Co przyciąga Polaków do Holandii? Może żyją mrzonką, że to kraj mlekiem i miodem płynący, jak kiedyś. Ale te czasy już się skończyły.

Dawid właśnie wylądował na ulicy. Razem z partnerką koczują teraz w pustostanie, muszą jakoś doczekać do przyszłego tygodnia, kiedy mają obiecaną nową pracę, przy paprykach w szklarni. Z poprzedniej w sortowni owoców się zwolnili, bo ciągle dostawali SMS-y od agencji, która ich ściągnęła do Holandii, że następnego dnia mają wolne, roboty brak.

— Szło się do tej pracy dwa razy w tygodniu, więc wypłata była taka mała, że praktycznie nic nie zostawało na życie, bo oni jeszcze ściągali opłaty za mieszkanie, za ubezpieczenie. Miesiąc tam wytrzymaliśmy. Zaraz potem nas wyrzucili z mieszkania. Przyszli i kazali się wynosić. U nas z angielskim słabo, co mogliśmy zrobić? Na policję zadzwonić? Więc teraz siedzimy w tym pustostanie, prądu nie ma, ale na głowę nie pada. Budynek jest duży, prawie pałac, drzwi były otwarte, więc weszliśmy — tłumaczy Dawid i kaszle. Przeziębił się, partnerka też, bo jest zimno.

— Mówię jej: kurde, ciszej albo buzię w poduszkę, bo nas ktoś usłyszy i policja przyjedzie, dostaniemy mandat. Mamy lampkę podłączoną do powerbanka, okno żeśmy zasłonili. Moi rodzice mówią: co ty tam robisz, dzieciaku? A co mam robić? Do Elbląga wracać i płacić 3 tys. zł za mieszkanie, więc na życie zostanie mi tysiąc? Tutaj, jak jest praca na 40 godzin w tygodniu, to idzie odłożyć. Gorzej, jak pracy nie ma. Szukaliśmy tu lepszego życia, a nie mamy dachu nad głową. Młodzi jesteśmy, a tyle przeszliśmy — wzdycha Dawid. — Młodzi i głupi.

Takich historii jest wiele na facebookowych grupach Polaków w Holandii. To w sumie ćwierć miliona osób: ok. 170 tys. mieszka tam na stałe, reszta to pracownicy tymczasowi. Kiedy latem ubiegłego roku zastrajkowali pracownicy jednego z supermarketów, domagając się lepszych płac, przedstawiciel związku zawodowego FNV powiedział, że gdyby Polacy przestali przyjeżdżać do Holandii, trzeba by zamknąć kraj, bo nie mógłby funkcjonować.

Kilka dni temu na Facebooku pojawił się błagalny wpis rodaka: potrzebuje namiotu, może ktoś mógłby mu pożyczyć? Odda, kiedy znajdzie nową pracę, a razem z nią mieszkanie. Nikt nie zaoferował pomocy, za to mnóstwo było komentarzy, że pewnie to ćpun i alkoholik, chce wyłudzić kasę.

— To dlatego, że mnóstwo jest ludzi, którzy przedstawiają się w roli ofiary. Piszą: „Wyrzucili mnie z pracy z dnia na dzień, nie mam dokąd iść. Czy ktoś może mi przelać na konto choć parę euro?”. Zazwyczaj takie prośby okazują się oszustwem — tłumaczy Ola Nowak, która przyjechała do Holandii 10 lat temu, zaraz po maturze.

Spora część tych historii jest jednak prawdziwa. — Ludzie są wyrzucani na bruk, często bez uprzedzenia. Kilka miesięcy temu mąż przywiózł mi do domu młodą parę, która nie miała gdzie się podziać. Przespali się, a następnego dnia mąż zawiózł ich tam, gdzie sobie coś znaleźli. Takich przypadków są tysiące — mówi Marta, właścicielka biura rekrutacyjnego i firmy transportowej.

