Kiedy na Zachodzie trwała rewolucja obyczajowa, w gomułkowskiej Polsce wiele kobiet nie wiedziało, czym jest orgazm, a mężczyzn straszono prezerwatywami. Najpopularniejszymi metodami antykoncepcyjnymi w latach 60. był stosunek przerywany i aborcja.
Na każdy turnus do Połczyna-Zdroju przyjeżdża 150 jałowic. Tak w żargonie lekarskim mówi się na kobiety, które nie mogą zajść w ciążę. Warunki są wyśmienite. Sanatorium otwarto w 1965 r., mieści się w świeżo wyremontowanym domu zdrojowym. Znajduje się tu pierwszy w Polsce ośrodek leczenia niepłodności i chorób kobiecych.
Kuracjuszki nie mają na głowie zakupów, gotowania ani sprzątania. Kąpią się w solance, okładają borowiną i spacerują po parku zdrojowym. Raz w tygodniu odwiedzają je mężowie. Pary dostają wtedy do dyspozycji pokój. Lekarze i personel dyskretnie zachęcają do nawiązywania znajomości z pacjentami z sąsiednich uzdrowisk. Nie bez powodu w Polsce krąży powiedzenie: „Chcesz mieć syna, jedź do Połczyna”.
— Sanatorium miało świetne wyniki leczenia — mówi prof. Janusz Emerich, w połowie lat 60. młody ginekolog z Akademii Medycznej w Gdańsku. — Pacjentki były zaopiekowane, wypoczęte i zrelaksowane. Miały tylko jeden cel: zajść w ciążę.
Codzienne życie seksualne Polaków w czasach gomułkowskiej małej stabilizacji nie było tak proste jak w Połczynie.
Krzyczałam z rozkoszy
Na co dzień było raczej jak w opowiadaniu „Ósmy dzień tygodnia” Marka Hłaski. Agnieszka i Piotr spotykają się nad Wisłą, bo nie mają własnego kąta. Dziewczyna prosi: — Postaraj się tylko o jakiś pokój, o jakieś mury. Aby nie tutaj, aby z daleka od ludzi.
Opowiadanie sfilmował Aleksander Ford. Grający główne role Zbigniew Cybulski i Sonja Ziemann zostają przez przypadek zamknięci na noc w domu towarowym. Na piętrze, na którym trwa właśnie ekspozycja w ramach „tygodnia młodych małżeństw”, zasypiają pijani pośród obracających się kolorowych dekoracji.
„Ford zrobił film na temat, że ludzie nie mają się gdzie rżnąć, co oczywiście nie jest prawdą; rżnąć się można wszędzie” — napisał Hłasko kilkanaście lat później w autobiograficznej książce „Piękni dwudziestoletni”.
Wbrew diagnozie zgorzkniałego pisarza Polacy wciąż cierpieli na deficyt przestrzeni intymnych. Alina, 17-letnia przyszła fryzjerka, mieszkała w jednym pokoju z mamą. Z chłopakiem umawiała się, gdy matka szła do pracy. Zaszła w ciążę po pierwszym stosunku. Urodziła córkę, gdy miała 18 lat: — Po ślubie mąż wprowadził się do naszego pokoju. Po kilku latach wzięliśmy rozwód — opowiada.
Kadr z filmu „Ósmy dzień tygodnia”
Foto: Fot. archiwum Filmu/FORUM
Hanna, rocznik 1944, nauczycielka, na co dzień spotykała się z ukochanym z Gdyni, w kawiarni. — Byliśmy tak wygłodniali siebie, że pożeraliśmy się oczyma — mówi. — Mój kolega wynajmował w Wejherowie klitkę, litościwie zostawiał nas samych na kilka godzin. Pamiętam, że Tadeusz zasłaniał mi usta dłonią, gdy krzyczałam z rozkoszy.
Wdowa z mieszkaniem pozna pana
W roku 1963 w Warszawie tylko 4 proc. młodych małżeństw miało samodzielne mieszkanie. We Wrocławiu własnym kątem cieszyła się co dziesiąta para. W dramacie psychologicznym „Sam pośród miasta” z roku 1965 inżynier, którego też gra Cybulski, ma już własne mieszkanie i wybiera się właśnie na dwuletni kontrakt do Iraku. Klucze przekazuje znajomej młodej parze.
— Dziś w końcu będziemy sami — mówi uszczęśliwiona kobieta. — Żadnych awantur gospodarzy za drzwiami. Ani ciszy, w której stare baby podsłuchują.
