żyje i to jest coś, co bardzo mnie porusza.

— To bardzo trudne pytanie, bo front cały czas się przesuwa. Na przykład ta starsza kobieta, o której wspominałam, została w swojej wsi, ale to linia frontu zbliżyła się do niej. Zdarza się to bardzo często, szczególnie w przypadku seniorów.

Jeżeli ktoś całe życie mieszkał w jednym domu, zazwyczaj po prostu nie chce go opuszczać. Spotykałam ludzi, którzy nie mają pieniędzy, żeby się wyprowadzić. Poznaję też osoby, które mieszkają w miastach i wsiach, do których front się przybliża. Dobrym przykładem może być Zaporoże. Mieszka tam wiele osób z doświadczeniem przemocy seksualnej. A poziom bezpieczeństwa w Zaporożu ma dziś zupełnie inny wymiar niż rok temu. Front znajduje się coraz bliżej.

Podobnie jest w Chersoniu. Wielu jego mieszkańców chce zostać na miejscu, ale nie jest to bezpieczne miejsce. Szczerze mówiąc, jako dziennikarka freelancerka sama nie pojechałabym dziś w niektóre z tych rejonów, bo ryzyko jest zbyt wysokie.

— Rozmawiałam z jej matką. Ta kobieta nie była całkowicie osobą niemówiącą, ale była zależna od innych. Wieś, w której mieszkała, znajdowała się pod okupacją. Jej rodzice zostali zabrani przez Rosjan na przesłuchanie. Kiedy wrócili, znaleźli córkę nagą. A wiedzieli, że ona nie jest w stanie samodzielnie się rozebrać. Na poduszce leżały słodycze. To oczywiste, że coś się wydarzyło i wszystko wskazywało na to, że byli to rosyjscy żołnierze.

Zdaję sobie sprawę, że nigdy do końca nie poznamy prawdy, jednak wiem, że rosyjscy żołnierze atakują kobiety szczególnie bezbronne. Wiem, że osoby z niepełnosprawnościami są przetrzymywane w niewoli w Rosji — udokumentowano przykłady przemocy seksualnej wobec osób starszych, dzieci, kobiet w ciąży i osób z niepełnosprawnościami. Mamy dowody na przemoc seksualną wobec szczególnie chronionej ludności cywilnej.

— Tak. Rozmawiałam z jedną kobietą, która nie chciała rodzić tego dziecka. Została zgwałcona podczas okupacji i chciała dokonać aborcji. Ale zanim udało jej się wydostać z rodzinnej miejscowości do bezpieczniejszego miejsca i znaleźć lekarza, było już za późno. Urodziła chłopca. Wychowuje go razem z pozostałymi swoimi dziećmi.

To bardzo trudna historia. Po wywiadzie utrzymywałam kontakt z tą kobietą, która żyje w trudnych warunkach, potwornej biedzie i w strachu o swoje bezpieczeństwo. Nie ma wystarczająco pieniędzy ani przyzwoitego mieszkania.

Chciałabym powiedzieć, że wszystkie kobiety, które przeszły przez takie doświadczenia, żyją dziś bezpiecznie, ale tak nie jest.

— Początkowo chciałam napisać tekst o matkach samotnie wychowujących dzieci z niepełnosprawnościami na terenach przyfrontowych, ale podczas pracy poznałam kobietę, w której dom uderzył pocisk. Przeprowadziła się do siostry. Później również dom siostry został trafiony. Przyjechałam do wsi, w której mieszkali, tuż po ataku, w którym zniszczeniu uległ ich dom, kiedy spali. Zdecydowałam się pokazać, jak wygląda życie matki na froncie. Ona nie miała już męża, bo zginął. Zmagała się z depresją i zespołem stresu pourazowego. Jej dziecko również było straumatyzowane. Oboje byli ranni.

— W Ukrainie jest dziś wiele kobiet, które w pojedynkę wychowują dzieci. Ich mężowie walczą na froncie albo zginęli czy zostali ciężko ranni. Są też kobiety, które opiekują się rannymi partnerami, mierzą się z nierównościami płacowymi. Często nie mogą pracować lub — przeciwnie — pracują znacznie więcej godzin niż wcześniej. Ukraińskie kobiety dźwigają dziś naprawdę ogromny ciężar. A w związku z tym, że pełnoskalowa wojna trwa już ponad cztery lata, odnoszę wrażenie, że ludzie zaczynają się przyzwyczajać do tych historii. Nie są nowe.

— Tak. Z tego, co słyszałam — choć oczywiście nikt nie ma pełnych danych — wynika, że niemal wszyscy ludzie, którzy trafili do rosyjskiej niewoli, zarówno cywile, jak i jeńcy wojenni, mężczyźni i kobiety, opowiadają o różnych formach przemocy seksualnej. Wygląda na to, że przemoc seksualna jest częścią systemu tortur Rosjan.

