Na papierze wszystko wyglądało prosto. Ekipa telewizyjna dostaje akredytację, jedzie na miejsce i relacjonuje wydarzenia.
W Dubaju wyglądało to inaczej.
Akredytacja została wydana przez National Media Office na sześć miesięcy. Była płatna i – zgodnie z dokumentami – pozwalała na pracę dziennikarską w kraju.
Relacje na żywo miały być proste: kamera, reporter i panorama miasta w tle. Taki obraz pozwala widzom zobaczyć, że relacja rzeczywiście powstaje na miejscu.
Nasza praca polegała właśnie na takich wejściach – na tle panoramy Dubaju, a nie na filmowaniu konkretnych budynków czy infrastruktury.
Problem polegał na tym, że kamera ustawiona na tle miasta szybko przestawała być mile widziana. Nie na prywatnych terenach czy w centrach handlowych. Na zwykłych ulicach. Na chodnikach.
Wystarczyło kilka minut, by pojawiała się ochrona albo policja.
– Jest czas wojny – słyszeliśmy. – Przepisy się zmieniły.
Najbardziej symboliczna sytuacja wydarzyła się minutę przed wejściem na żywo. Kamera była ustawiona na ulicy z widokiem na downtown Dubaju, w miejscu publicznym.
Wtedy pojawiła się ochrona i policja. Transmisja się nie odbyła.
Dokument, który przestał wystarczać
Akredytacja została wydana już po rozpoczęciu konfliktu w regionie. We wniosku jasno wskazano, że chodzi o relacjonowanie wydarzeń związanych z napięciem na Bliskim Wschodzie.
W liście motywacyjnym redakcja została nawet poproszona o szczegółowe opisanie charakteru pracy i wyjaśnienie, że chodzi o relacjonowanie wydarzeń związanych z konfliktem.
Dlatego tym bardziej zaskakiwało to, co działo się później.
Na miejscu dokument nagle przestawał wystarczać.
Raz pojawiała się informacja, że potrzebne jest dodatkowe pozwolenie policji. Innym razem, że w czasie wojny nie wolno filmować miasta. Jeszcze innym razem nikt nie był w stanie powiedzieć, kto właściwie podejmuje decyzję.
Przepisy, których nikt nie potrafił wyjaśnić
W Dubaju działa system pozwoleń na produkcje telewizyjne i filmowe, którym zajmuje się specjalna komisja. Zwykle dotyczy to dużych produkcji, planów filmowych czy nagrań konkretnych obiektów.
Relacje na żywo z panoramą miasta to zupełnie inna sytuacja.
Jak wynikało z wcześniejszych informacji, w takich przypadkach dodatkowe pozwolenia nie były wymagane. Mimo to na miejscu zaczęły pojawiać się kolejne interpretacje przepisów.
Jedni mówili o konieczności uzyskania zgody policji. Inni twierdzili, że w czasie konfliktu filmowanie miasta w ogóle nie jest możliwe.
Najbardziej zaskakujące było jednak to, że nikt nie potrafił wskazać instytucji, która mogłaby taką zgodę wydać.
Najprostszym rozwiązaniem było więc zakończenie nagrania. W praktyce wyglądało to tak, że każdy interpretował przepisy inaczej, a najbezpieczniejszą decyzją było po prostu przerwanie zdjęć.
Z akredytacją w ręku do końca wizyty w Dubaju staraliśmy się realizować wejścia na żywo tam, gdzie było to możliwe.
Dokument nigdy nie został cofnięty ani unieważniony. Mimo to każda próba pracy z kamerą wymagała szukania miejsca, w którym obecność ekipy telewizyjnej nie wywoła natychmiastowej interwencji służb.
Dubaj. Wizerunek przede wszystkim
Podobne zjawisko było widoczne także w mediach społecznościowych.
Część influencerów publikowała nagrania pokazujące, że w Dubaju wszystko działa normalnie i bezpiecznie. Takie materiały pojawiały się bez przeszkód.
Inaczej było z nagraniami pokazującymi alarmy, przechwycone drony czy napięcie w regionie. Z Dubaju docierały informacje, że twórcy publikujący takie materiały byli wzywani do ich usuwania, a w niektórych przypadkach także wydalani z kraju.
Jeszcze dalej poszedł Katar. Tam – według lokalnych mediów – zatrzymano nawet blisko 200 osób, które w mediach społecznościowych publikowały nagrania pokazujące skutki alarmów czy napięcia w regionie. Zarzuty dotyczyły rozpowszechniania nieprawdziwych informacji i wywoływania paniki.
Dubaj od lat buduje swój wizerunek jako miejsca stabilnego, bezpiecznego i luksusowego. Turystyka i globalny obraz miasta są tu równie ważne jak gospodarka.
Dlatego w czasie napięcia w regionie jedno pozostaje niezmienne.
Najważniejsze jest to, jaki obraz Dubaju zobaczy świat.
Ze Stambułu dla Interii Tomasz Lejman














