Polska 2050 przez kilka dni kozaczyła, aż w końcu przestała. Nie ugrała niczego – za to najwyraźniej zrozumiała, że Donald Tusk nie jest wdzięcznym obiektem politycznego szantażu, a postawione koalicjantowi ultimatum nie było narzędziem negocjacji, tylko realną groźbą.. Obie ministry zostały obronione, ale to nie kończy historii konfliktu między koalicjantami a pozostałościami po partii Hołowni.
Jeszcze kilka dni temu można było sądzić, że Polska 2050 rzeczywiście chce iść na zwarcie z premierem i jest gotowa położyć na szali głowę swojej dawnej koleżanki, Pauliny Hennig-Kloski. Od poniedziałku jednak, z godziny na godzinę, stawało się jasne, że aż takich twardzieli w tym klubie nie ma. Za jej odwołaniem zagłosował tylko poseł Romowicz. Polityk z Bieszczad, którego podejście do ochrony przyrody jest zresztą bliższe Konfederacji – tej samej, która wniosek o odwołanie ministry złożyła. Romowicz od dawna zapowiadał, że poprze ten ruch. Reszta klubu uznała najwyraźniej, że perspektywa jeszcze dwóch lat spędzonych w sejmowych ławach jest jednak warta tego głosowania.
Prawo jest tu bezlitosne: głosowanie nad wotum nieufności staje się w praktyce testem istnienia koalicji rządzącej. Do rządzenia potrzeba w Sejmie 231 głosów – dokładnie tyle samo, by obronić ministra. Jeśli więc któraś z partii koalicyjnych próbuje go odwołać, to realnie podważa funkcjonowanie całego rządu. Oczywiście można ostro negocjować, ale w pewnym momencie wybór jest zero-jedynkowy: albo koalicja się rozpada, albo ktoś się cofa. Zazwyczaj ten mniejszy. A dziś to Polska 2050 jest najmniejsza.




