Błyskotliwy, ekstrawagancki, gwiazda londyńskich i oksfordzkich salonów, a potem opuszczony kochanek, życiowy rozbitek ze zniszczoną reputacją i złamanym sercem.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Ciężki, zbudowany z brązowej cegły budynek więzienia Reading Gaol robi przytłaczające wrażenie. 19 maja 1897 r. przed wiktoriańską świątynią pokuty za najróżniejsze grzechy przeciwko moralności stoi wytworny młody człowiek. Czeka. Wreszcie z bramy ktoś wychodzi. Czy rzucili się sobie w ramiona, czy tylko przywitali uściskiem dłoni, nie wiadomo. Wiadomo za to, że odjechali spod więzienia pospiesznie.
Mężczyzna, który tego dnia wychodził z więzienia, to słynny irlandzki pisarz, dramaturg, bywalec salonów Oscar Wilde. A ten, który na niego czekał, to Robert Ross, jego wieloletni przyjaciel, a kiedyś również kochanek. Nie z jego powodu jednak Wilde wylądował w więzieniu, które zniszczyło mu życie. Bezpośrednim powodem skazania autora „Portretu Doriana Graya” był jego związek z lordem Alfredem Douglasem, zwanym Bosie. Niestety, na to, co ich łączyło, w wiktoriańskim świecie nie było pozwolenia, a zakazana miłość stała się powodem upadku pisarza i wielkiego skandalu w angielskiej socjecie w końcówce XIX w. Ale tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, kto zadał pisarzowi większy cios, Anglia czy jego ukochany Bosie.
Z Dublina na Oksford
Oscar Wilde urodził się w rodzinie Irlandczyków pochodzenia angielskiego. Jego matka Jane była poetką, wspierała ruch nacjonalistyczny, szczególnie interesowała się ludowymi baśniami irlandzkimi, brała udział w ich gromadzeniu i spisywaniu. Ojciec to światowej sławy lekarz otolaryngolog, autor nowych metod chirurgii oraz filantrop. Ich dom w Dublinie stał się miejscem spotkań artystów, intelektualistów, medyków.
Oscar, podobnie jak jego rodzeństwo, odebrał znakomite wykształcenie, najpierw od dwóch guwernantek — Niemki i Francuzki, dzięki którym mówił w tych językach płynnie od dzieciństwa, potem w Portora, renomowanej szkole z internatem niedaleko Dublina. Tam już znany był ze swojego ciętego języka i błyskotliwych prac pisemnych. Otrzymał stypendium na Trinity College w Dublinie, gdzie studiował literaturę klasyczną. Poza tym publikował wiersze, mieszkał w Paryżu, wizytował Stany Zjednoczone. W Londynie poznał Constance Lloyd, irlandzką pisarkę, którą uznał za dobrą kandydatkę na żonę. Pobrali się w 1884 r., a w kolejnych dwóch latach na świat przyszli synowie — Cyril i Vyvyan.
W tym samym roku, gdy urodził się Vyvyan, Wilde dostał stypendium na Oksfordzie, które całkowicie zmieniło jego życie. Tam ujawniła się jego homoseksualność. Podkreślał swoją kobiecą naturę, nosił długie włosy, ekstrawaganckie stroje, swoje mieszkanie ozdabiał piórami i biżuterią, używał prawdziwej porcelany — był kolorowym ptakiem wśród studentów w klasycznych ciemnych garniturach i w białych koszulach ze sztywnymi kołnierzykami. Przyciągał tych, którzy czuli się inni, np. Roberta Baldwina Rossa, nazywanego Robbiem. W 1886 r. miał 17 lat, a Wilde — 32.
Geje do więzienia
Ross był prawdopodobnie pierwszym homoseksualnym kochankiem Wilde’a i to on, nastolatek, wprowadzał go w homoseksualny światek Oksfordu. Imponował pisarzowi nie tylko dojrzałością, ale także otwartym przyznawaniem się do swojej orientacji. W tamtych czasach wymagało to odwagi (Ross był zresztą za swoją otwartość wielokrotnie prześladowany). Homoseksualizm męski, nazywany powszechnie sodomią, uznawany był za wynaturzenie i dewiację, a prawo brytyjskie było wobec gejów bezwzględne. Do 1861 r. akty homoseksualne między mężczyznami były karane śmiercią na mocy tzw. Buggery Act z 1533 r. W 1861 r. zamieniono ją na karę więzienia, która mogła trwać od 10 lat do dożywocia. Prawo to dotyczyło wyłącznie mężczyzn, gdyż lesbijki nie były uwzględnione w przepisach, co wynikało z przekonania, że kobiety nie posiadają seksualności niezależnej od mężczyzn.
