-
Liczba wróbli domowych w Polsce spadła o 20 procent w ciągu dekady, podczas gdy populacja wróbla polnego pozostaje stabilna.
-
Nowoczesne budownictwo i zmiany w miejskich przestrzeniach sprawiają, że wróble mają mniej miejsc do zakładania gniazd oraz problem z dostępem do pokarmu.
-
W Chinach podczas kampanii walki z czterema plagami drastyczne zmniejszenie liczby wróbli doprowadziło do poważnych zaburzeń ekosystemu i katastrofalnych skutków dla ludzi.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
To określenie pasuje jak ulał, bowiem oddaje głębię problemu, jaki mamy w Polsce z wróblami. Precyzyjniej – z jednym gatunkiem wróbli, bowiem wróbel polny, zwany też mazurkiem, wydaje się bezpieczny. Jego populacja w Polsce i innych państwach Europy jest stabilna. Natomiast w wypadku liczniejszego i pospolitszego niegdyś wróbla domowego, zwanego też jagodnikiem, sytuacja jest odwrotna.
Przypomnijmy, że te dwa gatunki polskich wróbli z rodzaju Passer różnią się wyglądem, trybem życia i obyczajami. W zasadzie trudno je pomylić, gdyż wróbel domowy ma szarą, stalową czapeczkę na głowie, a wróbel polny – czekoladową. Dodatkowo mazurek ma charakterystyczną i widoczną z daleka ciemną plamę na obu policzkach. Oba gatunki wróbli często żerują razem i wtedy najpełniej widać różnice.
Są też różnice w trybie życia. Wróbel domowy to gatunek mocno zsynantropizowany, co oznacza zespolenie się z człowiekiem. To jednak przynosi fatalne skutki. Zmiany w miastach doprowadziły do spadku liczby tych ptaków i to na wielką skalę.
Za zagładę wróbli nie odpowiadają sroki, ale ludzie
Dlaczego wróble znikają? Czasami odpowiedzialnością obarcza się sroki. Te rzeczywiście plądrują gniazda wróbli, ale zwykle te nieosłonięte, słabo ukryte. To jest właśnie wielki problem, że wróble domowe w miastach nie mają gdzie tych gniazd zakładać. Niegdyś stare budownictwo stwarzało wróblowi wiele możliwości. Jego miejsca lęgowe to od setek lat wnęki w budynkach, szczeliny w murach, miejsca pod dachówkami, za rynnami, gdzieś za gzymsem. Dawne budynki je oferowały, obecne – nie.
Dzisiaj to gładkie szkło, gładka stal, bez zdobień, gzymsów, zakamarków, itd. Katastrofa – jeśli nie architektoniczna, to przyrodnicza dla zwierząt od lat przywykłych do znajdowania miejsc na gniazda w takich właśnie ludzkich budowlach. W efekcie wróble budują je gdzie się da i narażają się na ataki srok.
Nie sroki jednak są najważniejszym problemem. Brak siedlisk to kłopot poważniejszy, a jeszcze większym jest głód. To wydaje się dziwne, że ptaki mogą głodować w mieście, ale fakty są takie, że wróble zabija właśnie to, z czego my jesteśmy dumni – porządek.
Segregacja śmieci, zamykanie ich w szczelnych workach i kubłach, szybki wywóz, wreszcie porządek na ulicach i chodnikach, strzyżenie traw i zamiatanie ulic. Ptakom brakuje pokarmu, zwłaszcza owadów w okresie lęgowym, gdy karmią pisklęta.
– Wróbel wynosi się z miejsc, w których kiedyś było go pełno. W dzielnicy willowej na poznańskim Sołaczu od 1980 r. zniknęło 90 proc. mieszkających tam wróbli, a w Starym Zoo w Poznaniu z 60 par zostało pięć – zauważa prof. Tadeusz Mizera z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, badacz wróbli.
A Stare Zoo to przykład niezwykle spektakularny. Obiekt jest jeszcze z XIX w., ze starymi klatkami i pawilonami, pełnymi zakamarków i miejsc, które wróble kochają. Pełno tam też słomy i siana z wybiegów albo kawałków sierści na wyściółkę gniazd. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwiedzający ogród widzieli, jak wróble zbierają kępki włosów nawet z grzbietów lwów. Teraz ptaków została garstka.