Na co dzień zajmuje się Polakami, którzy przyjeżdżają do Holandii do pracy. — Ofert jest mnóstwo, w sortowniach, przy serach, w magazynach i na polach. Do niedawna były tulipany, a pod koniec lata zaczną się jabłka, gruszki. To wtedy jest największy popyt na pracowników — tłumaczy. Zauważyła jednak, że pracodawcy mają coraz większe wymagania. — Kiedyś liczyło się to, że ktoś jest zdrowy, nieważne, czy znał języki i miał prawo jazdy. Teraz wymagania są ogromne, a płace niskie. A co ciągnie Polaków do Holandii? Może żyją mrzonką, że to kraj mlekiem i miodem płynący, jak kiedyś. Ale te czasy już się skończyły — mówi. Sama przyjechała do Holandii 14 lat temu. W Polsce miała dwie restauracje, ale biznes nie wyszedł, więc postanowiła zacząć od nowa. — Pracowałam przy pieczarkach, później szłam tam, gdzie mogłam więcej zarobić — wspomina.

— Polacy często mówią, że Holandia się skończyła. I to znaczy, że skończyła się jako kraj możliwości i zarobku. Dawniej, jak się przeliczało euro na złotówki, to było wow! Teraz to już tak nie wygląda. Jeżeli ktoś żyje naprawdę skromnie, jest w stanie coś odłożyć. Ale to nie są takie zarobki, że można kokosy zawieźć do Polski. W Holandii jest inflacja, wszystko podrożało — dodaje Ola Nowak.

Kiedy tu przyjechała, miała obiecaną pracę w magazynie za uzgodnioną stawkę, z konkretną liczbą godzin i mieszkanie w okolicach Amsterdamu. — I oczywiście nic się nie sprawdziło. Bus pojechał w inne miejsce, gdzieś koło granicy niemieckiej. Dawna baza wojskowa w środku lasu, do sklepu 20 km. Na szczęście miałam niewielkie zapasy, bo dwa tygodnie siedziałam bez pracy i zarobków. Wszystko, co mi powiedzieli w Polsce, było kłamstwem.

Potem trafiła w inne miejsce, bliżej tego, które jej agencja obiecała. — Ucieszyłam się, dopóki nie zobaczyłam, jak ten hotel pracowniczy wygląda. Trzyosobowy pokój miał jakieś 10 mkw. Każda dziewczyna pracowała na inną zmianę, więc jak jedna chciała spać, druga akurat wstawała, a trzecia się szykowała na imprezę. Zero prywatności. Pamiętam też lokację, która była zrobiona z kontenerów, takich jak na statkach. Latem było gorąco jak w piekarniku, zimą straszny mróz — opowiada. Wytrzymała tam cztery miesiące, potem znalazła pracę w innym magazynie i postanowiła poszukać mieszkania na własną rękę.

— Bardzo ciężko jest coś znaleźć, na rynku brakuje mieszkań. Mieszkałem w wyremontowanej stodole, w pozostałościach po gabinecie lekarskim, a także w magazynie drogeryjnym. I z chłopakiem, który chodził spać bardzo późno. Zasypiałem godzinę przed pobudką, stres niesamowity, a w pracy wyczerpanie. Po czterech miesiącach walki moje prośby o pokój jednoosobowy zostały spełnione. To luksus nieosiągalny dla większości emigrantów — opowiada Sylwester, który przyjechał do Holandii trzy lata temu.

— Trzeba mieć twardy tyłek, żeby sobie tutaj poradzić. Przyjeżdżamy i jesteśmy zdani tylko na siebie, tymczasem Polak Polakowi Polakiem. Jeden drugiego by pociągnął na dno, zamiast pomóc. Mamy tu powiedzenie, że jeśli Polak ci nie zaszkodził, to już pomógł — dodaje Milena. Jest w Holandii dwa lata, pracuje w magazynie Lidla.

