Gdy amerykańsko-izraelska wojna z Iranem trwa już trzeci tydzień, dwie społeczności w różnych częściach USA doświadczyły ataków, które zdaniem władz wpisują się w niebezpieczny schemat — kiedy konflikt zagraniczny przekłada się na akty przemocy wewnątrz kraju.
12 marca na Old Dominion University w Norfolk w stanie Wirginia padły strzały, które poskutkowały śmiercią instruktora wojskowego, podpułkownika Brandona Shaha, oraz obrażeniami odniesionymi przez dwóch podchorążych. Kilka godzin później w West Bloomfield w stanie Michigan kierowca wjechał samochodem w drzwi największej synagogi w kraju, Temple Israel, wzniecając pożar, który uwięził w środku 140 dzieci.
FBI prowadzi śledztwa w obu sprawach, które traktowane są jako akty terroryzmu. Jednak powiązanie tych incydentów z wojną w Iranie wciąż nie jest oczywiste, a eksperci ostrzegają, że sposób opisywania tych wydarzeń ma szczególne znaczenie, ponieważ urzędnicy i opinia publiczna starają się zrozumieć, co do nich doprowadziło. Jedno jest pewne: obydwa ataki wpisują się w szerszy, niepokojący wzorzec agresji.
Wojna za granicą, nienawiść w kraju
William Braniff przez lata pracował w Centrum Programów Prewencyjnych i Partnerstw Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, badając, w jaki sposób zagraniczne konflikty prowadzą do radykalizacji w kraju. Jak mówi, gdy przemoc za granicą zbiega się z podatnymi na nią grupami społecznymi w kraju, skutki mogą być śmiertelne.
— Za każdym razem, gdy kraj angażuje się w wojnę, istnieje ryzyko, że niektórzy ludzie zdecydują się na własną rękę działać w odpowiedzi na to, co dzieje się na świecie — mówi Braniff, obecnie dyrektor Polarization and Extremism Research and Innovation Lab na American University. — To może być przemoc na tle nienawiści wobec społeczności, z którą prowadzimy wojnę za granicą, a nawet odwet wobec celów w Stanach Zjednoczonych. Wojna i terroryzm to przykłady brutalnej polityki. Te zjawiska są ze sobą powiązane.
Obydwa incydenty miały miejsce w czasie zauważalnego wzrostu hejtu wobec muzułmanów w amerykańskim internecie, który obserwowany jest od pierwszego dnia wojny z Iranem. Od 28 lutego do 5 marca badacze z Center for the Study of Organized Hate udokumentowali ponad 25 tys. postów na platformie X zawierających treści islamofobiczne. Po uwzględnieniu udostępnień liczba ta wzrosła do ponad 279 tys. Braniff obserwował ten mechanizm już wcześniej. Gwałtowny wzrost islamofobii nastąpił także po atakach 11 września, prowadząc do profilowania, inwigilacji i długotrwałych represji wobec amerykańskich muzułmanów.
Tego samego mechanizmu doświadczyli amerykańscy Żydzi po 7 października 2023 r., kiedy to liczba antysemickich treści w internecie gwałtownie wzrosła. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy po rozpoczęciu wojny w Strefie Gazy badacze z Program on Extremism na George Washington University, którzy monitorowali treści w języku arabskim, odnotowali trzykrotny wzrost liczby antysemickich postów na platformach społecznościowych. Wyraźnej zmianie uległ także charakter antysemityzmu: przed 7 października w internecie dominowały treści dehumanizujące i teorie spiskowe, natomiast po tej dacie liczba wezwań do przemocy wobec Żydów, negowania Holocaustu i gloryfikowania ataków na społeczności żydowskie gwałtownie wzrosła.
Ayal Feinberg, dyrektorka Center for Holocaust Studies and Human Rights w Gratz College, od lat analizuje, jak kryzysy międzynarodowe wpływają na napięcia wewnętrzne. Według Feinberg mechanizm jest jasny: wydarzenia geopolityczne nie tyle wywołują nienawiść, ile dostarczają jej narracyjnych ram.
— Żydzi są często traktowani jako szczególnie odpowiedzialni za działania Izraela i oczekuje się od nich, że częściej będą się od niego odcinać — powiedziała.
Kryzys znacznie pogłębiła retoryka polityczna. W lutym republikański kongresmen z Florydy, Randy Fine, napisał w mediach społecznościowych: „Jeśli każą nam wybierać między psami a muzułmanami, wybór nie jest trudny”. Wypowiedź natychmiast spotkała się z potępieniem ze strony demokratów i wezwaniami do dymisji, lecz przewodniczący Izby Reprezentantów Mike Johnson postanowił nie skomentować sprawy publicznie. Sam Fine podtrzymał swoje słowa podczas telewizyjnego wystąpienia, twierdząc, że były one odpowiedzią na wypowiedź „ważnego muzułmańskiego lidera”.
Jak ekstremiści wykorzystują kryzysy geopolityczne?
Zrozumienie tego, w jaki sposób pojedynczy napastnicy racjonalizują przemoc, wymaga spojrzenia na ideologiczne ramy, które przyjmują. Profesor Kurt Braddock z American University badał to, jak grupy ekstremistyczne adaptują wydarzenia globalne do własnych narracji. Według mężczyzny, jest to proces systematyczny.
— Ciekawe jest to, jak ideologie ekstremistyczne dostosowują się do wydarzeń w innych częściach świata — powiedział Braddock. — Generalnie ekstremiści są bardzo sprawni w interpretowaniu wydarzeń zagranicznych jako elementów większych schematów zgodnych z ich światopoglądem. Następnie wykorzystują te schematy i ich interpretacje jako uzasadnienie swoich działań.
