Na fotel prezydenta czy premiera nie ma szans, więc doszedł do politycznego szczytu i ma pomysł, jak się tam utrzymać. Bardzo ryzykowny, ale kluczowy dla przetrwania demokratów u władzy.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękuję, że nas czytasz
Foto: Newsweek
— Kierownik nie spotyka się z nim tak często jak z Władkiem Kosiniakiem, ale Czarzasty zdecydowanie jest na drugim miejscu. Mają stały kontakt, wysyłają sobie SMS-y, wygląda to o niebo lepiej niż z Hołownią — słychać w otoczeniu premiera o stosunkach na linii premier — nowy marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.
Skazani na siebie
Różnią ich nie tylko polityczne biografie, więc nie ma tu mowy o przyjaźni, jest raczej układ wzajemnych korzyści. Zależą od siebie, bo nie mają wyjścia. Poparcie sondażowe dla PSL i Polski 2050 waha się, ale jest poniżej progu wyborczego. Nowa Lewica zazwyczaj w tych notowaniach wchodzi do Sejmu i jest po prostu jedyną nadzieją premiera na utrzymanie rządów.
Włodzimierz Czarzasty
Foto: Marysia Zawada/REPORTER / Reporter
Tusk docenia, że lider Nowej Lewicy jest stabilnym i przewidywalnym koalicjantem. Podoba mu się też pewna uległość Czarzastego, choć niektórzy nazywają to przebiegłością. — Włodzimierz pokazuje premierowi, że zna swoje miejsce w szeregu. Że jego partia ma dwudziestu paru posłów i poparcie na poziomie 7 proc., a my mamy 150 głosów i poparcie 30+. Oczywiście, że rozgrywa swoją grę, ale w sposób, który ma nie wkurzyć Kierownika. Wybrał zupełnie inną strategię niż pozostali liderzy koalicji 15 października — przekonują politycy KO.
Doskonale było to widać przy wyrzuceniu z rządu Dariusza Wieczorka. Ówczesny minister nauki był jednym z najbliższych ludzi Czarzastego, niby lider coś próbował zrobić, ale i tak koniec końców ustąpił premierowi.
Ustawka z Nawrockim
Zastępując Szymona Hołownię w fotelu marszałka, miał już gotowy plan na siebie. Na popularność w mediach i słupki w sondażach. Rzucił wyzwanie prawicowej opozycji, a przede wszystkim Karolowi Nawrockiemu. Skoro prezydent nie chce podpisywać ustaw rządu i koalicji 15 października, to marszałek nie zamierza procedować projektów Nawrockiego.
— Na pytanie, jaka ustawa prezydenta jest procedowana w Sejmie, chciałbym odpowiedzieć, że żadna — mówił w Polsacie Włodzimierz Czarzasty, dodając, że ich kształt wskazuje na to, że Kancelaria Prezydenta specjalnie do pracy się nie przykłada.
Pisowska opozycja od dawna nazywa Czarzastego „starym komuchem”, ale teraz rozsierdził Nawrockiego. — Budzi to pewien absmak, że oto wychodzi człowiek — nie tylko postkomunista, ale z poparciem 20 tys. wyborców — i mówi do człowieka, który ma 10,5 mln głosów w wyborach bezpośrednich, że będzie korzystał z weta do jego inicjatywy ustawodawczej — grzmiał w Belwederze Nawrocki.
— Prezydent chciał wojny z rządem, to ją ma — rozkładają złośliwie ręce w koalicji i dodają, że najwyraźniej w pałacu wszyscy zapomnieli, że rząd jest emanacją sejmowej większości i że nigdzie nie jest napisane, że musi ułatwiać życie prezydentowi.
Logika lidera lewicy jest dość prosta — on rzeczywiście dostał w wyborach do Sejmu 20 tys. głosów, ale rządząca koalicja prawie 11 i pół miliona i nie ma powodu, żeby marszałek nie działał zgodnie z jej interesem.