Mazurek jakoś daje sobie radę poza miastami
W przeciwieństwie do wróbli zwyczajnych, mazurki nie budują gniazd zewnętrznych. Szukają raczej dziupli i szczelin, może skrzynek lęgowych.
Gdy zatem nowoczesne budownictwo ze szkła i metalu odcina wróblom możliwość gniazdowania w zakamarkach, mazurek jakoś sobie radzi. Te ptaki potrafią relokować się na przedmieścia i prowincję, nie są tak ściśle związane z samymi miastami jak wróble domowe. I to istotna różnica.
Sytuacja jest trudna także dlatego, że wróbel kojarzy się z czymś tak pospolitym, że mało kto chce się zajmować problemem jego wymierania. Nie ma badań, brakuje na nie grantów, wciąż mało wiemy. Wiadomo jednak, że w ciągu dekady liczba wróbli domowych w Polsce spadła o 20 proc., a to bardzo dużo.
Czy to znaczy, że wróble wymrą? Nie tak szybko, bo jednak wciąż jest ich sporo. Jeżeli jednak będziemy odejmowali co dekadę te procenty od ich liczebności, może się okazać, że dla naszych wnuków ten gatunek będzie rzadkością i rarytasem. A historia uczy, że wróble mogą zniknąć na dobre i że ma to wówczas katastrofalne dla ludzi skutki.

Chiny pozbyły się wróbli i umierały z głodu
Tak było przecież w Chinach podczas Chú Sì Hài, czyli kampanii walki z czterema plagami. Jedną z nich miały być właśnie wróble, które kierownictwo partyjne w Chinach nakazało wyplenić jako szkodniki upraw.
Wierzono, że to pozwoli na skok rozwojowy chińskiego rolnictwa. 2 lutego 1958 r. przywódca chińskiej partii komunistycznej Mao Zedong wezwał naród do walki z plagami. Wezwaniu towarzyszyła wielka ofensywa propagandowa.
W ówczesnych gazetach pojawiały się hasła „nikt nie może się cofnąć o krok, dopóki nie wygramy walki” czy też „każdy z towarzyszy musi przyłączyć się do walki. Musimy wytrwać w zawziętości rewolucjonistów”.
Chińczycy ruszali do zabijania ptaków uzbrojeni w pałki, sieci, kije, łopaty, widły, noże, sierpy, w co tylko wpadło w ręce. Nie tylko jednak, bo ważną bronią okazały się drzewce z barwnymi szmatkami, a także kołatki, bębny, patelnie, garnki, trąbki i wszystko, co robiło wielki hałas.
Wyczerpane ptaki padały ze zmęczenia. Wtedy nagonka dobijała je czym się dało, nawet własnymi rękoma. Następnie masy zabitych zwierząt zgarniano szuflami, nadziewano na drzewce i pokazywano w publicznych objazdach.
Wielkim hitem walki z wróblami okazały się też proce. Partia zachęcała do ich produkcji i stosowania. Dzieci chętnie z tej rady korzystały i to właśnie one okazały się najskuteczniejszymi zabójcami wróbli.
Efekty były porażające. Liczba wróbli w Chinach spadła tak bardzo, że zachwiał się cały ekosystem. Ptaki zjadały wcześniej bardzo dużo owadów. Po czym, po ograniczeniu liczby ptaków, atak szarańczy zniszczył 15 proc. chińskich upraw roślin, a w niektórych częściach kraju – nawet 60 proc. Dochodziły do tego niezjedzone przez ptaki bezkręgowce, które żywiły się zapylaczami. To dodatkowo uderzyło w plony.
Szacuje się, że bezpośrednio i pośrednio brak wróbli kosztował życie od 15 mln ludzi do nawet kilkudziesięciu milionów. Runęła gospodarka, runęła przyroda. W 1960 r. Komunistyczna Partia Chin wycofała się z walki z jednym z najważniejszych ptaków świata. Niczym u Orwella uznała, że nigdy do tego nie zachęcała.















