Nie ma ucieczki przed awanturą we współczesnym świecie. Koyo Kouoh, kuratorka weneckiego 61. Biennale Sztuki, pierwsza kobieta urodzona w Afryce, która pełni tę funkcję, marzyła, by tegoroczna edycja stała się przestrzenią radykalnej radości. Skończyło się najazdem Rosjan na Biennale. Soft power została zawłaszczona przez hard power.

Podczas dni poprzedzających oficjalne otwarcie imprezy Rosjanie, mimo protestów rządów ponad 20 państw, listów protestacyjnych ludzi sztuki z całego świata, otworzyli swój pawilon. Przed budynkiem aktywistki z Pussy Riot krzyczały, że krew jest sztuką Rosji i że to państwo terrorystyczne, a w środku córka ministra Siergieja Ławrowa i jej współpracowniczka Anastasija Karniejewa, córka wysokiego oficera FSB, komisarka rosyjskiego pawilonu, częstowały zwiedzających szampanem i wódką.

Panie wymyśliły, że w środku wojny z Ukrainą zaprezentują pracę „Drzewo korzenie ma w niebie”. Z opisu wynikało, że ma to być rodzaj multimedialnego festiwalu, w którym biorą udział młodzi poeci, muzycy, filozofowie z Rosji, ale i m.in. z Brazylii i Argentyny. Opis nijak miał się do rzeczywistości. Pawilon był strzeżony przez kordon policjantów. Na parterze kilkoro młodych ludzi w maskach na twarzach tańczyło do muzyki techno. Na piętrze sztuczne drzewo ozdobione kwiatami i bar, w którym można było napić się wódki i szampana. Oglądający to głównie osoby rosyjskojęzyczne. Trzeba mieć tupet, by opisywać tę pracę jako wielogłos twórców opowiadający o współpracy ponad podziałami.

Hasło Biennale 2026 „W tonacji molowej” zaproponowane przez kuratorkę zmarłą rok przed rozpoczęciem imprezy, wydawało mi się w dobie wojny w Ukrainie, konfliktu Izraela z Palestyną, wojny w Iranie eskapistycznym marzeniem (pisze o tym Artur Burchacki w Strefie Kultury). Świat płonie co dnia mocniej, przygniatając nas ciągle nowymi awanturami. Ale być może wezwanie do odwrócenia się od codziennej młócki jest ucieczką do przodu? Artyści widzą i czują więcej. Zanurzając się w ich twórcze przestrzenie, mamy szansę pomyśleć, jak ratować świat.

Oddycham z ulgą, kiedy patrzę na instalację wideo w polskim pawilonie. Chór osób słyszących i głuchoniemych wykonuje pod wodą taneczny układ nawiązujący do dźwięków waleni. Piękny obraz przekraczania międzygatunkowych i cielesnych barier stworzony przez Bognę Burską i Daniela Kotowskiego pokazuje, że można się porozumieć, używając różnych znaków i sposobów komunikacji. Trzeba tylko chcieć się usłyszeć.

W pawilonie centralnym, będącym wizytówką kuratorki i zespołu, który prowadził projekt po jej śmierci, wpadam od razu w środek świata w stanie wyciszenia. Wystawę otwiera olbrzymia kolorowa postać Big Chief Demond wywodząca się z tradycji kultywowanej wśród czarnoskórych mieszkańców Nowego Orleanu. Są to przepiękne, ręcznie szyte stroje — maski nawiązujące do ubiorów rdzennych mieszkańców, którzy pomagali zbiegłym niewolnikom. Ta postać wprowadza nas w świat, w którym wyobraźnia miesza się z rytuałami, zwierzęce bestiariusze z ludzkimi historiami. Wrażenie robi na mnie zwierzęcy parlament „The Council of the Mother Spirits of the Animal” autorstwa aktywistki Celii Vásquez Yui z Peru. Ceramiczne figurki zwierząt — węże, ptaki, tygrysy, żółwie — stoją na półokrągłym postumencie. Patrzą na mnie, jakby zaraz miały zdecydować, jakie prawa mi przysługują. W pawilonie panuje spokój, stłumione światło, kojąca muzyka sprawiają, że przestrajamy się na molowe tony. Wystawa zorganizowana jest wokół dwóch głównych motywów: kapliczek i szkół, a więc miejsc budowania wspólnoty. Szkoła to wspólnota nastawiona na cele społeczne, rozwój, budowanie. Kapliczki symbolizują wspólnotę duchową dającą schronienie przed światem. Ten motyw przechodzi w procesje, karnawałowe przemarsze, maskarady, które są jak opium płynące z siły rytuału.

Koyo Kouoh była specjalistką od sztuki afrykańskiej. Motywów afrykańskich jest sporo w centralnym pawilonie. Uderzają mnie miękkość materiałów, haftowane płótna, makaty, serwety zdobione ornamentami z piór i patyków, wielkie drapowane rzeźby z płótna pozbawione monumentalności.

Polityka wkrada się do pawilonu choćby przez pracę libańskiego artysty Walida Raada, który przez 30 lat dokumentował kryjówki Jasira Arafata. Nie jestem pewna, czy oglądając wystawę w pawilonie centralnym, czuję radykalną radość, o którą upominała się kuratorka, ale na pewno czuję spokój i ulgę po napięciach wokół brutalnego najazdu Rosjan na Biennale.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version