Jako że horror przeżywa dziś prawdziwy renesans, będąc najlepszym komentarzem do naszej rzeczywistości, to nie mogłem nie skonfrontować się z serialem „Wdowia Zatoka”. On za chwilę zgarnie całe naręcze telewizyjnych Oscarów, czyli Nagród Emmy, ale nie dlatego o nim piszę. Piszę, bo ten serial to ideał, w którym to, co przerażające, łączy się z tym, co przezabawne. Raz wpadamy w studnię strachu, by znaleźć się nagle na karuzeli śmiechu, a później spaść z niej w otchłań potworności.

„Wdowia Zatoka” nie dość, że jest wybitnym horrorem, to jeszcze zawiera tyle aluzji i nawiązań do innych klasycznych horrorów, że trzeba prawdziwego maniaka, aby wszystkie wyłowić. Ja sam, kompletny dyletant w tej materii, zauważyłem nawiązania do klasycznej „Mgły” Carpentera, „Piątku trzynastego”, serialu „Lost”, „Egzorcysty”, „Psychozy”, „Lśnienia”, a do tego parę grepsów z japońskich koszmarów i niby przypadkiem leżącą w koszyku książkę Stephena Kinga. Fachowiec znajdzie ich nieporównanie więcej, bo tu bodaj każda scena jest aluzją do jakiegoś klasyka. Jeśli jeszcze nie powstały prace doktorskie na temat „Wdowiej Zatoki”, jeśli nikt nie stworzył katedry badań nad intertekstualnością jej scenariusza, to za chwilę tak się stanie.

Jest to zatem najbardziej kinofilski serial, jaki powstał w ostatnich latach, a może nawet w całych dziejach czegoś, co kiedyś nazywano telewizją, a dziś streamingiem. Po „Wdowiej Zatoce” mam ochotę zawodowo zająć się historią horrorów, a finalnie oszaleć i zostać umieszczonym w zakładzie zamkniętym. A przynajmniej wszędzie dopatrywać się działalności sił nieczystych.

Oto w granicach Nowej Anglii, kilkadziesiąt kilometrów od brzegu stanu Massachusetts, a może Maine, leży samotna wyspa zwana Wdowią Zatoką. Na wyspie mieszka trzy tysiące ludzi, którzy nie ruszają się z niej na kontynent, bo każdy, kto na wyspie się urodził, zaraz po wylądowaniu na amerykańskim brzegu umiera. Wyspa jest przeklęta i nie pozwala swoim mieszkańcom, by ją opuszczali. Tylko ci, którzy się na niej nie urodzili, są w stanie bezkarnie podróżować. Na wyspie nie ma wi-fi ani zasięgu komórkowego, a ludzie porozumiewają się za pomocą telefonów stacjonarnych. Od kilku dni marzę, żeby osiedlić się tam na stałe.

Nowa Anglia, jak wiadomo, od czasów pierwszych purytańskich osadników, którzy przybyli tam w XVII w., jest miejscem, gdzie działy się i dzieją rzeczy przerażające. Ile powieści napisano o potwornościach Nowej Anglii, ile powstało mrożących krew filmów o odwiecznym złu panoszącym się w Nowej Anglii, nie umiem policzyć. Ale zazwyczaj mają one wspólne źródło: fanatyczne religianctwo pierwszych osadników. Z jakiegoś powodu purytanom zawsze towarzyszą w podróżach i życiu zło oraz przemoc, nie inaczej było na Wdowiej Zatoce.

Trzymajcie się od ludzi przesadnie religijnych z daleka, szczególnie zaś unikajcie purytanów, nawet tych niewierzących. Takie znajomości nigdy nie przyniosą niczego dobrego.

Pierwsi osadnicy wylądowali na wyspie w 1681 r., my w niektórych scenach cofamy się do plagi, jaka nawiedziła religijną społeczność w 1702 r. Legendarny założyciel miasta na wyspie Richard Warren podpisał pakt z potworną siłą, niebędącą ani Bogiem, ani Szatanem, dzięki której jego społeczność przeżyła, lecz owo zło domaga się co jakiś czas ofiar. Ludzie, których rodziny żyły na Wdowiej Zatoce od pokoleń, wiedzą, że klątwa wciąż obowiązuje. Gdy w pierwszym odcinku do wyspy zbliża się gęsta mgła dziwnego pochodzenia, wierzący w przekleństwo lokals o imieniu Wyck domaga się zamknięcia wszystkiego, ukrycia ludzi i włączenia syren alarmowych.

