Operacja może być o wiele dłuższa i na większą skalę niż uderzenie przeprowadzone przez USA w czerwcu zeszłego roku podczas wojny 12-dniowej, nie wspominając o niedawnym pojmaniu Nicolasa Maduro. Oznaczałoby to największą operację militarną w drugiej kadencji Trumpa, potencjalnie mogącą się przerodzić w regionalny konflikt o trudnej do przewidzenia skali.
Dlaczego administracja prezydenta, który w czasie kampanii zapewniał, że za jego rządów Ameryka uniknie zaangażowania w kolejne, niekończące się wojny i wreszcie skupi się na własnych problemach, może zdecydować się na takie ryzyko?
Podstawowym zagrożeniem z perspektywy Waszyngtonu pozostaje możliwość pozyskania przez Iran broni nuklearnej. Od początku tej kadencji administracja Trumpa podejmowała kroki, by wynegocjować z Iranem porozumienie w tej sprawie. Te wysiłki zostały jednak przerwane przez izraelski atak, do którego później dołączyli Amerykanie, by zbombardować cele związane z irańskim programem nuklearnym.
Prezydent Trump ogłosił pełny sukces tej misji. „Irańskie zakłady wzbogacania uranu zostały całkowicie zniszczone” – mówił wtedy. Na listę wojen zakończonych przez prezydenta została dopisana ta pomiędzy Izraelem a Iranem.
Kiedy na przełomie grudnia i stycznia wybuchły protesty w Iranie, wydawało się, że Stany Zjednoczone mogą ponownie zaangażować się militarnie przeciwko Teheranowi i pomóc w obaleniu reżimu. Prezydent Trump w pewnym momencie zapewnił nawet protestujących, że „pomoc jest w drodze”. Ale nie była.
Pod koniec zeszłego roku Amerykanie koncentrowali swoją uwagę przede wszystkim na Wenezueli i ich siły na Bliskim Wschodzie były ograniczone. Doradcy sugerowali prezydentowi, że ryzyko niepowodzenia ataku na Iran jest duże, a USA nie są gotowe, by osłonić partnerów w regionie przed ewentualnym irańskim odwetem.
Protesty zostały krwawo stłumione przez irański reżim, ale ujawniły społeczne wrzenie: niezadowolenie z coraz głębszego kryzysu gospodarczego i postawy władz. Do problemów społecznych i ekonomicznych, które w Iranie narastają od lat (między innymi z powodu amerykańskich sankcji) dochodzą też inne, jak osłabienie sieci irańskich „proxies” w regionie. Libański Hezbollah, Huti w Jemenie, Hamas czy reżim Asada w Syrii – budowana latami przez Teheran „oś oporu” w regionie została poważnie poturbowana w ciągu ostatnich miesięcy. Do tego sam Iran ucierpiał podczas niedawnej, krótkiej wojny.
Prawdopodobnie nie było w ostatnich dekadach momentu, kiedy upadek reżimu ajatollahów wydawał się równie bliski.
Na początku lutego Waszyngton powrócił do negocjacji z Teheranem, jednocześnie kumulując coraz większe siły na Bliskim Wschodzie. Podczas swojego niedawnego wystąpienia w Fort Bragg prezydent Trump narzekał, że nie są to rozmowy łatwe. Jednocześnie tłumaczył zasadność wysyłania w kierunku Iranu kolejnych okrętów i samolotów: „Czasami musisz się bać. To jedyny sposób, żeby naprawdę rozwiązać problem”.
Trump odwiedził żołnierzy w Forcie Bragg, by spotkać się z uczestnikami operacji pojmania Nicolasa Maduro. Przy tej okazji zasugerował, że wzmocniona amerykańska obecność militarna na Bliskim Wschodzie to nie tylko „straszak” mający pomóc w negocjacjach. Stwierdził mianowicie, że zmiana reżimu w Iranie to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka mogłaby się w tej sytuacji zdarzyć oraz że są ludzie, którzy mogliby przejąć władzę w kraju.
Sugerowałoby to, że amerykańska administracja poważnie rozważa powtórzenie scenariusza z Wenezueli: groźba użycia siły zbrojnej ma nie tyle zmiękczyć obecne władze w Teheranie, co pogłębić wewnętrzne podziały i sprawić, że z irańskiej elity wyłonią się chętni do przejęcia władzy. A w tym przejęciu Waszyngton mógłby pomóc.
Rozwiązanie z Wenezueli – gdzie wrogi USA przywódca zostaje obalony, ale sytuacja w kraju jest stabilna i nie wymaga dalszego amerykańskiego zaangażowania – na tyle spodobała się w otoczeniu prezydenta, że teraz próbuje ono skopiować te rozwiązanie także na Kubie.