Problemy miłosno-lokalowe ma również młody lekarz, którego zagrał Bogumił Kobiela w komedii „Człowiek z M-3” z roku 1968. On też mieszka z matką i prosi kolegę o użyczenie pokoju na kilka godzin, gdy chce spotkać się z dziewczyną. Miejscem schadzek jest też zaplecze apteki, w której partnerka pracuje nocami.
Wątek mieszkaniowy przewijał się też w ogłoszeniach matrymonialnych. „Wdowa, lat 38, z ładnym mieszkaniem, wesołego usposobienia z braku znajomości pozna kulturalnego pana. Cel matrymonialny” — można przeczytać w lipcu 1960 r. na łamach „Głosu Wielkopolskiego”. „Panna lat 24. Wykształcenie średnie, posiadająca gotówkę, pozna kawalera (właściciel nieruchomości mile widziany)”. „Kawaler po 40-ce, rzemieślnik, posiada dom blisko Poznania zapozna pannę do lat 38 w celu matrymonialnym”.
Pomimo rozpaczliwej sytuacji mieszkaniowej młodzi Polacy coraz wcześniej decydowali się na ślub. W 1960 r. Magdalena Arska, dziennikarka lifestylowego magazynu „Ty i Ja” porównała aktualne statystyki z danymi sprzed II wojny. Okazało się, że bardzo młode małżeństwa — poniżej 19. roku życia — były na początku lat 60. XX w. znacznie częstsze niż w latach 30. Nastoletnich żon i mężów żyło w tym czasie w Polsce ponad 87 tys.
Zdaniem dziennikarki młodzi uciekają w małżeństwo przed rodzicami, aby znaleźć ciepło. „We dwoje raźniej przecież w obcym, trudnym świecie” — konkludowała.
Dużą liczbą nastoletnich małżeństw zaniepokojone było też państwo. Dlatego w 1964 r. podniesiono wiek zawierania związku przez mężczyzn do 21. roku życia. Zgodnie z nowym prawem kobieta stawała się gotowa do macierzyństwa, zanim mężczyzna stawał się zdolny do utrzymania rodziny.
Seks, partia i Kościół
W czasie, gdy polska młodzież słuchała Czerwonych Gitar, w których zakochani obdarzali się co najwyżej pocałunkami, w Wielkiej Brytanii Eric Burdon z The Animals śpiewał o miłości, pożądaniu i kobiecie, która w nocy „dopina swego”, a Mick Jagger z The Rolling Stones marzył o kochance, która wyląduje na nim jak na spadochronie.
— Może na świecie trwała rewolucja seksualna, ale polski seks wtedy był przaśny i szybki, żadnej gry wstępnej, budowania atmosfery, mało romantyzmu — wspominał lata 60. na łamach „Newsweeka” Zbigniew Lew-Starowicz. — Ale z drugiej strony Polacy wtedy kochali się częściej niż teraz, bo mieli mniej pracy i więcej czasu. Nie było tyle rozrywek zabierających uwagę. Seks był jedną z podstawowych form spędzania wolnego czasu.
Młodzi Polacy, wychowani w świeckich szkołach i katolickich domach, wchodzili w dorosłość z zerową wiedzą na temat seksualności. — Myśmy nawet nie znały słowa „seks” — śmieje się dzisiaj Alina. — Mówiło się: „byłam z nim”, „jesteśmy razem”. To był kompletny ciemnogród. Za pierwszym razem nawet nie zdążyłam się zastanowić, czy chcę się kochać. Satysfakcja? O czymś takim nie było mowy.
Wanda, rocznik 1947, zdała maturę w technikum gospodarczym w Poznaniu w roku 1965 i została kasjerką w banku. Wynajmowała pokoik na stancji, w którym spotykała się z przyszłym mężem. O życiu intymnym nie rozmawiała ani z matką, ani ze starszą siostrą: — Wstyd było o tych rzeczach wspominać. W szkole też nam nic nie mówili — tłumaczy.
Wiedzę czerpała od koleżanek: — Jedna coś podsłuchała, druga raz podpatrzyła, że tata na mamie leży. Tak dowiedziałyśmy się, na czym te sprawy polegają. Miałam wtedy może 14 lat.
