Jak można się było spodziewać, decyzja prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie Orderu Orła Białego dla Wołodymyra Zełenskiego nie tylko nie zmieniła stosunku Ukraińców do ich historii, ale wywołała największy kryzys w naszych relacjach od lat.
W najgorszym wypadku może on nawet zagrozić pozycji Polski w rozmowach o odbudowie i przyszłości Ukrainy, mimo całego wielkiego wysiłku, jaki polskie państwo i społeczeństwo włożyły w pomoc broniącej się Ukrainie w pierwszym okresie wojny.
W środę wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz podpisał umowę o współpracy obronnej ze swoim niemieckim odpowiednikiem Borisem Pistoriusem. Rządy w Warszawie i Berlinie miały rozważać podpisanie nowego polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie, w 35. rocznicę tego podpisanego przez Helmuta Kohla i Jana Krzysztofa Bieleckiego. Jak donosiła „Gazeta Wyborcza”, strona niemiecka miała jednak wycofać się z tego pomysłu, by nie dawać paliwa polskiej prawicy, która wokół ratyfikacji traktatu i jego podpisu przez prezydenta rozpętałaby najpewniej wewnętrzną polityczną wojnę.
Czy to w relacjach z Niemcami, czy z Ukrainą, polska polityka zagraniczna jest zakładniczką wewnętrznych politycznych konfliktów i wojen kulturowych. Polska sabotuje w ten sposób własną pozycję w regionie: gdy polityka wobec naszych kluczowych sąsiadów staje się zakładniczką wielkich emocji wywoływanych przez krajowe polityczne wojny wokół pamięci i tożsamości, to staje się ona coraz mniej racjonalna i skuteczna.
Co dziś jest kluczowe w stosunku do Ukrainy?
Oczywiście, nie da się prowadzić polityki wobec sąsiadów w oderwaniu od historii — zwłaszcza że historia często dostarcza cennych lekcji. Przez lata zachodnie elity oskarżały Polaków, że ze względu na nasze historyczne doświadczenia zachowujemy się nieracjonalnie, paranoicznie wobec Rosji, tymczasem co najmniej ostatnie cztery lata polityki Władimira Putina w pełni potwierdziły, że „polska paranoja” wobec jego reżimu była w pełni uzasadniona.
Sprawa UPA jest dla nas ważna nie tylko ze względu na historię i szacunek dla polskich ofiar, ale także dlatego, że w dobrze pojętym interesie Polski jest to, by tożsamość powojennej Ukrainy opierała się jak najmocniej na liberalno-demokratycznych koncepcjach obywatelstwa, a jak najmniej na tradycji ukraińskiego nacjonalizmu. Jednocześnie w relacjach z Ukraińcami trzeba umieć oddzielać kwestie bardzo ważne czy wręcz egzystencjalne od „tylko” ważnych.
Egzystencjalną kwestią dla nas było to, by Ukraina obroniła się przed rosyjską napaścią i by nie upadła — i to, można chyba powiedzieć, się udało. Kolejną kluczową dla nas sprawą jest to, by Ukraina nie wpadła z powrotem w rosyjską orbitę wpływów, by Kijów zachował prozachodnią orientację. Najlepiej jako w pełni zintegrowana z Zachodem demokracja liberalna o zachodnich standardach, zdolna rozliczyć się z własną przeszłością. Najważniejsze jest dla nas jednak to, by Ukraina nie wróciła w orbitę Rosji, jak i przyszła współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa — bo możliwości, jakie w tej wojnie zaprezentowała Ukraina, czynią z niej istotny element każdego przyszłego układu bezpieczeństwa w naszym regionie.
Kolejne w hierarchii ważności są kwestie gospodarcze: udział Polski w odbudowie Ukrainy i zatrzymanie w Polsce niezbędnej naszej gospodarce migracji ukraińskiej. Dopiero za tymi kwestiami — nie umniejszając ich znaczenia — znajdują się kwestie historii i jej publicznej pamięci. W polskiej polityce ostatnich tygodni zachowujemy się tymczasem tak, jakby kwestia pamięci była ważniejsza od wszelkich pozostałych.