Czarzasty w niezwykle prosty sposób przekreślił cały plan obozu prezydenta. Nawrocki miał wetami rzucać rządowi kłody, ale natychmiast składałby swój projekt, media by o nim trąbiły, posłowie nad nim debatowali, może nawet dla niektórych znalazłaby się większość, i prezydent wychodziłby na dobrego cara. A tu marszałek ogrywa go jak dziecko i zabiera zabawki. W obozie władzy budzi to spore uznanie, a wśród wyborców, którzy najbardziej nie znoszą PiS, wręcz entuzjazm.
— Chcieli nas pisowcy trzymać za jaja, wzywać ministrów do przedstawiania swoich pomysłów prezydentowi, a tu stary komunista ich wykiwał — śmieje się polityk KO.
Inny dodaje: — Wszedł do gabinetu po Hołowni jak do siebie, jakby tam od zawsze siedział. Niczego nie musi się uczyć, jest sprawny, nie daje sobie wejść na głowę — nie może się nachwalić znaczący polityk Koalicji Obywatelskiej.
Jakby tego było mało, Czarzasty podtrzymał decyzję Hołowni o niewpuszczaniu do Sejmu Grzegorza Brauna, a pod publiczkę zdyscyplinował posłów do rzetelnego rozliczania tzw. kilometrówek i zamknął sejmowe wyszynki. Posłowie — zwłaszcza Konfederacji i PiS, ale także Polski 2050 — uznali to za zamach na poselską wolność, za to wyborcy byli zachwyceni.
Na lewym skrzydle
Czarzasty ma też plan na swoją partię. Zachowując lojalność wobec Tuska, został w jego drużynie pomocnikiem na lewym skrzydle.
— W sumie to jest logiczne. Tusk już wiele miesięcy temu uznał, że musi iść na prawo, bo cała światowa polityka zaczyna skręcać w tym kierunku. A jak poszedł na prawo, to zostawił wolną przestrzeń po lewej i Włodek postanowił tę przestrzeń zająć. Teraz wszystko zależy od tego, jak sobie poradzimy za dwa lata. My i oni — twierdzi polityk lewicy.
Koalicja Obywatelska raczej się nie łudzi, że może przekonać wyborców stricte prawicowych. Chodzi jej bardziej o elektorat umiarkowanie konserwatywny, a przede wszystkim liberalny. — Taki trochę powrót do korzeni Platformy, ale jesteśmy pewni, że część naszych propozycji może spodobać się wyborcom Konfederacji, którzy myślą głównie o gospodarce — słyszymy od polityków KO.
Wolta Tuska oznacza też jednak problemy dla Nowej Lewicy. Tak jak ostatnio, kiedy lider koalicji 15 października jednym ruchem przekreślił prace nad ustawą, która miała być w tym roku jednym z kluczowych dowodów sprawczości formacji Czarzastego.
Wzmocnienie Państwowej Inspekcji Pracy nie brzmi jakoś specjalnie interesująco, ale dla milionów wyborców może mieć znaczenie fundamentalne. W przepisach zaproponowanych przez ministrę pracy Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk kontrolerzy PIP mieli prawo przekształcać umowy zatrudnionych „na firmę” w umowy o pracę, jeśli stwierdzą oni, że umowa B2B jest faktycznie umową o pracę. W ustawie zawarto też proces odwoławczy od tej decyzji, który kończył się w sądzie.
— Agnieszka nie jest jednak skończoną kretynką i wiosną złożyła projekt, który był znacznie ostrzejszy, żeby mieć z czego ustępować. Więc liberalizowała projekt i pod koniec listopada wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, a tu nagle taki strzał — relacjonują osoby z lewicy.
Ustawa leży w koszu, premier zapowiada inne rozwiązania, PSL mówi, że nowego projektu nie będzie, ale najciekawsze jest to, że także z otoczenia Czarzastego słychać, że dobrze się stało.