Rok wcześniej Wanda wyczuła pod palcami zgrubienia na klatce piersiowej. Martwiła się, dopóki koleżanki nie wytłumaczyły, że rosną jej piersi. O okresie dowiedziała się od starszej siostry. Marysia poradziła jej, że lepsza od podkładów ze szmatek, które robiła mama, jest kupowana w aptece wata.
— Miałam 20 lat, kiedy położyłam się pierwszy raz z chłopakiem — opowiada Wanda. — Posiedzieliśmy na tapczanie, poprzytulaliśmy się i do łóżka, bo co mieliśmy innego do roboty? Zaszłam w ciążę może za dziesiątym razem, bo przecież nie mieliśmy pojęcia o antykoncepcji. Słyszałam tylko, że siedem dni po miesiączce jest najbezpieczniej. A może na odwrót?
— Władzę sprawowały partia i Kościół, które miały podobne poglądy na temat seksu: dzieci się rodzą, więc wszystko działa, lepiej głośno o tym nie mówić. W poradniach przy parafiach można było tylko usłyszeć, że za seks przed ślubem spłonie się w ogniu piekielnym! Tyle że 30 proc. panien młodych było w ciąży — wspominał Lew-Starowicz. Przychodzili do niego ludzie, ale nie byli w stanie powiedzieć, o co im chodzi. Dukali, sapali, na penisa mówili „maciek”, na narządy kobiece „gniazdko”. Albo ogólniakami: „tam na dole”, „nie mogę”. Kiedy pacjent mówił: „nie mam potencji”, Lew-Starowicz nie wiedział: czy nie ma pociągu, czy nie ma erekcji. — Ale takich słów nie znano. Musiałem więc zadawać podczas każdej wizyty dużo pytań, świadomie stosując medyczną terminologię: penis, pochwa, macica… — mówił.
Straszne słowo na „p”
Wanda zapamiętała, że jej przyszły mąż któregoś razu przyniósł prezerwatywę: była wykonana z grubej gumy i nieprzyjemna w użyciu. Jerzy (rocznik 1947) pamięta frustrację: — Panował wszechobecny strach przed ciążą, a jednocześnie prezerwatywy nie były popularne, nawet w stałych relacjach. Ceną, jaką płaciliśmy, były rzeżączka i wszy łonowe. Do dziś pamiętam wstyd, gdy trzeba było zapytać w aptece o maść rtęciową.
Prezerwatywy były łatwo dostępne, ale by je kupić, trzeba było zdobyć się na odwagę. W komedii „Człowiek z M-3” do apteki w nocy przychodzi klient w potrzebie. — Pani magister sama na dyżurze? Nie ma jakiegoś mężczyzny? — pyta strapiony. — No bo chciałem… Zresztą dam sobie radę. Dobranoc!
„Któregoś razu mój przyszły mąż przyniósł prezerwatywę. Była wykonana z grubej gumy i nieprzyjemna w użyciu”
Foto: East News
Sceptyczny stosunek do prezerwatywy mieli nawet specjaliści. „Pomijając już fakt nieestetycznego wrażenia, jakie sprawia mężczyzna nakładający prezerwatywę, korzystanie z tego środka może u niego pociągać za sobą różne zaburzenia seksualne oraz emocjonalne” — przestrzegał jeden z pierwszych wydanych w PRL przewodników po życiu intymnym.
Prezerwatywa była uznawana za coś podejrzanego, obcego. Była właściwie zarezerwowana dla stosunków z prostytutkami, jako sposób na uniknięcie chorób wenerycznych. Mężczyźni jej nie znosili, uznając za coś sztucznego, zmniejszającego doznania. Dlatego kobiety nie miały wyboru, jak nie chciały zachodzić w ciążę, obowiązek antykoncepcji musiały brać na siebie.
Mała pigułka, wielka rewolucja
Państwo chciało mieć wpływ na życie seksualne społeczeństwa. Edukacyjny film „Jak zapobiegać ciąży” z roku 1960 był wprawdzie wyświetlany tylko podczas zamkniętych seansów, ale zachęcał do stosowania tamponów nasączonych płynem plemnikobójczym Amo lub krążków domacicznych z kremem Proven. — Musiały być dopasowane do wielkości szyjki. Zakładał je lekarz, co było dodatkowym utrudnieniem — wspomina Janusz Emerich. — Źle dobrane wypadały i nie zabezpieczały przed ciążą. Część kobiet stosowała gąbki lub własnoręcznie robione tampony z materiału nasączane rozcieńczonym octem. Po stosunku zdarzały się problemy z ich usunięciem i konieczna była pomoc ginekologiczna.