Andrzej Handybis też wiele razy słyszał, że Holandia się skończyła. Zna statystyki, z których wynika, że w ubiegłym roku więcej Polaków stąd wyjechało, niż przyjechało.

— Młodym ludziom wydaje się, że to wielka przygoda, bo tu dużo wolno, wszystko legalne, są tulipany. A potem następuje zderzenie z rzeczywistością — mówi.

Mieszka w Holandii od blisko ćwierć wieku i zauważył, że niektórzy rodacy mają dziwne wyobrażenie o tym, jak się tutaj żyje. — Przyjeżdżają i liczą, że agencja za darmo załatwi im mieszkanie, zawiezie ich do pracy, potem odwiezie do domu i jeszcze ubezpieczy zdrowotnie. Kalkulują, że skoro dostają 15 euro na godzinę, to licząc 40 godzin tygodniowo, powinno im wyjść 750 euro. Tymczasem agencja odejmuje za mieszkanie, ubezpieczenie i transport. Zamiast 750 jest 450. Więc myślą, że zostali oszukani — mówi.

Przyznaje, że sporo w tym winy agencji, które w ogłoszeniach sugerują, że wszystko ogarną, wystarczy przyjechać. — W Holandii można zarobić, jeżeli jesteś fachowcem: spawaczem, elektrykiem, hydraulikiem czy fryzjerem. Ja w tej chwili mam 53 euro za godzinę, to mnóstwo pieniędzy. A zaczynałem od 4 euro. Gdy nic się nie umie, też można tu żyć, ale to nie jest eldorado — tłumaczy Handybis.

Nauczył się języka i zaczął pracować w firmach zatrudniających Polaków jako tłumacz, koordynator, a w końcu rekruter. — Jedna z agencji wysłała mnie na szkolenie, na którym pani psycholog opowiadała o syndromie pierwszej tygodniówki. Przyjeżdżają młodzi ludzie z małej miejscowości, bez żadnego doświadczenia. Po pierwszym tygodniu pracy dostają kilkaset euro i zamiast jednego piwka kupują całą skrzyneczkę. To samo z marihuaną: zamiast jednego jointa od razu więcej. W poniedziałek nie stawiają się w pracy i często ją tracą — opowiada Handybis.

— W Holandii pracownik musi mocno nabroić, żeby go zwolniono. Tak się dzieje, gdy przychodzi do pracy pod wpływem alkoholu lub narkotyków: jest natychmiast zwalniany dyscyplinarnie i wyrzucany z hotelu pracowniczego, bo to naruszenie zasad bezpieczeństwa. To jest kraj, w którym zasady są święte — mówi Karolina, specjalistka ds. HR. Ma kiepską opinię o niektórych Polakach pracujących fizycznie w Holandii. — To osoby mocno roszczeniowe, które często zmieniają pracę albo ją rzucają. Ale ci najlepsi są zatrudniani na umowy bezpośrednie — twierdzi.

— Ludzie przyjeżdżają nieprzygotowani i nie próbują się nauczyć, jak tu wszystko działa. Ślepo wierzą plotkom albo agencjom, które niestety nie zawsze są szczere — ubolewa Ola Nowak.

Marta przypomina, że agencje powinny przekazać przyszłemu pracownikowi wszystkie informacje: od tego, jak będzie wyglądał odcinek wypłaty, po miejsce zamieszkania i wysokość ubezpieczenia. Kandydat powinien to wiedzieć, zanim przyjedzie do Holandii. — Problemem jest to, że nie wie. Właśnie miałam kontakt z panią, która przeszła całą rekrutację i przyjechała. A koordynatorka poinformowała ją, że nie dostanie obiecanej pracy, tylko bilet powrotny. Okazało się, że pani nie miała zębów i zdaniem koordynatorki wyglądała na alkoholiczkę. To był powód odesłania jej do Polski — ubolewa.

