Dopóki polscy liberałowie nie nauczą się śmiać sami z siebie, a polscy prawicowcy drzeć łacha z polskiej prawicy, Polska pozostanie statkiem pijanym we mgle.

Z najnowszej sztuki Marka Modzelewskiego w warszawskim Teatrze Współczesnym wychodziłem jak zwykle szczęśliwy i zdołowany zarazem. Autor „Pacyfistów” ponownie odarł mnie ze złudzeń, że liberalna część narodu jest otwarta, postępowa i w dodatku mądra. Zdumiewające — człowiek czyta, co piszą tolerancyjni rodacy w sieci, słucha znajomych o demokratycznych poglądach, a później się dziwi, że jednak nie są oni tacy dobrzy, jak im się samym wydaje.

Tych, którzy w tym momencie przerywają czytanie, bo informacja, że felietonista będzie pisał o sztuce teatralnej, budzi w nich najgłębsze obrzydzenie, uspokajam: Modzelewski jest autorem scenariuszy do serii filmów „Teściowie”, które wszyscy widzieliście. A pierwsi „Teściowie” powstali na podstawie jego sztuki „Wstyd”, opowiadającej o dwóch rodzinach, których dzieci mają się żenić, ale jako że się nie żenią, to między Wilkami z Warszawy a Chrapkami z Podlasia rozpętuje się wojna światowa. Widzieliście „Teściów”, potem obejrzeliście „Teściów 2” i „Teściów 3”, a oglądając, płakaliście ze śmiechu i nie wiedzieliście nawet, że śmiejecie się z samych siebie. Wskazywaliście palcem obskurantów, nie wiedząc, że patrzycie w lustro.

Modzelewski, wykształcony lekarz (co powinno państwa natychmiast nakręcić), praktykujący radiolog (ale nie w Szpitalu Południowym), od lat zajmuje się wiwisekcją narodu polskiego w swoich sztukach. Może i w pracy lekarza opisuje zdjęcia rentgenowskie i szuka ciekawych zwyrodnień w stawach, ale po godzinach robi Polakom bez znieczulenia trepanacje czaszki, wypruwanie bebechów, operacje na otwartym sercu, od których nawet jednoczesne kolonoskopia z gastroskopią są przyjemniejsze.

Wiadomo, że lekarze mają wyjątkową umiejętność pisania doskonałej literatury, od Rabelais’go zaczynając, przez Bułhakowa i Czechowa, aż po Modzelewskiego właśnie. Owszem, Modzelewskiego już nazwano polskim Czechowem, niech i tak będzie, w końcu pisarz bez etykiety to żaden pisarz. Tyle że u Modzelewskiego jeszcze zabawniej niż u Czechowa. A poza tym Modzelewski pisze wyłącznie o Polakach, a to zawsze ­najzabawniejsze.

„Wstyd” wszyscy znają, bo jak nie widzieli w teatrze, to zobaczyli w postaci „Teściów”, ale Modzelewski znęcał się też nad nami w sztuce o nieprzypadkowym tytule „Inteligenci”. Tam mieliśmy inteligencką rodzinę, o ­ateistyczno-feministycznych poglądach, która swój ateizm i feminizm musi zderzyć z tym, że ktoś może mieć inne poglądy. Jak wiadomo, największym problemem ludzi oświeconych i tolerancyjnych jest nieumiejętność zrozumienia fenomenu, że nie wszyscy są oświeceni i tolerancyjni. W „Kto chce być Żydem” z kolei inteligentka Eliza postanowiła konwertować się na judaizm, żeby być jeszcze bardziej oświeconą i tolerancyjną, a jej ateistyczny mąż w odwecie wyciągał obraz Matki Boskiej, bo nagle odpalił mu się katolicki tradycjonalizm.

Modzelewski wypracował patent, który się sprawdza, bo w swojej prostocie jest genialny: bierzesz porządną polską rodzinę albo jeszcze lepiej dwa małżeństwa, dodajesz im dorastające dzieci, pokazujesz ich nowoczesność, światowość, tolerancyjność, a potem zdejmujesz z nich kolejne warstwy kamuflażu, jakbyś obierał z liści kapustę, by dostać się do jej twardego, pełnego uprzedzeń głąba.

„Pacyfiści” traktują o klasie średniej, a przynajmniej o ludziach, którzy za klasę średnią się sami mają. Bo Polacy dzielą się na przedstawicieli klasy średniej, aspirujących do bycia klasą średnią oraz ludzi zdegradowanych z klasy średniej do bezklasowych. Spodziewam się, że Aldona, Justyna, Mariusz i Julian są wyborcami jakiejś ­liberalnej partii — o ile w Polsce w ogóle istnieje ­liberalna partia — i mają postępowe poglądy. Jak wiadomo, nie ma dla teatru lepszych bohaterów niż postępowi mieszczanie koło pięćdziesiątki, epatujący swoimi słusznymi poglądami. A gdy się ich lekko podrapie, pokazujący swoje głęboko skrywane poglądy, ździebko mniej liberalne.