W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych do sprzedaży wchodziła tabletka antykoncepcyjna. Dla milionów kobiet oznaczała ona przewrót: wyzwolenie ze strachu przed ciążą i seks dla przyjemności, nie dla prokreacji. Mała pigułka, która stała się symbolem rewolucji seksualnej, w Polsce stała się szerzej dostępna dopiero w 1968 r., ale miała bardzo złą opinię. Seksuolodzy wspominają, że kobiety, które ją stosowały, były uznawane za rozwiązłe, puszczalskie. Tabletka miała prowadzić do rozpadu związku.
Najpopularniejszymi metodami antykoncepcyjnymi w latach 60. był stosunek przerywany i aborcja.
— Liczba zabiegów w tym okresie była niebywała — mówi prof. Emerich. — W naszej klinice wykonywaliśmy od 10 do 15 dziennie.
Oficjalne dane mówiły o 200-300 tys. zabiegów rocznie. Drugie tyle odbywało się poza szpitalami — w prywatnych gabinetach albo pokątnie, u tak zwanych babek, które wywoływały poronienie za pomocą drutu, szprychy, szydełka.
Fryzjerka Alina pamięta kobiety czekające w kolejce na przerwanie ciąży w prywatnym gabinecie w Gdyni. — Nikt się z tym nie ukrywał. Lekarze w żaden sposób się nie reklamowali, ale każdy wiedział, do kogo można się umówić.
— Pomimo ogromnej liczby aborcji rodziło się wciąż bardzo dużo dzieci — mówi prof. Emerich. — W szpitalu Akademii Medycznej w Gdańsku przyjmowaliśmy w tym czasie po 6 tys. porodów rocznie. Naród był, można powiedzieć, prężny.
Limit stosunków płciowych
Strach przed życiem seksualnym potęgowały utrwalone przesądy. Z badań Kazimierza Imielińskiego, pierwszego polskiego seksuologa (egzamin specjalizacyjny zdał w 1962 r.) wynikało, że 99 proc. młodzieży słyszało o zgubnych skutkach masturbacji: wyschnięciu rdzenia kręgowego, wysuszeniu mózgu, a w najlepszym wypadku — wyniszczeniu fizjologicznym. Skutkami nocnych polucji miały być choroby psychiczne, impotencja, padaczka, ślepota i niepłodność.
Panowała nieznajomości podstawowych zasad: gdzie produkowane jest nasienie, co to są sfery erogenne, seks oralny, jak się traci dziewictwo i kiedy są dni płodne. Głód wiedzy był ogromny, tylko nie było skąd jej czerpać. Dlatego „Życie seksualne. Psychohigiena”, poradnik autorstwa Imielińskiego, który wyszedł w roku 1965, natychmiast znikł z księgarń. Podobnie było z wydaniami z roku 1967 i 1969. W sumie ukazało się 150 tys. egzemplarzy. Książka została również wydana językiem Braille’a i rozprowadzona wśród niewidomych.
Zabiegi Sanatoryjne.
Foto: PAP/Stefan Kraszewski
Seksuolog opisał liczne przypadki nerwic seksualnych, do których doprowadził obskurantyzm. Jednym z jego pacjentów był 23-letni rolnik, który po przeczytaniu broszury straszącej przed skutkami masturbacji popadł w impotencję. Młody gospodarz zgłosił się do felczera i zielarza, którzy leczyli go witaminami i naparami, a następnie zgodnie orzekli, że przypadek jest beznadziejny — mężczyzna jest zupełnie wyczerpany płciowo. Rolnik zerwał z narzeczoną i myślał o samobójstwie. Pomogła mu dopiero wizyta u specjalisty.
Częsty był też pogląd o limicie stosunków płciowych. Dla mężczyzn miał on wynosić 2 tys. Po jego wyczerpaniu dalsze życie intymne było niemożliwe.
Mężczyzna inicjuje, kobieta dba o higienę
Kobiety miały swoje problemy. Wiele z nich nie wiedziało, czym jest orgazm, jak można go osiągnąć, czy są lekarstwa. Za podejrzane i nieobyczajne traktowano wszelkie pozycje seksualne, w których partnerzy nie mieli ze sobą kontaktu wzrokowego, twarzą w twarz. Dlatego pokutowało przekonanie, że seks w małżeństwie może odbywać się wyłącznie w pozycji misjonarskiej. Wszelkie inne pomysły traktowane były jako zboczenie płciowe. Domaganie się przez męża seksu oralnego mogło stać się podstawą rozwodu. Ale byli i tacy, którzy oskarżali żony o dewiację po tym, jak osiągnęły satysfakcję podczas pieszczenia łechtaczki.