Przełomowym momentem był rok 1885, kiedy dodano nową kategorię przestępstw — „rażącą nieprzyzwoitość” między mężczyznami, zarówno w sferze publicznej, jak i prywatnej. Pocałunki, pieszczoty, propozycje seksualne (nawet jeśli nie doszło do fizycznego kontaktu), przebywanie w miejscach znanych jako miejsca spotkań homoseksualistów, nawet bez dowodów na aktywność seksualną, posiadanie lub wymiana listów miłosnych czy innych materiałów o charakterze homoerotycznym — to wszystko mogło być podstawą do oskarżenia. Kara — do dwóch lat ciężkich robót.
Ta ustawa stała się narzędziem powszechnych prześladowań i szantażu wobec gejów pod koniec XIX w. W 1889 r. policja wtargnęła do kamienicy, która była męskim domem publicznym oraz miejscem schadzek gejów, również z wyższych sfer. Sprawa była jednym z największych skandali obyczajowych wiktoriańskiej Anglii, a wśród zidentyfikowanych bywalców tego miejsca znalazł się nawet książę Albert Wiktor, wnuk królowej Wiktorii. O ile świadczący usługi seksualne chłopcy po nalocie policji natychmiast znaleźli się w areszcie, o tyle powiązani z tym miejscem arystokraci na różne sposoby wyłgali się z zarzutów.
Spotkanie kochanków
W takich miejscach, tajemnych domach schadzek, bywał również Oscar Wilde (w Londynie istniało wówczas nawet tajne stowarzyszenie gejów na wzór masonerii). Jednak miłość swojego życia poznał we własnym domu. Gdy był już sławnym i uwielbianym dramaturgiem, jeden z jego znajomych w 1891 r. przyprowadził lorda Alfreda Douglasa, młodego arystokratę, którego rodzina i znajomi nazywali Bosie. Rozpoczął się burzliwy romans. Bosie był dla Wilde’a pierwszym krytykiem jego dzieł oraz muzą — to do niego i ich relacji Wilde wielokrotnie nawiązywał w swojej najsłynniejszej powieści „Portret Doriana Graya”. Jak podaje biograf Wilde’a Richard Ellmann, Bosie był młodzieńcem rozpieszczonym, lekkomyślnym, bezczelnym i ekstrawaganckim. Oczekiwał, że Wilde będzie finansował jego zachcianki. Często się kłócili, rozstawali, ale zawsze wracali do siebie. Niespecjalnie kryli się ani ze swoim związkiem, ani z tym, że często korzystali z płatnych usług młodych męskich prostytutek i ubogich chłopaków, którzy uczestniczyli w ich orgietkach za jedzenie czy ubranie. Zatracali się w przyjemnościach, lekceważyli niebezpieczeństwa, głównie związane z nakryciem ich na „rażącej nieobyczajności”.
Niestety, w końcu się doigrali. Okazało się, że Bosie miał nie tylko „niemożliwy charakter”, ale też niemożliwego ojca. John Douglas, 9. markiz Queensberry, był twardym, walecznym mężczyzną i nie mógł znieść stylu życia syna. Jak pisze Ellmann, nie zwracał się do niego inaczej niż „ty nędzna istoto” i był pewien, że relacja między Bosiem a Oscarem nie jest przyjaźnią, jak to obaj przedstawiali, ale związkiem erotycznym. A markiz brzydził się sodomitami i chciał ratować przed zepsuciem syna. Zaczął więc prześladować Wilde’a, nachodzić go, straszyć, ale czarę goryczy przelało zostawienie przez markiza w klubie, w którym bywał pisarz, wizytówki z napisem: „Dla Oscara Wilde’a udającego sodomitę”. Dlaczego użył sformułowania „udającego”, nie jest jasne, być może chodziło o to, że w razie czego taki zarzut będzie łatwiej obronić w sądzie.
Oscar nie odpuścił tej zniewagi. Namawiany przez Bosiego, który nienawidził swojego ojca, wytoczył mu proces o zniesławienie. To był ciężki zarzut w czasach wiktoriańskich, Queensberry został aresztowany, ale miał dość pieniędzy, aby zatrudnić prawników, którzy zaczęli szukać „haków” na Wilde’a. I oczywiście bez trudu je znaleźli, a potem przedstawili dowody, że Wilde dopuścił się aktów seksualnych z co najmniej 12 mężczyznami. To oznaczało, że Queensberry nie dopuścił się zniesławienia, ale powiedział szczerą prawdę. Większość osób na liście Queensberry’ego to męskie prostytutki, którym Wilde płacił za seks. Wśród nich był Charles Parker, który miał 17 lat, gdy poznał Wilde’a w 1893 r. Powiedział prawnikom, że podczas ich pierwszego spotkania 38-letni pisarz zabrał go do hotelu, poczęstował szampanem i zabrał do łóżka, gdzie wykonał „pewne operacje ustami”. Rano otrzymał 2 funty.