Osoby, które tego doświadczyły, mówią o różnych formach przemocy seksualnej — o poniżaniu, zmuszaniu kobiet do pozostawania nago przez długi czas, o gwałtach. To dotyczy nie tylko kobiet, ale również mężczyzn. Przez organizacje międzynarodowe gwałty Rosjan na Ukraińcach są uznane za narzędzie wojenne.

— Rozmawiałam z ponad dwudziestoma mężczyznami i wiem, że nie chodzi o gwałt w tym najbardziej dosłownym znaczeniu, choć i to ich spotykało. Mężczyźni spotykali się z torturami na tle seksualnym, rażeniem genitaliów prądem, kazano im krzywdzić współwięźniów.

— Nigdy nie zajmowałam się tym tematem zawodowo, więc nie jestem właściwą osobą, by odpowiadać na takie pytanie. Mogę jednak powiedzieć, że przy tak ogromnej liczbie żołnierzy zawsze istnieje możliwość, że dochodzi do gwałtów. Ale wydaje mi się, że jest znacznie mniej prawdopodobne, by ukraińscy żołnierze systemowo dopuszczali się gwałtów wobec ukraińskich kobiet. Oni walczą o swój kraj i wyzwalają własnych cywilów.

Nie twierdzę, że takie przypadki się nie zdarzają, ale w przypadku Rosji przemoc seksualna służy łamaniu ludzi psychicznie, jest systemowa. Tortury czy gwałty na oczach bliskich to tworzenie atmosfery terroru. W przypadku żołnierzy ukraińskich nie miałoby sensu systemowe łamanie własnej ludności cywilnej.

— Nie jestem w stanie jednoznacznie tego stwierdzić, ponieważ nie wiemy, co dokładnie dzieje się dziś we wszystkich miejscach przetrzymywania ludzi, a przecież tysiące osób przebywa w niewoli. Wiemy natomiast bardzo dużo o tym, co działo się w obwodzie kijowskim i chersońskim, ponieważ te tereny zostały okupowane, a potem wyzwolone. Dzięki temu udało się udokumentować wiele przypadków, ale jeśli chodzi o obszary okupowane obecnie, nikt nie jest w stanie powiedzieć z całkowitą pewnością, jaka jest skala zjawiska. Na podstawie historii, które zbierałam, mogę jednak stwierdzić, że to nadal trwa i że jest to element rosyjskiej taktyki wojennej.

— Są różne możliwości. Działają grupy osób ocalałych, można ubiegać się o wsparcie z różnych funduszy. Istnieją międzynarodowe programy pomocowe, ale nie jestem pewna, czy pieniądze są w stanie rozwiązać taki problem. W sumie najważniejsze pytanie brzmi, jaka pomoc polepszyłaby życie po czymś takim.

— To bardzo trudne pytanie, bo czym właściwie ma być sprawiedliwość w tym przypadku? Ile z tych kobiet będzie jeszcze żyło, kiedy sprawiedliwość nadejdzie? Czy można mówić o sprawiedliwości, jeśli zginęło tak wiele osób? Jak naprawić tak ogromną krzywdę?

Widzimy jednak, że kobiety, które doświadczyły gwałtów wojennych, coraz częściej zabierają głos i ich historie są dostrzegane. Nadia Murad, iracka działaczka społeczna zajmująca się handlem ludźmi, otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Kongijski ginekolog i działacz społeczny doktor Denis Mukwege również. Coraz więcej kobiet publicznie opowiada o swoich doświadczeniach. Pamiętajmy, że w Rwandzie i innych miejscach konfliktów było to niemal niemożliwe. Dzisiaj jest inaczej. Myślę więc, że ten proces dokądś prowadzi, ale nie jestem pewna, czy można tak naprawdę jakoś zadośćuczynić tym doświadczeniom. Mówimy przecież o konflikcie, w którym Rosja otwarcie ignoruje międzynarodowe prawo humanitarne. To wojna pełna niesprawiedliwości. A ja nie wiem, jak naprawić zło na taką skalę.

Sára Činčurová jest słowacką dziennikarką. Jej reportaże poświęcone problemom globalnym, konfliktom zbrojnym, prawom człowieka oraz gwałtowi wykorzystywanemu jako broń publikowane były m.in. w: „The New York Times”, „The Guardian”, „BBC News”, „Al Jazeera English”, „Der Spiegel”, „Foreign Policy”, „New York Magazine”. Jako korespondentka Agence France-Presse relacjonowała wydarzenia z ponad dwudziestu krajów, opisując jedne z najważniejszych współczesnych kryzysów: dokumentowała wykorzystywanie gwałtu jako broni wojennej w Ukrainie, badała przemoc seksualną w Libii i handel uchodźczyniami w Europie, relacjonowała sytuację uchodźców z terytorium Białorusi oraz analizowała katastrofę humanitarną i polityczną w Wenezueli w latach 2019–2025. W 2026 roku była rezydentką w programie Canada Excellence Research Chair in Migration and Bridging Divides na Uniwersytecie w Toronto, a także badaczką w Instytucie Dokumentacji INDEX we Lwowie.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru magazynu „Nowa Europa Wschodnia”. Numer możesz kupić tutaj

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version