Trzeba jednak podkreślić, że nie są to myśli, które powinny spędzać sen z powiek selekcjonerowi Polaków. Maj nie jest miesiącem, w którym należałoby wyciągać jakiekolwiek wnioski względem tego, w jakim kształcie będzie reprezentacja siatkarzy podczas najważniejszej imprezy roku – czyli wrześniowych mistrzostw Europy.
A przypomnijmy, że Polacy będą bronić tytułu najlepszej drużyny Starego Kontynentu, który w świetnym stylu zdobyli w 2023 roku. W finale wygrywając w Rzymie z gospodarzami, co więcej, bardzo pewnie, bo w trzech setach. Wówczas MVP gry o złoto wybrano przyjmującego polskiej kadry – Wilfredo Leona.
Polacy lepsi od Ukraińców. Poligon doświadczalny Nikoli Grbicia
Gdyby spojrzeć na to, w jakim składzie Polacy zaczynali mecz z drużyną prowadzoną przez trenera Raula Lozano, a jaki zestaw kończył spotkanie, błyskawicznie można uzyskać odpowiedź, na czym polegają turnieje towarzyskie. Przeciąganie liny trwało, serie punktowe, tracone przewagi, tzw. reprezentacyjny „dżemik” na otwarcie sezonu.
Trener Polaków w wyjściowym ustawieniu zdecydował się na: Bartłomieja Lemańskiego i Szymona Jakubiszaka na środku, Aleksandra Śliwkę i Bartosza Firszta na przyjęciu, Bartosza Gomułkę na ataku, Marcela Bakaja na rozegraniu oraz Maksymiliana Graniecznego na libero.
A jak mecz Polacy kończyli mecz? Mikołaj Sawicki i Michał Gierżot na przyjęciu, Adrian Markiewicz i Jakubiszak w roli środkowych, Gomułka na ataku, Jakub Ciunajtis na libero plus Sergiusz Serafin jako rozgrywający.
Swoje pozycje „wybronili” zatem Jakubiszak i Gomułka. Ten drugi na przestrzeni całego spotkania był najlepiej punktującym zawodnikiem całego meczu, inkasując 21 punktów – przy skuteczności na poziomie 48 proc. (29 ataków). Siatkarz PGE Projektu Warszawa dorzucił do swojego dorobku trzy punktowe bloki i cztery asy serwisowe. Z czego aż trzy… w ostatnich trzech punktach meczu, domykając wynik na 3:1 dla Polaków.
Z pewnością mecz z Ukrainą był ciekawym egzaminem dla kilku debiutujących na tak dużej arenie w reprezentacyjnym wydaniu. Mecze Polaków przed własną publicznością, a jeszcze tym bardziej w katowickim Spodku, są jedyne w swoim rodzaju. Tym większą odwagą wykazał się Grbić, ryzykując wiele rotacjami. Choć może było to „ryzyko” bardziej w takim wydaniu, czyli wyposażone w cudzysłowie. Całościowo nadal mowa bowiem o turnieju rangi towarzyskiej. Selekcjoner Polaków zdążył się już pewnie przyzwyczaić, że w przypadku grania u siebie, taryfy ulgowej wobec wyników nie ma. A jeśli przydarzyłaby się druga porażka z rzędu (po 2:3 z Serbami), znaleźliby się tacy, których kręcenie nosem mogłoby więcej zaszkodzić niż pomóc.
Nie można wykluczyć, że zupełnie inna konfiguracja zawodników pojawi się na boisku w przypadku rywalizacji Polaków w sobotnim, ostatnim meczu turnieju, przeciwko wicemistrzom świata. Bułgarzy również nie są w swoim najmocniejszym zestawieniu, ale będą zapewne też szukać rozwiązań.
Całościowo sygnały takie, jak Gomułki czy Jakubiszaka (10 punktów, z czego cztery punktowe bloki i 86 proc. skuteczności w ataku), coraz większy spokój Śliwki – choć atak do poprawy – będą istotne przed startem rozgrywek Ligi Narodów.
Do powrotu wszystkich reprezentantów, w tym tych najgłośniejszych nazwisk, jest jeszcze kilka tygodni. Grbić musi zatem uzbroić się w cierpliwość, konsekwentnie realizując swoje pomysły. A jeśli plan A czy B nie działają, nadal zmierzać według swoich zasad. Zbyt wiele razy na końcu „było na Grbicia”. Z tego też względu nawet widoczne w trakcie meczu niezadowolenie na twarzy selekcjonera, należy odbierać w kategoriach mieszaniny ambicji, troski, ale też poprzeczki.
Tej, która w Polsce od dawna wisi po prostu wysoko.