Polityka zagraniczna jako funkcja wewnętrznych wojen
Nie wynika to przy tym wyłącznie z tego, że politycy podążają tu za opinią publiczną i jej emocjami. Cztery lata temu na początku wojny przeciw Ukrainie emocje wobec Ukrainy i Ukraińców były zupełnie inne. Jeszcze piętnaście lat temu sprawa Wołynia budziła też znacznie mniejsze emocje i była znacznie mniej obecna w dyskursie publicznym niż dziś.
Zmiana w obu tych obszarach zaszła w wyniku świadomych działań polityków i innych liderów opinii, podbijających antyukraińskie treści czy podnoszących — często antyukraińsko upolitycznioną — pamięć Wołynia w przestrzeni publicznej dla swoich politycznych i ideologicznych interesów. W efekcie wytworzyło się sprzężenie zwrotne: im bardziej elity wrzucały takie treści do debaty publicznej, tym bardziej antyukraińskie stawało się społeczeństwo, a im bardziej zmieniały się nastroje społeczne, tym bardziej zmieniał się język elit, który z kolei jeszcze bardziej utwardzał negatywne społeczne emocje wobec Ukrainy.
Politycy i inni liderzy opinii podążają tu przy tym za logiką wewnętrznego konfliktu politycznego. PiS nagle przed wyborami w 2023 r. zmienił swoją retorykę w sprawie Ukrainy, by spacyfikować wyrastającą mu konkurencję z prawej strony. Karol Nawrocki zaczął orderową wojnę z Zełenskim nie po to, by coś realnie zmienić w stosunku Ukraińców do historii — a jeśli wierzył, że odebranie Zełenskiemu najwyższego polskiego odznaczenia jest drogą do tego celu, to znaczy, że zupełnie nie rozumie ukraińskiej polityki — ale by ugrać punkty na wewnętrznym boisku, by zintegrować wokół siebie coraz bardziej antyukraiński prawicowy elektorat.
Problem w tym, że taka wewnętrzna gra utwardza polityczną tożsamość „partii ukrainosceptycznej”, która jeśli dalej będzie rosnąć w siłę, może utrudnić każdemu przyszłemu rządowi nie tylko prowadzenie racjonalnej polityki wobec Kijowa, ale także mieszkających w Polsce Ukraińców. Coś takiego już stało się w naszej polityce niemieckiej. Prawica, podbijając antyniemiecki bębenek, stworzyła elektorat niezdolny do zaakceptowania jakiejkolwiek pragmatycznej polityki wobec Niemiec, postrzegający naszego największego partnera gospodarczego i sojusznika z Unii Europejskiej i NATO jako państwo w zasadzie Polsce wrogie. Podążając za tymi nastrojami i za logiką swojej politycznej wojny z rządem Tuska prezydent zawetował ustawę o SAFE, przedstawianą przez prawicowe media jako niemiecki spisek dążący do podporządkowania polskiej armii Niemcom i niemieckiemu przemysłowi zbrojeniowemu.
Tak się nie zachowuje kandydat na lidera
Mimo wszystkich naszych problemów i konfliktu politycznego niejednokrotnie paraliżującego kraj, Polska przedstawiana jest coraz częściej jako przykład wielkiego sukcesu. Nie tylko największy kraj postkomunistycznej Europy Środkowo-Wschodniej, nie tylko jako przykład bardzo udanej transformacji politycznej i gospodarczej, ale także jako jedna z najbardziej dynamicznych gospodarek Unii Europejskiej, kraj, który dołączyć może, jeśli już nie dołącza do liderów kontynentu.
Także polskie społeczeństwo patrzy na Europę z coraz mniejszymi kompleksami i ma coraz większe ambicje, by odgrywać podmiotową rolę w Unii.
To, co działo się wokół SAFE, nowego traktatu z Niemcami czy teraz orderu odebranego Zełenskiemu, sabotuje podobne — niepozbawione racji — polskie ambicje. Jeśli chcemy być poważnym państwem, prowadzącym sensowną politykę w regionie, to musimy się zachowywać na miarę naszych ambicji. Nie możemy wysadzać relacji z kluczowymi stolicami w imię sondażowych słupków, wewnętrznych wojen kulturowych, hodować społecznych emocji, których zakładnikami staje się potem państwo.