Trudny sojusz USA z Izraelem
To nie oznacza jednak, że do interwencji nie dojdzie. Republikański senator Lindsey Graham stwierdził na antenie stacji SkyNews Arabia, że obecność amerykańskich sił na Bliskim Wschodzie nie jest spowodowana „miłą pogodą o tej porze roku”. Prezydent Trump może zdecydować o przeprowadzeniu ograniczonego uderzenia z morza i powietrza na cele w Iranie, by pokazać Teheranowi, że nie blefuje. Albo na większą skalę, by pomóc w upadku chwiejącej się władzy ajatollahów. Ale nie tylko po to.
Jeśli zeszłoroczna wojna 12-dniowa może służyć tutaj jako pewna wskazówka, to w Waszyngtonie bez wątpienia padają pytania o dalsze kroki Izraela. Wtedy, nie zważając na amerykańskie próby negocjacji, Izraelczycy zdecydowali się uderzyć i Amerykanie, chcąc nie chcąc, musieli dołączyć, by zapobiec dalszej eskalacji.
Podobny scenariusz może się powtórzyć. Izrael również widzi nadzwyczajną słabość Iranu i odczuwa pokusę, by na dobre rozwiązać problem reżimu w Teheranie. Wiadomość o wznowieniu negocjacji amerykańsko-irańskich skłoniła premiera Netanjahu do przyspieszenia swojej wizyty w Waszyngtonie.
Amerykański atak na Iran mógłby mieć więc charakter wyprzedzający – skoro prezydent Trump i tak musi się liczyć z uwikłaniem w ten konflikt, lepiej uwikłać się na własnych warunkach. Im dalej od wyborów, tym lepiej.
Donald Trump na cienkim lodzie
To nie będzie dla prezydenta Trumpa łatwa decyzja. Stany Zjednoczone wkroczyły właśnie w rok wyborczy, a rezultat tego głosowania przesądzi o utrzymaniu przez kontroli nad Kongresem i skuteczności działań prezydenta w drugiej połowie kadencji. Notowania republikanów nie wyglądają najlepiej. Kluczem do tych sondażowych problemów są kwestie dotyczące polityki wewnętrznej, przede wszystkim sytuacji gospodarczej. Tymczasem uwaga prezydenta w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zdecydowanie częściej koncentrowała się na polityce zagranicznej: militarnych interwencjach czy negocjacjach pokojowych.
Efekt? 38 proc. ankietowanych przez YouGov uważa, że Trump zbyt wiele uwagi poświęca zagranicy (tylko 14 proc. uznaje, że mógłby poświęcać jeszcze więcej). Szczególnie wyraźne niezadowolenie widać wśród młodych wyborców (bardzo ważnej części elektoratu Trumpa w 2024 roku). Aż 61 proc. wyborców przed trzydziestką uważa, że prezydent za bardzo skupił się na wydarzeniach w innych częściach świata. Łatwo sobie wyobrazić, jak zmienią się te sondaże, jeśli operacja w Iranie przerodzi się w przedłużający się kłopotliwy konflikt – dokładnie taki, jakiego Trump obiecywał uniknąć.
Prezydent Trump musi również brać pod uwagę obawy sojuszników w regionie. Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty czy Katar mogą stać się celem ataków odwetowych – bo przecież nie wiadomo, jak Iran odpowie. Uderzy w Izrael? W amerykańskie bazy albo w najważniejszych partnerów Waszyngtonu w regionie? A przecież wymienione państwa wiele zainwestowały w przyjaźń z obecną administracją – od wartych miliardy zakupów w amerykańskim przemyśle zbrojeniowym, przez biznesową współpracę z otoczeniem prezydenta po uczestnictwo w nowo powstałej Radzie Pokoju. Rozpętanie regionalnej wojny może poważnie tej współpracy zaszkodzić.

Wreszcie, plany tej administracji zakładają, że Stany Zjednoczone skupią się na innych regionach świata. Zeszłoroczna Strategia Bezpieczeństwa Narodowego przesunęła Bliski Wschód na czwarte miejsce pod względem ważności (po zachodniej półkuli, Indopacyfiku i Europie). Rozpoczynanie kolejnej bliskowschodniej wojny wywróci tę kalkulację do góry nogami, ku wielkiej radości Pekinu.
Dlatego, choć pojawiają się doniesienia, że prezydent Trump rozważa również wielotygodniową operację przeciwko Iranowi, wciąż najbardziej prawdopodobnym wariantem jest punktowe uderzenie (jeśli oczywiście negocjacje zawiodą).
Problem jednak w tym, że jeśli Waszyngton zdecyduje się na taki ruch, przyszłość konfliktu będzie zależała od odpowiedzi Iranu. Do tej pory Teheran odpowiadał na amerykańskie ataki (zabicie generała Solejmaniego w 2020, bombardowania w czerwcu zeszłego roku) z dużą powściągliwością. Ale co, jeśli reżim uzna, że czas powściągliwości minął, bo gra toczy się teraz o jego przetrwanie?














