Takiego projektu ustawy o KRS jeszcze nie było. Rozwiązania proponowane przez Karola Nawrockiego nie mają szans w Sejmie i prezydent doskonale o tym wie. Dlaczego więc zgłosił tak radykalną ustawę? Wydaje się, że chciał przerzucić winę za paraliż sądownictwa na koalicję. Może się jednak okazać, że prezydent, zamiast zaszkodzić rządowi, mimowolnie mu pomógł.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Ustawa Karola Nawrockiego o uzdrowieniu sytuacji w sądownictwie, złożona 19 lutego w Sejmie, szybko została nazwana „ustawą kagańcową 2.0”. „Kaganiec” to jednak chyba zbyt łagodne słowo, by określić to, co prezydent szykuje w niej sędziom. Rozwiązania, które proponuje Nawrocki, są tak radykalne, że na tle jego projektu nawet polityka Ziobry może się jawić jako wzór poszanowania zasady trójpodziału władzy i szacunku do sędziowskiej autonomii i niezawisłości.
Projekt o KRS Karola Nawrockiego. 10 lat więzienia za stosowanie europejskiego prawa
Prezydencki projekt zakłada bowiem między innymi karę nawet pięciu lat więzienia dla sędziów, „uporczywie kwestionujących” legalność obecnego Trybunału Konstytucyjnego, neoKRS i powołanych przez nią sędziów. Sędzia kwestionujący status TK czy neoKRS „uporczywie” i w celu osiągnięcia „osobistej korzyści” — np. awansu na stanowisko prezesa sądu — naraża się na aż 10 lat więzienia. Niech to wybrzmi z całą mocą: prezydent przedstawił prawo pozwalające zamykać sędziów na nawet 10 lat do więzienia za wyroki, które nie podobają się jego obozowi politycznemu.
Już samo to powinno wywołać alarm. A trzeba też pamiętać, że sędziowie „uporczywie kwestionujący” legalność TK — traktując jego orzeczenia jako niebyłe albo neosędziów — np. podważając ich wyroki — nie kierują się własnymi kaprysami, tylko stosują europejskie prawo. Mamy wiele orzeczeń europejskich trybunałów, kwestionujących status Trybunału Konstytucyjnego jako niezawisłego sądu oraz wskazujących na problemy z neoKRS i powołanymi przez nią sędziami. Nawrocki chce więc pakować sędziów do więzienia za stosowanie europejskiego prawa — wszystko to po to, by siłowo złamać opór sędziów wobec „reform” wymiaru sprawiedliwości z lat 2015-23.
Ustawa poszerza też katalog przewinień dyscyplinarnych, ogranicza prawa sędziów do stowarzyszania się czy zaangażowania obywatelskiego, daje za to szczególne uprawnienia prezydentowi, jakich nigdy nie miał on w polskim porządku ustrojowym. Zgodnie z jej zapisami prezydent będzie mógł ogłaszać konkursy na wolne stanowiska we wszystkich sądach, ustalać regulamin sądów powszechnych oraz ustalać zasady przydzielania spraw w sądach.
Gdyby te przepisy weszły w życie, to w Polsce skończyłby się trójpodział władzy i niezawisłość sądów, a wraz z nią w dużej mierze także państwo prawa. Władza wykonawcza, na czele z prezydentem zyskałaby takie narzędzia oddziaływania na sądy, że te w zasadzie utraciłyby możliwość kontrolowania, czy egzekutywa działa w granicach prawa. Uchwalenie prezydenckie projektu oznaczałoby też ostry konflikt z Unią Europejską.
Po co prezydent Karol Nawrocki zgłasza taki projekt ustawy o KRS?
Dobra wiadomość jest taka, że przynajmniej w Sejmie obecnej kadencji nie ma najmniejszych szans, by prezydencka ustawa została uchwalona. Marszałek Czarzasty zmiażdżył ją w trakcie konferencji prasowej. Zapowiedział, że skieruje ją do szerokich konsultacji, w tym do zaopiniowania Komisji Weneckiej (analizuje ona zmiany w przepisach, szczególnie prawa konstytucyjnego i bada ich zgodność z demokratycznymi normami). Trudno spodziewać się, by ocena Komisji nie była druzgocąca dla prezydenta. Jeśli Sejm w ogóle podda ustawę pod głosowanie, to szybko zostanie ona odrzucona przez posłów.