— Bo wie pani, co ona [ministra pracy — red.] zrobiła? Napisała do Tuska, że jeśli ta ustawa nie wejdzie, to on osobiście będzie odpowiedzialny za utratę 11 mld zł z KPO. Dziwi się pani, że się wściekł? — twierdzi mój rozmówca uważany za „człowieka Czarzastego”. Kiedy dopytuję, czy to dlatego marszałek Sejmu nie bronił zbyt mężnie Dziemianowicz-Bąk, słyszę: „No daliśmy dupy, to czego tu bronić„. — Żeby aż tak zirytować premiera, trzeba kompletnie nie rozumieć, jak ten rząd działa. A Agnieszka go zirytowała — tłumaczy.
Wygląda to jednak nie na prawdziwą historię, tylko na legendę, która ma usprawiedliwić brak zaangażowania Czarzastego w obronę swojej polityczki. Z dwóch źródeł — z Kancelarii Premiera i z otoczenia ministry — słyszę, że pismo było jak najbardziej standardowe.
— Agnieszka już wiedziała po ostatniej w zeszłym roku Radzie Ministrów, że będzie jakaś wtopa z tą ustawą i wysłała pismo dupokrytkę, że walczyła o tę ustawę. Nie ma tam nic o odpowiedzialności Tuska. Jest przypomnienie, że to jeden z zapisów kamieni milowych, więc brak ustawy będzie nas kosztować — słyszymy.
O co więc może chodzić? Z ust kilku polityków lewicy słyszę, że Donald Tusk najchętniej pozbyłby się minister pracy, za którą nie przepada, ale nie zrobi tego bez zgody lidera lewicy. Czarzasty zaś nie może się zgodzić, jeśli Dziemianowicz-Bąk będzie czystą jak łza bojowniczką o lewicowe postulaty. Gdyby pojawiły się wątpliwości, byłoby łatwiej.
— Ja uważam, że Tusk powinien ją wywalić — brnie polityk uważany za bliskiego Czarzastemu. Ale jego lider nawet nie sugeruje, że też mógłby tak myśleć, i nadal próbuje grać na dwóch fortepianach — tuskowym i partyjnym.
— W social mediach konta partyjne twardo pokazują, że B2B to oszustwo i że wyborcy chcą zmiany, a wszyscy wiemy, że bez zielonego światła od Włodka nic takiego by się nie ukazało — przekonuje osoba z otoczenia Dziemianowicz-Bąk.
Przewodniczący Nowej Lewicy jest bardzo biegły w politycznych rozgrywkach. Nie tak dawno przekonał wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego i właśnie ministrę Dziemianowicz-Bąk, że o niczym innym nie marzą, tylko o tym, żeby oddać mu partię i zostać jego zastępcami.
— Włodek nie chce iść na wojnę z Tuskiem, ale nie może też wyjść na jego wasala. Musi kombinować, jak to rozegrać, ale dla niego taka sytuacja jest korzystna, bo ustawia Agnieszkę w roli tej, która przecwaniakowała, naraziła koalicję, a on jest ojcem rozjemcą. Podcinanie tych, którzy za dużo zaczynają znaczyć, to klasyka w każdej partii wodzowskiej, czyli właściwie w każdej w Polsce — śmieje się nasz rozmówca z lewicy.
Marszałek Czarzasty zapowiedział, że w sprawie umów „nie zgadza się z premierem” i że „jak nie da się drzwiami, to wejdziemy oknem”, a jednocześnie otoczenia obu panów zapowiadają, że prędzej czy później da się jakoś dogadać.
— Trochę to wygląda tak, że premier wywalił projekt w imię własnego elektoratu i teraz pokazuje, jakim jest wielkim obrońcą przedsiębiorców, a z drugiej strony Włodek zapowiada walkę jako wielki obrońca pracowników. Na koniec pojawi się ustawa, która zawiera na przykład okres „na naprawienie błędów” albo umowę o pracę zamiast B2B na wniosek pracownika i wszyscy ogłoszą zwycięstwo — twierdzą rozmówcy z rządzącej koalicji.