Ci bardziej postępowi nie rozumieją, że ci mniej postępowi nie dają sobie rady z tym, że ich syn okazał się niebinarny. Ale postępowa Aldona — postać wiodąca w tej sztuce — nagle się orientuje, że ten niebinarny to może gej i będzie nagabywał ich syna. Kiedy syn twoich przyjaciół okazuje się gejem, to należy mu się wsparcie, ale gdyby twój syn uznał, że nie jest heteroseksualny, to wpadłabyś w panikę i złość.

Aldona, ta najbardziej liberalna, poprawia pozostałych, że nie mówi się „na Ukrainie”, tylko „w ­Ukrainie”. Ale gdy w końcu wszyscy wylądują na strzelnicy (o co zresztą cała afera i stąd tytuł „Pacyfiści”), to wścieka się, że „wszędzie ci Ukraińcy. Wszędzie. Już w każdym ­miejscu pracują. Jak oni chcą wygrać wojnę, jak wszyscy ­siedzą tutaj?”.

Naturalnie, jak to u Modzelewskiego, na końcu dochodzi do katastrofy — tolerancyjni okazują się zapiekli, niepijące od lat alkoholu kobiety spijają się do spodu, a z przyjaźni zostają ruiny i zgliszcza. Bo wszystko przecież było fasadą.

Piszę o Modzelewskim dopiero teraz, dwa miesiące po premierze, bo dostałem olśnienia. „Pacyfiści” i pozostałe sztuki Modzelewskiego zrymowały mi się z książką „Nienawidzę ich!” Karoliny Olejak, którego to reportażu podtytuł brzmi: „To Polacy mówią na terapiach”. Owszem, Olejak udziela się w Klubie Jagiellońskim, więc nieuchronnie bardziej dojeżdża liberałów niż pobratymców z tej samej fabryki konserw, ale gdyby bohaterowie „Pacyfistów” przeczytali „Nienawidzę ich!”, to by może im się coś odblokowało, wyluzowaliby się i zrobili sobie terapię bez konieczności wydawania grubej kasy i udawania, że są lepsi, niż są naprawdę. Nieszczęśnicy, którzy zdecydowali się opowiedzieć Olejak o swoich dramatach, to prawicowcy mający kompleksy, że nie są odpowiednio nowocześni, oraz ­liberałowie, którzy chcieliby walić na odlew jak prawicowcy, ale im nie wypada. Ludzie z prowincji, którzy po przeprowadzce do stolicy znienawidzili „wieśniaków”. Ci, którzy nie są w stanie już unieść swojej moralnej wyższości i pękają jak tama, przez którą przelewa się powódź uprzedzeń i pretensji.

Postępowcy przerażeni, że jeśli im się coś wymsknie niepostępowego, to zostaną skasowani przez jeszcze bardziej postępowych postępowców, a ci — jak wiadomo — nie wybaczają. Są sfrustrowani, że prawicowcy nie muszą się przejmować, gdy mówią to, co myślą. Ale nie wiedzą, że prawicowcy dygoczą z przerażenia, że postępowcy zgwałcą ich mentalnie albo że oni sami będą musieli wyjść z roli ofiar. Jeśli więc mają swojego prezydenta, swoje potężne partie i media, to muszą wciąż jęczeć, jak są prześladowani przez dominujących, okrutnych liberałów. Ci, którzy mają doskonały porządek w swoim życiu, zazdroszczą bałaganiarzom, bo sami chcieliby odpuścić, a bałaganiarzy zżera zawiść, że ci porządniccy mają tak wszystko ­poukładane.

Naturalnie wszystkim z tego powodu rośnie ciśnienie, spinają się i okopują w swoich poglądach, nawet jeśli wewnętrznie nie są im wierni. Rozpadają się z tego powodu małżeństwa i związki nieformalne, niszczą relacje dzieci z rodzicami i rodziców z dziećmi, a przyjaźnie walą się jak zamki z piasku, gdy się je kopnie w ataku złości.

Dopóki polscy liberałowie nie nauczą się śmiać sami z siebie, a polscy prawicowcy drzeć łacha z polskiej prawicy, Polska pozostanie statkiem pijanym we mgle. Dla przyszłych sztuk Modzelewskiego to dobrze, a i ja się przy tym pożywię.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version