Premier Tusk i ministrowie sprawiedliwości Bodnar i Żurek zupełnie inaczej rozumieją praworządność niż chyba wszyscy Polacy, dla których kojarzy się ona przede wszystkim z ochroną przez państwo (instytucje publiczne) podstawowych praw obywateli, takich jak wolności, godność i własność. Czyli praworządność polega na tym, że państwo nie będzie okradać własnych obywateli. Nie ma praworządności, również wtedy, gdy państwo nie oddaje obywatelom pieniędzy zabranych na podstawie przepisu, który następnie został uchylony przez Trybunał Konstytucyjny jako niezgodny z konstytucją.
Rząd KO od ponad roku mówi, że przywraca praworządność. Tyle że rozumie ją zupełnie odwrotnie niż obywatele, bo świadomie nie oddaje tego, co bezprawnie wcześniej państwo im zabrało. Tłumaczy to tym, że nie uznaje wyroków tego Trybunału Konstytucyjnego. Zdumiewa infantylizm takiego stanowiska, bowiem w konstytucji nie ma mowy o uznawaniu/nieuznawaniu wyroków Trybunału przez władzę wykonawczą. Konstytucja nakazuje wszystkim ich wykonywanie. Stanowisko rządu powoduje nie tylko stan okradania tysięcy obywateli przez państwo, ale również niesamowity/koszmarny bałagan w sądach administracyjnych, które postawione są przed problemem w cywilizowanym świecie nieznanym: czy mają stosować konstytucję czy łamanie konstytucji przez rząd.
Praworządność tylko w prorządowej telewizji














