— Zawsze się płacze po stracie dziecka. Pytanie tylko, czy w toalecie szpitalnej, czy dopiero w samochodzie po dyżurze — mówi neonatolożka z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Wielu lekarzy zmaga się depresją, zaburzeniami lękowymi, bezsennością, uzależnieniami od leków. Często nie chcą o tym mówić, ale dla nas zrobili wyjątek.
Obejrzyj reportaż video Kai Moskaluk „Biały fartuch, czarne myśli” — o medykach, którzy każdego dnia ratują innych, choć sami coraz częściej funkcjonują na granicy psychicznego wyczerpania.
W polskiej ochronie zdrowia depresja nadal jest tematem, o którym rozmawia się półgłosem. Lekarz może być przepracowany, może nie spać kolejną dobę, może pracować ponad siły i wracać do domu kompletnie wyczerpany, ale psychicznie ma wytrzymać wszystko. Tak został nauczony. Tak funkcjonuje ten system od lat.
Kliknij, by przeczytać więcej.
Foto: Newsweek
Tymczasem coraz więcej medyków już nie wytrzymuje. Europejska sekcja WHO alarmuje, że jedna trzecia lekarzy i pielęgniarek deklaruje objawy depresji albo silnych zaburzeń lękowych. Ponad 60 proc. medyków cierpi na bezsenność. Coraz więcej przyznaje się też do regularnego stosowania leków uspokajających, przeciwlękowych i nasennych. Mówi się, że już co trzeci z nich sięga po silne antydepresanty. Psychiatrom coraz częściej trafiają się lekarze uzależnieni od benzodiazepin, opioidów i środków przeciwlękowych. Medycy niechętnie mówią o swojej depresji czy uzależnieniach, wielu z nich funkcjonuje w trybie przetrwania.
— Nie wyobrażam sobie siebie bez terapii i bez leków — mówi jedna z lekarek występujących w reportażu wideo. Opowiada o napadach paniki, lęku przed wyjściem z domu i bezsenności. W pewnym momencie sama zaczęła mieć poczucie, że pacjenci dostają od niej „może połowę tego, co naprawdę powinni dostać”. Zaczęła mieć poczucie, że momentami to ona bardziej potrzebowała pomocy niż pacjenci.
Inna przyznaje: — Przychodziłam do pracy na hydroksyzynie. Najpierw była jedna tabletka przed dyżurem. Potem dwie. Później trzy albo cztery.
W najgorszym momencie przyszła do pracy po pięciu tabletkach hydroksyzyny. Wiedziała, że inaczej nie będzie w stanie funkcjonować. Najbardziej przerażające jest jednak to, jak bardzo podobne historie powtarzają się w różnych specjalizacjach, w szpitalach w całej Polsce.
Jedna z lekarek opowiada, że po ciężkich dyżurach organizm był tak przeciążony adrenaliną, że nie potrafiła zasnąć bez leków. — Brałam jeden zolpic, żeby zasnąć. Potem dwa. I tak dalej… — mówi. Uzależniła się.
Wielu lekarzy przyznaje dziś, że największym problemem nie jest już nawet fizyczne zmęczenie, ale emocjonalne odrętwienie. Moment, w którym człowiek przestaje reagować normalnie, bo inaczej nie byłby w stanie dalej pracować.
„Zawsze się płacze po stracie dziecka”
Neurochirurg dziecięcy, który występuje w reportażu wideo, przyznaje: — Przed operacją nie mogę myśleć, że na stole leży człowiek. Wtedy jestem bardziej komputerem niż człowiekiem.
Kilka godzin wcześniej spokojnym głosem odbiera telefon: — Ta dziewczynka z pękniętą czaszką? Jakie parametry? Ma słabe szanse na przeżycie. Dobra, działajcie, schodzę.
Bez emocji. Mówi to spokojnie, między piciem kawy, żartami i opowiadaniem anegdot z oddziału. Dopiero później tłumaczy, że inaczej się nie da. Że gdyby podczas operacji naprawdę dopuścił do siebie świadomość, że walczy o życie konkretnego dziecka, nie byłby w stanie pracować.
Najbardziej pamięta jednak nie pacjentów, ale ich rodziny. Ciszę po słowach „nie udało się”. Krzyk matki czy ojca, który nagle przestaje rozumieć słowa lekarza. Potem wraca do domu. Karmi syna. Bawi się z nim. Ale jednocześnie dalej analizuje dokumentację medyczną. Sprawdza każdy ruch wykonany podczas operacji. Czy podał dobre leki, czy czegoś nie przeoczył. — To siedzi w człowieku cały czas. Jeśli ktoś mówi, że nie siedzi, to udaje. Ja po takich nieudanych operacjach choruję na bezsenność przez kilka kolejnych dni.
Podobnego zdania jest neonatolożka z Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. — Zawsze się płacze po stracie dziecka. Pytanie tylko, czy w toalecie szpitalnej, czy dopiero w samochodzie po dyżurze.