Parker stał się głównym świadkiem w procesie i zeznał w sądzie, że Wilde dopuścił się na nim „aktu sodomii”. Z oskarżyciela stał się oskarżonym. Wydaje się, że tylko Ross, który usilnie namawiał Wilde’a do wyjazdu z kraju, przewidywał, co się wydarzy. Prawnicy Queensberry’ego przekazali swoje dowody prokuratorowi, który oskarżył Wilde’a o „rażącą nieprzyzwoitość” i postawił go przed sądem. Wilde został uznany za winnego i skazany na dwa lata więzienia. „Jeśli chodzi o ciebie, błagam cię, gdy tylko zrobisz wszystko, co w twojej mocy, wyjedź do Włoch i zachowaj spokój, i pisz swoje cudowne wiersze pełne dziwnego powabu. Nie pokazuj się w Anglii pod żadnym pozorem — pisał z więzienia do kochanka, który skorzystał z jego rady. — Jeżeli pewnego dnia znajdzie się jakiś dom, w którym moglibyśmy żyć razem, na Korfu czy innej czarodziejskiej wyspie, och! Życie stałoby się słodsze, niż było kiedykolwiek”.
Złamane życia
Więzienie było dla Wilde’a wstrząsającym przeżyciem. Z salonów angielskiej socjety wylądował w miejscu odosobnienia, gdzie więźniów oskarżonych o sodomię zamykano w pojedynczych celach, nie pozwalano im kontaktować się między sobą ani przyjmować odwiedzających. Zresztą, Wilde przez ten skandal stracił rodzinę. Żona Constance przeprowadziła się z synami do Szwajcarii i doprowadziła do odebrania praw rodzicielskich skazanemu ojcu. Ona i chłopcy zmienili nazwisko na Holland i nigdy już nie widzieli Wilde’a.
Bosie ani razu nie próbował kontaktować się z uwięzionym kochankiem. Rozgoryczony Wilde, gdy pozwolono mu mieć w celi pióro i kartki, napisał do niego długi list, który dzisiaj znany jest pod tytułem „De Profundis” i uznawany za jedno z dzieł XIX-wiecznej sztuki epistolarnej. „Drogi Bosie, po długim i bezowocnym oczekiwaniu postanowiłem sam do Ciebie napisać, zarówno dla Ciebie, jak i dla siebie, ponieważ nie chciałbym myśleć, że przeżyłem dwa długie lata więzienia, nie otrzymawszy od Ciebie ani jednej wiadomości poza tymi, które sprawiły mi ból” — pisał.
Pobyt w Reading Gaol był dla niego również czasem przewartościowania swojego życia, co znalazło odzwierciedlenie w „De Profundis”. „Bogowie dali mi niemal wszystko. Ale pozwoliłem się zwabić w długie okresy bezsensownej i zmysłowej wygody — pisał o sobie. — Bawiłem się byciem flâneurem, dandysem, człowiekiem mody. Otaczałem się mniejszymi naturami i nędzniejszymi umysłami. Stałem się rozrzutnikiem własnego geniuszu, a marnowanie wiecznej młodości dawało mi osobliwą radość”.
Gdy wreszcie jego kara zakończyła się, w 1897 r., pod bramą więzienia czekał oczywiście niezawodny przyjaciel Robbie Ross. „Jestem kompletnie bez grosza i absolutnie bezdomny” — przyznawał w liście do Bosiego, którego ten staraniem Rossa nigdy nie otrzymał. To Ross kupił bilety na parowiec, którym szybko odpłynęli do Francji. Tam spotkał się z Bosiem w Rouen nad Sekwaną. Wyjechali nawet razem do Neapolu. Jednak po paru miesiącach rozstali się, dla Bosiego schorowany bankrut nie był pociągającym partnerem. A Wilde był nie tylko bez grosza (miał drobne pieniądze od wydawcy oraz 3 funty miesięcznie od żony, które na ogół wydawał na alkohol), ale również coraz bardziej chory. Od czasu więzienia ciągnęły się za nim powikłania ropnia w uchu. Prawdopodobnie z tego powodu zachorował na zapalenie opon mózgowych. Zmarł 30 listopada 1900 r., do końca był przy nim Robbie.
Wilde nie był pierwszym ani ostatnim gejem, na którego spadły prześladowania za orientację seksualną. Prawo zakazujące stosunków homoseksualnych i „rażącej nieobyczajności” obowiązywało aż do 1967 r.
Co więcej, w okresie międzywojennym repertuar kar za sodomię rozszerzył się na chemiczną kastrację, czyli przymusowe podawanie estrogenów — kobiecych hormonów płciowych. Taką „kurację” przeszedł między innymi słynny matematyk i wynalazca komputera Alan Turing, co w połączeniu z odsunięciem od ukochanej pracy doprowadziło go do samobójstwa w 1954 r. Nawet ta tragedia nie otrzeźwiła brytyjskich decydentów. Dopiero w 2017 r. wszyscy mężczyźni, którzy zostali skazani za „rażącą nieprzyzwoitość”, zostali — najczęściej już pośmiertnie — ułaskawieni i oczyszczeni z zarzutów. Wśród nich znalazł się również Oscar Wilde.