Prezydent doskonale o tym wie. Dlaczego więc zgłosił tak radykalną ustawę, bez żadnych szans na przejście w Sejmie? Być może chodziło o to, by przerzucić winę za paraliż sądownictwa na koalicję rządową. Dziś to ona może mówić: przygotowaliśmy ustawę porządkującą sytuację z neoKRS i nieszczęsnymi neosędziami, ale prezydent nie był zdolny do kompromisu i ją jak zwykle zawetował. Jeśli rządowa większość odrzuci ustawę prezydenta albo umieści ją w wiecznej sejmowej zamrażarce, to prezydent będzie mógł z kolei mówić, że on chciał przecież uzdrowić sytuację w sądownictwie, tylko rząd nie chciał z nim współpracować.
Prezydent zawarł przy tym w ustawie propozycje tak radykalne, by nie dać rządowi żadnego pola do kompromisu. Najwyraźniej uznał, że bardziej opłaca się mu dalej toczyć z rządem spór o sądownictwo, niż go wspólnie z rządem rozwiązać, zwłaszcza gdyby miało to oznaczać zakwestionowanie tego, co PiS robił w latach 2015-23.
Otoczenie prezydenta zakłada najwyraźniej, że w 2027 r. władzę przejmie szeroka prawicowa koalicja i wtedy będzie można „rozwiązać” problem sądów, pacyfikując wszelki opór wśród sędziów, jeśli trzeba, sięgając po opcję atomową i wsadzając niepokornych do więzień. Wobec tego nie ma sensu iść wcześniej na kompromisy z obecną większością.
To może okazać się prezentem dla Tuska
Jednocześnie można zastanawiać się, czy ustawa w tym kształcie nie okaże się prezentem dla rządowej większości. Tak radykalne propozycje ze strony prezydenta mogą bowiem najzwyczajniej świecie przestraszyć bardziej umiarkowanych wyborców.
Partie tworzące rząd na pewno będą wracać do prezydenckiego projektu w przyszłorocznej kampanii wyborczej, mówiąc wyborcom: patrzcie, to nas czeka, jeśli PiS wróci do władzy, sędziowie będą zamykani do więzień za niepodobające się władzy wyroki, prezydent będzie decydował o obsadzie poszczególnych spraw. To zmobilizuje przekonany elektorat koalicji 15.10., a także część mniej zaangażowanych w polityczny spór wyborców, którzy — nawet jeśli krytycznie oceniają obecne rządy — to nie chcą powrotu do najgorszych, najbardziej wątpliwych prawnie praktyk z czasów Ziobry. Tymczasem projekt prezydencki pokazuje, że choć Ziobro chwilowo ukrywa się w Budapeszcie, to jego duch ciągle panuje w PiS, a prezydent Nawrocki nie tylko nie będzie hamować najbardziej radykalnych działań PiS, ale sam będzie podsuwał przyszłym prawicowym rządom ekstremalne rozwiązania.
Wszystko to oznacza też totalny konflikt z Unią Europejską, grożący naszą izolacją w Europie, odcięciem dostępu do unijnych środków, a w najgorszym wypadku zawieszeniem naszych praw w Unii. A mimo pewnego wzrostu antyeuropejskich nastrojów polskie społeczeństwo pozostaje ciągle bardzo proeuropejskie i prawica, idąc do wyborów sklejona z prezydenckim projektem oznaczającym pewny konflikt z unijnymi instytucjami nie pomoże swoim wyborczym szansom.
Jak wielkim problemem dla rządu nie byłoby weto w sprawie ustawy do KRS i niemożność uzdrowienia sytuacji z neosędziami, to przedstawiając tak absurdalnie radykalny, jawnie sprzeczny z konstytucją i prawem europejskim projekt własnej reformy sądów, prezydent być może rzucił sejmowej większości koło ratunkowe.