W kampanii Péter Magyar obiecywał na Węgrzech „zmianę reżimu”, porównywalną z rozliczeniem komunistycznego rządu w 1989 roku. Dziś jest o krok od spełnienia tej obietnicy: jego opozycyjna partia TISZA (Szacunek i Wolność) rozbiła w niedzielnych wyborach parlamentarnych Fidesz Viktora Orbána.
W historycznych punktach zwrotnych rok 2026 być może nie dorówna 1989. Mimo to miażdżąca porażka Orbána – po 16 latach na stanowisku premiera – jest wydarzeniem ogromnej wagi.
TISZA ma zdobyć 138 z 199 mandatów, co daje jej większość dwóch trzecich potrzebną do zmiany konstytucji i rozluźnienia „żelaznego uścisku” Fideszu na sądownictwie, instytucjach państwowych oraz placówkach edukacyjnych i kulturalnych. Bez takiej superwiększości TISZA miałaby poważne trudności z przywróceniem rządów prawa oraz demokratycznych mechanizmów kontroli i równowagi.
TISZA otrzymała 3,3 mln głosów – najwięcej we współczesnej historii węgierskiej demokracji. To ogromny mandat.
Gdyby wynik był dużo bardziej wyrównany, Fidesz mógłby podważać rezultaty, krzycząc o fałszerstwach. Fidesz i TISZA oskarżały się nawzajem o nadużycia wyborcze i zagraniczną ingerencję.
Bliższy wynik mógłby też zachęcić Orbána – który zadzwonił do rywala Magyara i szybko uznał porażkę – by przez miesiąc, jaki pozostał mu do odejścia z urzędu, zastawiać pułapki na przyszły rząd, wykorzystując własną dotychczasową większość.
Jak powiedział Magyar w niedzielę wieczorem do wiwatującego tłumu po drugiej stronie Dunaju, naprzeciw węgierskiego parlamentu: – Ten mandat umożliwia przejście, które będzie sprawne, sprawiedliwe i pokojowe.
W geście pokazującym jego intencje Magyar wezwał prezydenta Węgier – nominata Fideszu – by powierzył mu misję utworzenia rządu, a następnie sam ustąpił ze stanowiska.
Porażka Orbána odbije się echem poza granicami Węgier. Dla zachodnich liberałów i proeuropejskich środowisk to moment, który warto celebrować – w czasie powszechnej ponurości związanej z dryfem kontynentu w stronę nacjonalistycznego populizmu. Orbán – chorąży nieliberalnej demokracji – został pokonany, a przeszkoda blokująca podejmowanie decyzji w UE zniknęła.
Peter Magyar bywa nacjonalistyczny. Jest przeciwny imigracji i odmawia uzbrojenia Ukrainy. Zapowiedział jednak odbudowę współpracy z UE – choćby po to, by odblokować 18 mld euro unijnych środków, zamrożonych przez Brukselę z powodu naruszeń zasad praworządności.
Obiecał też, że pozwoli UE popchnąć naprzód pożyczkę w wysokości 90 mld euro dla Ukrainy. Największym wygranym poza Węgrami jest Kijów, a największym przegranym – Moskwa. Orbán był najcenniejszym aktywem Kremla w UE, wnosząc opóźnienia, podziały i paraliż.
Również prezydent Donald Trump stracił cennego ideologicznego sojusznika – chrześcijańskiego nacjonalistę, podobnie myślącego i stanowiącego źródło inspiracji dla ruchu MAGA. Trump mnożył sygnały poparcia dla Orbána i mimo kryzysu wokół Iranu wysłał w ubiegłym tygodniu do Budapesztu wiceprezydenta J.D. Vance’a na dwudniową wizytę – co pokazuje, jak totemiczne znaczenie miał węgierski lider.

W 2022 roku, gdy Orbán zmiażdżył nieskuteczną opozycję, jego władza wydawała się nie do ruszenia. Cztery lata później jest poza rządem. Dlaczego? I jakie wnioski mogą z tego wyciągnąć inne, konkurencyjne systemy autorytarne, w których rządzący próbują „ustawiać” demokratyczne wybory?
Magyar – dawny człowiek z wewnątrz – odsunął na bok dotychczasową zmęczoną i skompromitowaną opozycję. Dzięki mistrzostwu w viralowych przekazach i nieustępliwej kampanii potrafił obejść kontrolę Orbána nad mediami.
Magyar bez przerwy punktował słabe strony Orbána: gospodarkę, która utknęła w miejscu, najwyższą skumulowaną inflację w UE od 2022 roku oraz kulejące usługi publiczne. Węgrzy, którzy czuli się ubożsi, rzadziej przymykali oczy na wszechobecną korupcję w zamówieniach publicznych i na bogacenie się ludzi z najbliższego kręgu premiera.
Własne przekazy Orbána zdawały się trafiać w próżnię. Burza wokół tuszowania przez rząd skandali podkopała wiarygodność i moralny autorytet władzy w oczach wielu Węgrów.
Sama strategia kampanii Orbána także zdawała się wypalona. Nie było nowych sztuczek – tylko ta sama gra: podsycanie lęku przed zagraniczną ingerencją. Podobnie jak w 2022 roku Orbán budował kampanię na strachu przed wciągnięciem Węgier w wojnę w Ukrainie. Jednak – jak zauważa Zselyke Csaky z Centre for European Reform – ludzie nie są w stanie żyć w stałym lęku przez cztery lata, więc przekaz stracił świeżość i natychmiastowość.
Na ogłoszenie końca „orbánizmu” jest jeszcze za wcześnie. Ustępujący premier zapowiedział, że będzie walczył w opozycji. Być może liczy, że Magyar się potknie albo TISZA się rozpadnie. Nieliberalni demokraci mają zwyczaj wracać do gry. Ale „podręcznik Orbána” będzie musiał zostać napisany od nowa.
Data Publikacji: 13 kwietnia 2026 r.
© The Financial Times Limited 2026. Wszelkie prawa zastrzeżone. Zakaz rozpowszechniania, kopiowania i modyfikowania. Interia ponosi pełną odpowiedzialność za tłumaczenie. The Financial Times Limited nie odpowiada za jego jakość i dokładność.