Osobne porady kierowano od kobiet żyjących na wsi. Autorzy poradnika „Dbaj o siebie” (rok wydania 1966) przypominali, że inicjatywa w życiu intymnym należy do mężczyzny, „bo tak jest zbudowany i takie już jest prawo przyrody”. Do kobiet należała troska o higienę. „Czysta pościel oraz czysta i możliwie ładna bielizna, wymyte i pachnące świeżością ciało, miły uśmiech i okazana szczera serdeczność na pewno wpłyną na wzajemne uprzyjemnienie pożycia małżeńskiego i przyczynią się do pełni przeżyć, łączących silną więzią obydwoje małżonków” — pisali autorzy.
Szukający małżeńskiej harmonii mogli zgłosić się do Towarzystwa Rozwoju Rodziny, które powstało w roku 1957 i miało poradnie w większych miastach. Zatrudnieni w nich socjolodzy, psycholodzy, androlodzy i ginekolodzy rozwiązywali problemy związane z nerwicami płciowymi, obawami przed ciążą, niepłodnością i niedopasowaniem par. W roku 1961 placówkę w Warszawie odwiedziła dziennikarka „Ty i Ja”. Odnotowała, że z porad korzystali głównie mężczyźni (aż 80 proc. pacjentów), najczęściej skarżący się na oschłość partnerki. Zdecydowanie mniejszą grupę stanowiły dojrzałe kobiety porzucone przez mężów lub żony obawiające się patologicznie zazdrosnych małżonków.
„Niedawno odwiedziła poradnię para małżeńska, oboje w wieku lat około trzydziestu, rozżaleni, z mnóstwem wzajemnych pretensji. On zarzuca jej brak serdeczności i wyraźną niechęć do współżycia. Co się okazuje? Jej niechęć jest aż nadto usprawiedliwiona. W kilka lat po ślubie urodziła troje dzieci i miała już cztery poronienia” — relacjonowała Jadwiga Szczepańska.
Ludzie chcieli wiedzieć, jak się kochać, ale nie wiedzieli, skąd brać wzorce. Nie było pism erotycznych, filmy nie dostarczały żadnych inspiracji. Głód wiedzy był tak wielki, że Towarzystwo Rozwoju Rodziny zaczęło wydawać specjalne broszury poświęcone tylko pozycjom seksualnym.
Seks był naszym buntem
— W moim środowisku na studiach prawniczych swoboda seksualna była źle widziana — wspomina Jerzy. Alina po rozwodzie poznała starszego o dziewięć lat marynarza. — Na początku jeździliśmy razem na wycieczki, ale przez pierwsze miesiące znajomości spaliśmy w osobnych domkach. Byliśmy bardzo przyzwoici, zbyt szybki seks nie był dobrze widziany.
Ale w purytańskim i siermiężnym okresie gomułkowskim seks bywał też przestrzenią wolności. Libertyńskie życie w prywatnych domach prowadzili aktorzy, dziennikarze, pisarze, muzycy.
— Słowem „balet” określano to, co dziś nazwalibyśmy orgią — mówi Stanisław Brejdygant, aktor, rocznik 1936. — Seks był naszym buntem przed rzeczywistością i używką — jedyną dostępną poza wódką. Ludzie kochali się po kątach, czasem we dwoje, czasem we troje. W domu, w którym mieszkałem, pokój miał lokator. Odwiedzały go kobiety w różnym wieku, niektóre rozpoznawałem — były to żony bądź przyjaciółki znajomych. Mężczyzn biegłych w ars amandi było niewielu. On prowadził dla nich coś w rodzaju pogotowia seksualnego.
Barwne życie towarzyskie urozmaicone erotycznymi ekscesami prowadził też Jerzy Urban, w latach 60. dziennikarz. W liście do rodziców w roku 1964 opisywał przyjęcie urodzinowe ówczesnej żony, dziennikarki Wiesławy Grocholi:
„Goście zjedli 320 kanapek na zimno, 180 grzanek na ciepło z pieczarkami, móżdżkiem, pasztetem i boczkiem oraz nie chcieli wypić 5 l. barszczu z pasztecikami. Wypili natomiast 5 l. wódki (…) P. się rozebrała i dawała pokaz stawania na głowie. L. jej nawymyślała od starych k. i wrzeszczała, że chciałaby mieć tyle tysięcy, ile ona przeszła operacji plastycznych twarzy”.