Podobnie jest z ustawą o związkach partnerskich, czyli de facto o statusie osoby najbliższej w związku. Premier zapowiedział liderom partii koalicyjnych, że ma być jedność i współdziałanie, no i były. PSL postawiło na swoim, a lewica ogłosiła sukces, chociaż projekt jest o lata świetlne od pierwotnych założeń. A Nawrocki nawet ustawy w takim kształcie nie podpisze.
Razem, czyli osobno
— Tak, tej legendarnej sprawczości kolegów z Nowej Lewicy wystarczyło akurat na tyle, żeby załatwić fotel dla towarzysza marszałka — złośliwie oceniają politycy Razem, którzy w 2023 r. na jednej liście lewicy weszli z Czarzastym do Sejmu. I choć popierali koalicję 15 października, będąc w klubie lewicy, to cierpliwości starczyło im na rok.
Nowa Lewica ma partii Adriana Zandberga za złe, że nie chciała wziąć odpowiedzialności choćby za resort mieszkalnictwa, a równocześnie cały czas recenzowała rząd, a od roku już bez oporu wali w rząd Tuska i nie tylko w rząd.
Gdy w sejmowej debacie do mównicy podchodzi Adrian Zandberg, prowadzący obrady Czarzasty wyłącza mu mikrofon. Lider partii Razem odwraca się do marszałka i mówi: „Szybko wszedłeś w buty PiS, Włodek”.
Czarzasty: — I kto to mówi?
— Mówi do mnie człowiek, którego trzy osoby, z którymi jest związany w Sejmie, głosowały razem z PiS w obronie Zbigniewa Ziobry. Mierzmy słowa w sposób uczciwy — rozwinął kilka dni temu w rozmowie z Radiem Zet.
Marszałek nie ma problemu z oddawaniem ciosów. A jak mówią niektórzy — ze zwykłą zemstą, bo przecież partia Razem nie zagłosowała za nowym marszałkiem i chwilę później straciła miejsce w konwencie seniorów. Teoretycznie zgodnie z regulaminem, bo jej się nie należy, a nowy szef Sejmu tłumaczył, że skoro cztery osoby z Razem są w konwencie, to zaraz trzech posłów od Brauna będzie chciało mieć i on nie zamierza się z nimi użerać.
— To, że nas wyrzucił z konwentu seniorów, to drobiazg, ale on w tej walce plemion wyraźnie staje po jednej stronie. Marszałek Sejmu powinien być rozjemcą, a nie bojownikiem. Znacznie bliższy był mi styl prowadzenia obrad przez Hołownię — mówi polityk partii Razem.
Nie tak dawno „Adrian i Włodek” byli parą dobrych towarzyszy, którzy mimo różnych biografii, poglądów i temperamentu jednak się dogadują. Dziś trudno to sobie wyobrazić. Można sobie za to wyobrazić, że lewicy — i tej Nowej, i Razem — zabraknie w przyszłym Sejmie, jeśli pójdą do wyborów osobno.
— Włodek będzie miał megaproblem, bo wyborcy Nowej Lewicy dzielą się na dwie grupy. Takich, którzy wahali się między nimi i nami i postawili na nich, bo są w rządzie i może coś załatwią. I takich, dla których KO jest zbyt konserwatywna, ale Razem to awanturnicy — analizuje polityk Razem. — I teraz ci pierwsi mogą uznać, że lewica jest w rządzie, ale praktycznie nic nie może, a ci drudzy, że Nowa Lewica to w sumie też awanturnicy.
Nadzieja oparta na Tusku to za mało, by Nowa Lewica pozostała w obozie władzy. W przyszłym Sejmie żadna inna koalicja nie wchodzi w grę, a żeby wygrać wybory, KO musiałaby dostać ponad 35 proc., a lewica uzyskać wynik dwucyfrowy. Bez Razem wydaje się to niewykonalne.
Nasi rozmówcy z Nowej Lewicy zapewniają, że Czarzasty znajdzie i na to sposób, bo Zandberg zmięknie, jeśli w sondażach będzie pod progiem. Tylko co na to powie Donald Tusk?





