Jeżycjada jest trwale wyryta w korze mózgowej milionów Polek. Ja będę miała 85 lat, Alzheimera i dalej będę wiedziała, ile wzrostu miała Gabriela Borejko — przewiduje Marta Nowak. W kolejnym odcinku Historii kobiet rozmawiamy o Jeżycjadzie Małgorzaty Musierowicz.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Na jej książkach wychowały się dwa pokolenia Polek. Tylko Andrzej Sapkowski ma podobnie zaangażowany — choć zdecydowanie mniej złośliwy — fandom. — Ja jestem wielką fanką Małgorzaty Musierowicz, od dziecka. Bardzo lubiłam jej książki, a potem się zepsuły — mówi Marta Nowak, współprowadząca podcastu „Co to będzie?”. — Te pierwsze są o fajnych dziewczynach, które mają realne uczucia, perypetie, zawirowania i wątpliwości, bo są w tym najbardziej kruchym etapie dojrzewania. Jest to literatura też erudycyjna, intelektualna, bardzo często zabawna. Ale tak po „Kalamburce” zaczynają być coraz bardziej pisane na kolanie i coraz bardziej opakowane w tradycjonalistyczną wizję świata, która nie przystaje ani do tego, jak wygląda życie dzisiaj, ani też nie było aż takie konserwatywne w pierwszych tomach.
Czytelniczki od lat wypominają Małgorzacie Musierowicz, że jej bohaterki w latach 70. i 80. chciały zmieniać świat i wysyłały Eksperymentalne Sygnały Dobra, a po transformacji nie odnajdują się w wulgarnym, materialistycznym, brzydkim świecie i patrzą na niego z lekką pogardą. I coraz mniej mają wspólnego z dzisiejszymi nastolatkami: ich życiowym celem nieodmiennie jest bowiem ślub kościelny i gromadka dzieci.