WHO zwraca uwagę, że lekarze i pielęgniarki pracujący w systemie zmianowym, szczególnie nocnym, przeciążeni obowiązkami i doświadczający przemocy psychicznej, są znacznie bardziej narażeni na depresję, lęki i myśli samobójcze. Myśli samobójcze u medyków pojawiają się dwa razy częściej niż w populacji ogólnej.
Zaczyna się od tabletki po dyżurze
Lekarze mówią dziś coraz częściej, że największym problemem nie jest nawet sama śmierć pacjentów. Najbardziej wykańcza ich poczucie niekończącej się odpowiedzialności. Ciągłe napięcie. Życie w gotowości. Brak snu. Funkcjonowanie pomiędzy oddziałem, samochodem i kolejnym dyżurem. — Dyżury nie są czymś fizjologicznym. Jeśli ktoś nie śpi 24 albo 26 godzin, tego nie da się odespać jedną nocą — mówi jeden z lekarzy.
Problem samoleczenia lekarzy od lat narasta. Medycy mają łatwy dostęp do recept i wiedzę farmakologiczną, dlatego wielu próbuje leczyć się samodzielnie. Zaczyna się zwykle niewinnie. Od tabletki nasennej po ciężkim dyżurze. Od czegoś „na uspokojenie”. Potem organizm buduje tolerancję. Dawki rosną. — Najgorszy moment jest wtedy, kiedy człowiek orientuje się, że bierze leki już nie po to, żeby się uspokoić, ale żeby w ogóle normalnie funkcjonować — mówi jedna z lekarek.
Żona bardzo znanego chirurga, która zgodziła się porozmawiać wyłącznie anonimowo, opowiada, że jej mąż przed operacjami słyszał czasem od przełożonych: — Weź sobie hydro, bo ręce ci się trzęsą (hydroksyzyna to lek przeciwlękowy — przyp. red.) — Najgorsze było to, że nikt nie uważał tego za coś szokującego — mówi. W domu wszędzie leżały tabletki uspokajające. W szafkach. W kuchni. Na stole. On nigdy się do tego publicznie nie przyzna, ale przyjmował garść psychotropów dziennie.
O tym samym mówi też Magdalena Flaga-Łuczkiewicz, pełnomocniczka ds. zdrowia lekarzy z Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. Przyznała, że podczas pracy w Okręgowej Izbie Lekarskiej coraz częściej zdarza się zawieszać lekarzom prawa wykonywania zawodu, kiedy wychodzi na jaw, że sami masowo wypisują sobie recepty na psychotropy i leki uspokajające.
„O tym się nie mówi”
To problem, o którym środowisko przez lata praktycznie nie mówiło.
Bo w medycynie nadal bardzo silne jest przekonanie, że lekarz powinien być odporny. Że emocje przeszkadzają. Że słabość jest oznaką braku profesjonalizmu. Wielu medyków przyznaje, że najbardziej boją się nie reakcji pacjentów, ale własnego środowiska. — Słyszałem: „Ty jesteś psychiczny”, „Nie nadajesz się”, „My pracujemy po 20 lat i żyjemy” — mówi jeden z ratowników medycznych.
Psychiatrzy pracujący z lekarzami zwracają uwagę, że to przekonanie budowane jest już na studiach. Młodzi medycy uczą się funkcjonować w kulturze, w której nie ma miejsca na własne emocje, zmęczenie czy kryzys psychiczny. Potem trafiają do systemu, który wymaga od nich coraz więcej, a jednocześnie bardzo rzadko daje realne wsparcie psychologiczne.
Najbardziej poruszające jest zobaczenie ludzi, którzy każdego dnia zakładają fartuch, ratują innych i funkcjonują tak, jakby wszystko było pod kontrolą, choć sami coraz częściej są na granicy psychicznego wyczerpania. Największą fikcją jest przekonanie, że człowiek, który codziennie ratuje innych, sam nie potrzebuje ratunku. Bo za białym fartuchem bardzo często kryją się dziś przemęczenie, bezsenność, lęk i samotność, o których wciąż mówi się zbyt cicho.
Tekst publikujemy w ramach cyklu „Pod presją. Psychiczne koszty kariery”, poświęconego zdrowiu osób aktywnych zawodowo. Opowiadamy w nim o kryzysach, przeciążeniu, depresji i innych problemach, które często pozostają niewidoczne, choć dotykają milionów pracujących Polaków.
***
Jeśli mierzysz się z kryzysem psychicznym, nie jesteś sam/sama. W tych miejscach znajdziesz pomoc:
- Dorośli w kryzysie psychicznym: Zadzwoń pod numer: 800 70 22 22 (Centrum Wsparcia) lub 116 123 (Ogólnopolska Poradnia Telefoniczna).
- Funkcjonariusze i pracownicy służb mundurowych, ratownictwa medycznego i ich rodziny: 800 702 430
- Dzieci i młodzież: 116 111 (Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży).