— Na początku trudno się we wszystkim połapać, bo jest dużo dezinformacji na facebookowych grupach. Najlepiej pytać u źródła: zadzwonić do gminy, do ubezpieczalni. Tam mówią po angielsku, nawet Polak się trafi. Holandia to kraj, w którym jak poprosisz o pomoc, to ją otrzymasz. Słyszałam wiele historii, że ktoś miał długi, a gmina pośredniczyła w mediacjach z wierzycielem — dodaje Natalia.

Jest w Holandii tylko pół roku, mąż przyjechał wcześniej, znalazł dom. — Jeździłam w magazynie na wózkach i zbierałam zamówienia dla sklepów spożywczych. Miałam wrażenie, że trafiłam do zakładu karnego, tak wulgarnie zachowywali się Polacy. Zmieniliśmy agencję i trafiliśmy do magazynu holenderskiej drogerii. To było fajne miejsce, niestety z powodu redukcji zatrudnienia oboje straciliśmy pracę. Szybko znaleźliśmy inną — opowiada Natalia. W Polsce pracowała w banku, ale psychicznie ją to wykończyło. A tutaj — uważa — żyje się spokojniej i nawet gdy zarabia się najniższą krajową, można sobie pozwolić na więcej.

Arkadiusz Kamil Klewin mieszka w Holandii sześć lat, przeszedł drogę od pracownika agencyjnego najniższego szczebla do pracy na kontrakcie, poznał przekrój polskiego społeczeństwa. — Widziałem osoby, które chcą ciężko pracować, a przez barierę językową mają problemy — mówi.

Najpierw stworzył dla nich stronę PolakNL, potem darmowe narzędzie o nazwie Audytor Agencji. — W naszej bazie jest ponad 5,6 tys. agencji. Zainteresowanie jest ogromne, Polacy wchodzą na stronę www.polaknl.nl/audytor, by sprawdzić, czy agencja posiada państwowe certyfikaty. Jest tu dysonans: z poziomu danych urzędowych widzimy, że tysiące agencji świeci się na zielono, co oznacza, że mają certyfikaty jakości zakwaterowania (SNF). Ale z mojego doświadczenia i rozmów z pracownikami wiem, jak te „certyfikowane” domki i baraki często wyglądają w rzeczywistości — opowiada Klewin.

Andrzej Handybis ma kilka rad dla Polaków, którzy rozważają pracę w Holandii. Po pierwsze, trzeba mieć poduszkę finansową i dużo jedzenia, bo tu jest drogie. Dla tych, którzy już przyjechali i uważają, że zostali skrzywdzeni, jest inspekcja pracy. — Ale bardziej skuteczne są związki zawodowe. Jedynym problemem jest to, że pomagają tylko swoim członkom, trzeba się więc zapisać, płacić składkę. Jest też Fundacja Barka pomagająca w powrocie do Polski. Wcześniej kupowała bezdomnym bilety, ale teraz jest ich zbyt wielu — mówi.

— Gdyby mnie ktoś pytał, to bym odradził wyjazd do Holandii. Jest coraz więcej ograniczeń, za to nakładane są kolejne podatki, więc robi się nieciekawie — mówi Łukasz Andrzejowski, który mieszka w Holandii już 18 lat. Na pytanie, co jest najtrudniejsze, mówi, że tęsknota za rodziną. — I jeszcze to, że Holendrzy traktują nas, jakbyśmy byli kimś gorszym, niższym w hierarchii. Czasem się z nas podśmiewają, poganiają. Choć uważają się za tolerancyjnych, to są rasistowscy — twierdzi Andrzejowski. Zaczynał od pracy w firmie produkującej sałatki, teraz jest szefem produkcji w przedsiębiorstwie wytwarzającym żywność. Ma też popularny serwis komputerowy.