Tymczasem Tom Loftis, burmistrz jedynego na wyspie miasteczka, nie wierzy w klątwę, siły nadprzyrodzone, nie chce włączać syren, ma nawet sceptyczny stosunek do opowieści o kanibalizmie czy paleniu czarownic, które miały miejsce na Wdowiej Zatoce w dawnych czasach. Pragnie wypromować wyspę jako atrakcję turystyczną, musi zatem ukrywać przed światem zewnętrznym, że dzieją się na niej rzeczy straszne.

Jak wiadomo, gdy ktoś ma świetny pomysł na wypromowanie jakiegoś miejsca, na przykład wyspy albo nawet całego kraju, to często kończy się to katastrofą wizerunkową. Mamy świeże przykłady takich działań. Patrząc na przerażoną minę Toma Loftisa, który widząc, jak wszystko się wali, zaklina rzeczywistość, że jest fantastycznie, musimy pomyśleć o innych dramatach związanych z promocją i marketingiem.

Loftis sprowadza dziennikarza z „New York Timesa”, któremu wyznacza marszrutę, ale dba o to, żeby żurnalista nie zahaczył o opuszczony tzw. stary szpital, który należy mijać, nie zatrzymując samochodu, bo jak to zrobisz, to już po tobie. Dlaczego widząc tę scenę, pomyślałem o zupełnie innym szpitalu? Nie mam pojęcia.

Kiedy tylko udaje się zapobiec jakiejś małej katastrofie albo uprzątnąć jej skutki, natychmiast pojawia się katastrofa większa. Gdy burmistrz nadludzkim wysiłkiem pokonuje wraz ze swoją ekipą dziwaków potwora, za chwilę pojawia się większy i straszniejszy potwór. Kiedy zdaje się, że wszystko zmierza do szczęśliwego ­finału promocyjnych zabiegów kierownika, zaraz okazuje się, że szatańskie siły wzmagają swoje działania. Na burmistrza zasadza się Morska Wiedźma — naga starucha poruszająca się szybciej niż zwykli ludzie i siadająca na twarzy swoim ofiarom. Kierownik wyspy musi uciekać przed morderczym klaunem grasującym w zapyziałej gospodzie, który zanim założy swój cyrkowy strój, jest całkiem miłym facetem. Pracownica ratusza Patricia jest ścigana przez niedającego się zabić mordercę w masce przypominającej tę noszoną przez Jasona w „Piątku trzynastego”. Jakiż wspaniały powrót do dawnych emocji oglądania filmów na kasetach VHS!

Kiedy wreszcie udaje się wydobyć trumnę pochowanego żywcem w 1702 r. Richarda Warrena, okazuje się, że Warren żyje i ma się całkiem dobrze, choć ponad 300 lat w drewnianej skrzyni spowodowało lekkie niedołęstwo i niezdrową cerę. Dopóki Warren w postaci żywego trupa nie zostanie zabity naprawdę, klątwa nie będzie zdjęta z Wdowiej Zatoki. Problemem jest to, że na wyspie wciąż żyją jacyś jego potomkowie dziedziczący tę klątwę — jak ich znaleźć i zabić?

Otóż prawdziwy Richard Warren nie dość, że istniał naprawdę, to był jednym z pielgrzymów, którzy przypłynęli na statku Mayflower i stali się ojcami założycielami Ameryki. Czyżby zatem przeklęta serialowa wyspa miała być metaforą Stanów Zjednoczonych?

Na Wdowiej Zatoce nawala sieć energetyczna, sztormy regularnie demolują wyspę, a wówczas mieszkańcy muszą kryć się w schronach. W schronach jednak jest bardziej niebezpiecznie niż na zewnątrz, nie tylko dlatego, że zapasy jedzenia są spleśniałe, a wody brakuje, lecz także dlatego, że ze schronów są przejścia do tajemnych podziemi, gdzie słychać dziwne odgłosy, a za żelaznymi drzwiami znajduje się sala tortur i egzekucji.

Całe szczęście w Polsce to nie do pomyślenia, bo my w ogóle nie mamy schronów.

Zgadliście — oglądając „Wdowią Zatokę” i zachwycając się horrorową erudycją jej twórców, myślałem o Polsce i o promocji Polski. Oraz o kierowniku wyspy, który usiłuje Polskę pokazać jako fantastyczny kraj niezwykłego sukcesu, ale rzeczywistość przeklętego kawałka ziemi mu w tym przeszkadza na każdym kroku.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version