Rozwody nie należały do rzadkości. Polska w latach 60. cieszyła się liberalnymi przepisami dotyczącymi obyczajowości. — Od końca lat 40. obowiązywał kodeks rodzinny, który pozwalał na świeckie śluby i rozwody oraz legalizował dzieci z tzw. nieprawego łoża — mówi prof. Agnieszka Kościańska z Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. — W porównaniu z krajami Europy Zachodniej było to postępowe prawo, podobnie jak przepisy dotyczące przemocy seksualnej. Na ich podstawie można było ścigać gwałt małżeński i homoseksualny oraz gwałt, którego ofiarą padła osoba świadcząca usługi seksualne. Aborcja od końca lat 50. dostępna była praktycznie na żądanie.
„Czy mam się przymuszać do kobiet?”
Problemem dla państwa była seksualność, która nie mieściła się w oficjalnym modelu rodziny. „Ożeniłem się przed 4 laty, ale po kilku zbliżeniach fizycznych, zresztą »z musu«, nawet nie dotknąłem żony. Za to przepadam za chłopcami, co przy mojej urodzie przychodzi mi bez trudu. Wystarczy pójść na »punkt zbiórki« istniejący w każdym mieście. Czy mam się przymuszać do kobiet? Nigdy tego nie zrobię. Nienawidzę ich!”. „Punkty zbiórek”, o których 24-letni marynarz pisał w liście do Mikołaja Kozakiewicza, jednego z pierwszych edukatorów seksualnych, były odnotowane przez milicję: kawiarnie, miejskie szalety i parki, Międzynarodowe Kluby Książki i Prasy.
Prawo w PRL nie penalizowało stosunków między osobami tej samej płci, jednak Służba Bezpieczeństwa starała się policzyć, ilu homoseksualistów żyje w Polsce. Dane były mocno niedoszacowane. Według statystyki z 1962 r. w pięciu miastach wojewódzkich (Warszawa, Łódź, Wrocław, Katowice i Gdańsk) mieszkało ich 778.
Lekarze traktowali homoseksualizm jak dewiację. Mikołaj Kozakiewicz w książce „Rozmowy intymne” z 1964 r. odradzał homoseksualistom zawieranie małżeństw i zalecał poddanie się kuracji lekarskiej, „choćby dlatego, żeby później nie mieli sobie nic do zarzucenia”. Przyznawał jednak, że wielu jego korespondentów przeszło leczenie i nie odczuło żadnej zmiany.
W kraju socjalistycznej równości oficjalnie nie było też miejsca na prostytucję. Służba Bezpieczeństwa prowadziła ewidencję kobiet zarabiających na seksie: gruzinki (które oferowały usługi w zrujnowanych budynkach), uliczne i lokalówki. O tym, że prostytucja była zjawiskiem zwyczajowo usankcjonowanym, niewzbudzającym czujności cenzury, można też wyczytać w tekście Jerzego Urbana dla „Polityki” z roku 1965. Dziennikarz opisywał w nim życie mieszkańców nowo wybudowanego domu i sąsiadującej z nim przedwojennej kamienicy na Powiślu.
„Mieszka tam dziewczyna, zarobkująca jako taka i bardzo wydajna w pracy. Wiadomo o tym, ponieważ goście zajeżdżają taksówkami, które zawsze czekają przed domem ze złamaną chorągiewką. Mama tej panienki prowadzi pokątny handel wódką i bywa, że mieszkańcy domu biegają do niej po nocy, kiedy mają gości. Przed skoczeniem do meliny mówią żonom: »Nie bój się, ja tylko po wódkę« — na co wszyscy goście wybuchają śmiechem i słusznie, bo to nie zawsze jest prawda — pisał Urban.
Seksuolog Kazimierz Imieliński w swoim poradniku porównywał system norm i zakazów dotyczących życia seksualnego do wąskich, ciasnych i krętych uliczek poprzecinanych strumieniami i zastawionych barykadami. Jak mieli się po nich poruszać Polak i Polka mający nowoczesne podejście do życia erotycznego? Nie było szans, żeby odbyli podróż bez jednego zadrapania.