Strzelanina na Old Dominion University jest szczególnie problematyczna. Mohamen Bailor Jalloh, 36-letni obywatel USA pochodzący z Sierra Leone, dekadę temu został skazany za próbę udzielenia wsparcia materialnego ISIS. Po 11 latach więzienia został warunkowo zwolniony w grudniu 2024 r. — nieco ponad rok później, 12 marca 2026 r., wszedł na salę uniwersytetu, krzycząc „Allahu Akbar”, po czym otworzył ogień.
Jednak jak poinformowało FBI, śledczy nie znaleźli żadnych dowodów na to, by motywem ataku była wojna z Iranem. Jalloh chwalił zamach na Fort Hood z 2009 r. i już wcześniej deklarował chęć przeprowadzenia podobnego ataku, co sugeruje, że jego droga do przemocy rozpoczęła się na długo przed wybuchem ostatniego konfliktu. Kwestię dodatkowo komplikuje fakt, iż ISIS jako organizacja odrzuca Iran i sprzeciwia się władzy Teheranu w regionie.
— Powinniśmy być ostrożni, łącząc napastnika powiązanego z ISIS bezpośrednio z Iranem — ostrzegają eksperci. — ISIS nienawidzi Iranu.
Sprawa z Michigan ma natomiast wyraźniejsze tło geopolityczne. Ayman Mohamed Ghazali, 41-letni obywatel USA urodzony w Libanie, 12 marca wjechał autem w synagogę Temple Izrael. W samochodzie znaleziono skrzynię pełną fajerwerków i łatwopalnych substancji. Tydzień wcześniej, izraelski nalot na libańską Machgharę doprowadził do śmierci dwóch braci Ghazalego, którzy należeli do jednostki rakietowej Hezbollahu, oraz innych członków rodziny mężczyzny, w tym jego siostrzenicy oraz siostrzeńca. Władze potwierdziły, że sprawca na kilka godzin przed zamachem zamieścił na WhatsAppie zdjęcia swoich bliskich zabitych w izraelskich atakach.
Wszyscy cywile są uprawnionymi celami
Nie każda radykalizacja przebiega jednak tak samo. — Państwo Islamskie wprost instrumentalizuje konflikt z Iranem. Oprócz opisanych przypadków w USA, organizacja ta ma wykorzystywać wojnę na Bliskim Wschodzie do usprawiedliwiania ataków na Żydów i chrześcijan na Zachodzie. Jak twierdzi Lucas Webber, główny analityk Tech Against Terrorism, propaganda Państwa Islamskiego przedstawia konflikt jako dowód na to, że „zachodni Żydzi” toczą wojnę z Islamem, a „odwetowe ataki na cywilów w ich krajach są religijnym obowiązkiem”.
W oficjalnych publikacjach i kanałach sympatyków celowo zaciera się różnicę między żołnierzami a cywilami — wszyscy zachodni cywile są traktowani jako uprawnione cele odwetu. Podżeganie odbywa się prawie wyłącznie online i jest bardzo elastyczne. Wersety religijne zestawiane są ze zdjęciami zbombardowanych budynków, aby przekonać odbiorców, że Żydzi i chrześcijanie zasługują na karę. Jako szczególnie pożądane cele wskazywane są synagogi i kościoły.
Jak przerwać ten cykl, zanim dojdzie do kolejnych zamachów? Corey Saylor, starszy analityk Council on American-Islamic Relations, przez lata dokumentował to, jak ekstremizm przenika się z tożsamością religijną. Wzorce, które zaobserwował, wskazują na głębsze procesy.
— Z mojego doświadczenia z białymi suprematystami, zwolennikami suwerennych obywateli, osobami, które twierdzą, że islam usprawiedliwia ich ekstremizm, neonazistami i innymi, wynika, że motywacje do przemocy różnią się w zależności od osoby — powiedział. — Dlatego właśnie rozwiązywanie problemu ekstremizmu, niezależnie od deklarowanych pobudek, jest tak trudne.
Eksperci podkreślają, że podejście oparte na zdrowiu publicznym — łączące wsparcie psychologiczne, zespoły oceny zagrożeń i pomoc obywatelom — jest skuteczniejsze niż działania po fakcie.
— Jeśli chcemy, by taki system działał, musimy inwestować w prewencję — powiedział Braniff. — Niestety, obecna administracja rozmontowała infrastrukturę prewencyjną w USA.
Jak podkreślają eksperci, nie chodzi tu o przypisywanie winy Trumpowi ani o twierdzenie, że każda wojna za granicą nieuchronnie prowadzi do zamachów w kraju. Wyzwanie polega na zrozumieniu, że w momentach kryzysu geopolitycznego ekstremiści wykorzystują podatność i oferują uproszczone narracje tym, którzy zmagają się z żalem, izolacją czy niestabilną sytuacją życiową.
— Główny problem z tradycyjną walką z terroryzmem polega na tym, że jest ona z założenia reakcją na już istniejące zagrożenia — tłumaczy Braniff. — Zakłada się, że zagrożenia będą, a najlepsze, co można zrobić, to je tymczasowo zneutralizować lub odsunąć. To nie jest strategia, to reakcja.
— Prewencja natomiast działa — przekonuje mężczyzna. — Pozwala wesprzeć osoby, które mają trudności, zanim wpadną one w spiralę nienawiści czy przemocy.
Z tym stanowiskiem zgadza się Feinberg, który podkreśla, że skuteczna prewencja polega na działaniu z wyprzedzeniem, zanim przemoc stanie się atrakcyjną opcją dla osób zmagających się z nierozwiązanymi problemami.
— Najlepsza prewencja nie czeka na przemoc, lecz ogranicza przyzwolenie społeczne na nienawiść już u źródła — mówi.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji „Newsweek Polska”.