Daniel Aleksandrzak uważa, że Polacy są w Holandii traktowani jak powietrze. — Mówi się o nas „pracownicy migrujący”, żeby przypadkiem nie użyć nazwy narodowości. A przecież 45 proc. tych pracowników to Polacy. Na drugim miejscu są Rumuni, potem Bułgarzy i inne nacje. Mówiłem Holendrom, żeby nazywali nas wprost, ale oni nie chcą się z nami komunikować. Traktują nas jak tanią siłę roboczą — mówi Aleksandrzak, który przyjechał do Holandii, gdy był po pięćdziesiątce. Przeżył wiele: miał złych szefów, mieszkał w fatalnych warunkach, kiedyś napisze o tym książkę. A potem zdarzył się cud: wylosował mieszkanie w spółdzielni. — Mam największe w życiu mieszkanie, 65 mkw. w centrum — opowiada.

— Od początku czułam się dyskryminowana. Kiedy wysyłałam CV, potrafiłam dostać odpowiedź, że Polaków nie zatrudniają. Miałam mnóstwo nieciekawych doświadczeń i je spisywałam. W czasie pandemii pomyślałam, że skoro nie mogę pracować, a jestem specjalistką od eventów, spróbuję te historie opowiedzieć. Nagraliśmy pilota serialu, ładnie chwycił na YouTubie, więc powstały dwa sezony — mówi Monika Stępień, która przyjechała do Holandii w 2009 r.

Główną bohaterką serialu „Samen.pl” jest Jadzia, która przyjechała tu na studia, zrobiła karierę w marketingu i związała się z Holendrem. Do zderzenia dwóch światów doszło, kiedy zaprosiła rodziców, żeby poznali jej partnera. Okazało się, że Polaków i Holendrów dzielą nie tylko bariera językowa, ale także zwyczaje. — Chciałam pokazać różne strony emigracji — opowiada Stępień.

Ola Nowak nigdy nie zapomni miłej starszej pani, którą poznała w pierwszym magazynie. — Pracowała tam już 17 lat i mówiła mi: dziecko, tutaj jest tak dobrze, gdzie mi będzie lepiej? Pomyślałam, że ja tak nie chcę, przerażała mnie perspektywa życia w koszmarnych warunkach. To mnie pchnęło do tego, żeby szukać czegoś więcej, kończyć kursy i rozwijać się. Nauczyłam się holenderskiego. Teraz mam spokojną, biurową pracę — mówi.

Marta też przeszła długą drogę. Od pracy na polu, przez posadę spawacza aluminium, aż po własną firmę. — Szukałam po nocach lepszych ofert, dzwoniłam, pytałam. I pomału szłam dalej. Po ośmiu miesiącach ciężkiej pracy Holandia dała mi dom — 120 mkw. z ogrodem. Codziennie koło niego przejeżdżałam w drodze do pracy, stał pusty. Mówiłam mężowi, że chciałabym mieć taki dom, i mi go przyznali. Mnie się udało, bo jestem pracowita, zawzięta. Zostałam zauważona — tłumaczy.

Sylwester od dłuższego czasu pracuje w firmie zajmującej się dystrybucją wózków dziecięcych oraz sprzętu muzycznego. — Kokosów z tego nie ma, ale nie narzekam. Kupuję takie jedzenie, na jakie mam ochotę, wypijam kawę na mieście, używam dobrych kosmetyków, a do fryzjera idę dwa razy w miesiącu. Z łatwością kupuję paliwo do samochodu partnera, stan mojego konta się powiększa — wylicza. A mimo to dla Polaków, którzy chcą tu przyjechać do pracy, Sylwester ma apel, by zostali tam, gdzie są, albo poszukali innego raju. — Niderlandy nie są dla wszystkich — mówi.

Tymczasem Dawid przysyła wiadomość, że oboje z partnerką znaleźli już nową pracę, w okolicy Roosendaal. „Po burzy wychodzi słońce” — pisze.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version