Jak pisze „Fakt”, tysiące właścicieli domów ogrzewanych pelletem czują się nabici w butelkę. Osoby, które nie zrobiły większych zapasów opału na zimę mają teraz problem, gdyż pelletu brakuje na rynku. — Zostało mi tylko 30 sztuk worków po 15 kg. Dziennie piec pożera trzy — mówi w rozmowie z gazetą pani Zofia z Dobrego Miasta na Warmii.
Pellet znika z rynku. Ceny idą mocno w górę
78-latka nie kryje obaw, że zapasów nie wystarczy jej do końca zimy. Chciałaby je uzupełnić, ale nigdzie w okolicy pelletu nie można kupić. Podobny problem mają mieszkańcy innych części kraju, a tam gdzie zapasy jeszcze się nie wyczerpały o ból głowy mogą przyprawiać ceny. Z wyliczeń, które przedstawia pani Zofia wynika, że koszt ogrzania jej domu to niemal 100 zł dziennie (worek kosztuje 32 zł). W niektórych miejscach za tonę pelletu trzeba zapłacić nawet 2,5 tys. zł. Z jeszcze większymi kosztami trzeba się liczyć kupując pellet przez internet (doliczając transport trzeba liczyć się z wydatkiem na poziomie 3 tys. zł). Tymczasem jak zauważa gazeta, latem cena kształtuje się na poziomie 1,2 tys. zł za tonę.
Dlaczego ceny rosną? Ma to związek m.in. z faktem, iż brakuje kluczowego składnika pelletu, czyli trociny (jednym z powodów są wprowadzone przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska ograniczenia w wycince). Zakłady drzewne mają mniej surowca, a to odbija się na całym rynku, także na niedostępności pelletu. Ponadto, część tartaków, które zaopatrywały w surowiec firmy pelletowe, same korzystają z trociny, paląc nią w piecach, by wysuszyć drewno.
— W okresie zimowym to jest raczej normalne, że cena rośnie. Wszyscy wiemy, że najbardziej opłaca się kupować opał w okresie wiosenno-letnim, jednak ludzie tego nie robią — mówi „Faktowi” sprzedawca pelletu z woj. warmińsko-mazurskiego.















