Cykl „13 pięter” Filipa Springera to felietony mieszkaniowe, w których autor – nagradzany pisarz, reporter, fotograf – mierzy się z kryzysem mieszkaniowym w Polsce (i nie tylko). Na łamach Interii opisuje, jak nam się mieszka, w skali mikro i makro, i co można z tym wszystkim zrobić.
Trzech Króli Mamony przemaszerowało przez Poznań na początku roku. Pierwszy niósł eksmisję, drugi kalkulację, trzeci – bezczynność arcybiskupa. Procesja ruszyła spod katedry w proteście przeciwko głośnej, styczniowej transakcji: poznańska kuria sprzedała spółce JHM Development tereny Osiedla Maltańskiego za astronomiczne 421 milionów złotych.
By pojąć tę skalę, wystarczy przypomnieć dotychczasowy poznański rekord – 114,5 mln zł zapłacone w 2020 roku za atrakcyjne grunty na Łazarzu. Maltański „deal” jest niemal czterokrotnie większy. I o wiele bardziej bezwzględny. Wraz z 12-hektarową działką w prestiżowej lokalizacji, Kościół de facto sprzedał mieszkających tam ludzi.
Czego nie miał zobaczyć Gierek
Teren ten, historycznie należący do Kościoła, po wojnie przejęło państwo i zamieniło w ogródki działkowe. Od lat 70., za cichym przyzwoleniem władz – zarówno w PRL, jak i po 1989 roku – zaczęły tu wyrastać całoroczne domy. Dziś wielu mieszkańców ma tam legalne meldunki.
W 1994 roku kuria odzyskała grunt. Gdy dekadę później miasto uchwaliło plan zagospodarowania dopuszczający budownictwo mieszkaniowe, wartość ziemi wystrzeliła w kosmos. Ostatecznie dobiła do kwoty, za którą nowy właściciel wzniesie tu wkrótce 2000 mieszkań.
Można tę historię sprowadzić do chłodnych pojęć: grunt, spór, rynek, kapitał. Ale Malta to przede wszystkim brutalny dowód na to, jak po macoszemu traktuje się w Polsce sprawę mieszkaniową. A cierpią na tym najsłabsi.
Symbolem tego znieczulenia jest stary, zielony płot. Gdy w pierwszej dekadzie XXI wieku – jeszcze jako młody reporter – opisywałem kolejne odsłony maltańskiego konfliktu, pokazano mi jego spróchniałe resztki od strony ulicy Warszawskiej.
Powstał w latach 70. w jednym konkretnym celu: miał zasłonić biedadomki przed wzrokiem Edwarda Gierka, który wjeżdżał do Poznania na dożynki. Pierwszy sekretarz wyjechał, płot został.
Ilekroć go widzę, myślę o zmarnowanych dekadach. Od lat było jasne, że kościelne władze ostatecznie dopną swego i pozbędą się lokatorów, a miasto po prostu umywało ręce. Były prezydent Ryszard Grobelny robił dokładnie to, czego oczekiwała kuria. Zamiast pochylić się nad losem ludzi znad Malty, wolał budować obok horrendalnie drogi aquapark.
Politykę mieszkaniową oddał w całości deweloperom, a dla „kłopotliwych” lokatorów postawił getto z blaszanych kontenerów. Zlikwidował je dopiero jego następca, Jacek Jaśkowiak. Jednak i pod jego rządami o wielkim przełomie nie ma mowy.
Średnio 170 mieszkań komunalnych budowanych rocznie w ciągu ostatniej dekady to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Jaśkowiak odgrażał się wprawdzie, że tereny po wyburzonej Galerii Malta miasto powinno przejąć pod dostępne budownictwo, ale na szumnych deklaracjach się skończyło.
Sprzedam ziemię. Ludzie gratis
Bomba na Osiedlu Maltańskim nie wybuchła z dnia na dzień. Tykała latami, problem nabrzmiewał na oczach wszystkich. Był czas i były narzędzia, by rozwiązać go systemowo – wypracować modelowy precedens. Pokazać, że się da.
Zamiast tego dostaliśmy dowód na to, że w XXI wieku wciąż można sprzedać ziemię w pakiecie z ludźmi. Wszystko zgodnie z prawem i w majestacie pieczątek. Zaraz wjadą tam buldożery. Zrównają z ziemią domy i resztki zielonego płotu, a wraz z nim zniknie dowód na to, jak władza – ludowa, kościelna, a na końcu samorządowa – przez pół wieku traktowała obywateli.
Na gruzach ich życia wyrośnie osiedle premium dla wybranych, a rekordowe zyski dewelopera i kurii skutecznie znieczulą wstyd. Poznań zapisze się w historii imponującym rekordem finansowym na rynku transakcji gruntowych, ale w rzeczywistości Osiedle Maltańskie pozostanie po prostu najdroższym i najsmutniejszym pomnikiem naszej systemowej kapitulacji.













