„W latach 2019-2025 około 400 000 miejsc pracy w niemieckim przemyśle zostało utraconych wyłącznie z powodu Chin” – brzmi alarmująca konkluzja, jaką zawarto w raporcie, który 30 czerwca opublikował Institut der deutschen Wirtschaft (IW).
Tytuł dokumentu brzmi: „Wkład Chin w deindustrializację – szacunkowe dane”. Poświęcono go w całości temu, co Państwo Środka uczyniło niemieckiej gospodarce. Końcowe wnioski, choć są długie, sprowadzić da się do jednego zdania z raportu. Brzmi ono:
„Dostępne dowody i szacunki zdecydowanie wskazują, że większa część deindustrializacji (RFN – przyp. red.) od 2019 r. jest spowodowana chińską konkurencją”.
Ale udokumentowane przyczyny zapaści, dotykającej niemiecką produkcję przemysłową oraz tamtejsze korporacje, wstrząsają dopiero w zestawieniu z postawą rządu kanclerza Friedricha Merza.
Miłośnicy prozy Rudyarda Kiplinga zapewne pamiętają jednego z bohaterów „Księgi Dżungli” pytona Kaa. Opanował on sztukę hipnozy i gdy odczuwał potrzebę przekąszenia czegoś, zjawiał się przed stadem małp, aby zademonstrować im – jak opisywał Kiplinga – „wielki głodowy taniec” (nie mylić z godowym). Wywijasy głodnego gada i jego słowa wprawiały ofiary w stan hipnotycznego oszołomienia. Wówczas Kaa zapraszał obiad bliżej i bliżej. Ten wiedział co go czeka, lecz nie potrafił zrobić niczego wbrew woli węża. Aż lądował w jego uścisku i tracił szansę na ratunek.
Wracając do Chin, to sytuacja zmusza je, by zintensyfikowały swój „wielki głodowy taniec”. Przez dwie dekady do wybuchu pandemii najważniejszym z motorów napędowych wzrost gospodarczy z Wielkim Murem były inwestycje budowlane. Choć Chiny stały się fabryką świata, nadal budowa infrastruktury i mieszkań stanowiła kluczowy składnik chińskiego PKB. Aż przyszło wielkie załamanie na rynku nieruchomości. Wówczas dla Pekinu priorytetem stał się wzrost produkcji przemysłowej i eksportu. W 2019 r. jego wartość wynosiła 2,4 biliona, a w 2025 już 3,7 biliona dolarów. Towarzyszyło temu rozbudowywanie mocy produkcyjnych fabryk w państwie, które i tak generuje już ponad 30 proc. światowej produkcji.
Szalonemu rozwojowi sekundował do niedawna wzrost konsumpcji wewnętrznej. Jednak od początku 2026 r. w ujęciu rok do roku Chińczycy skonsumowali o 0,6 proc. mniej towarów. Spadła też wysokość inwestycji aż o 4,1 proc. Dzieje się to w momencie, gdy miejscowi producenci toczą coraz zacieklejszą wojnę cenową.
Sytuacja stała się tak napięta, że reagować zaczyna kierownictwo państwa. Na pierwszy ogień poszedł rynek motoryzacyjny. Na nim popyt zmalał najbardziej, bo aż o 20 proc. Zatem z początkiem lipca chińskie Ministerstwo Przemysłu zaczęło odbierać licencje na wytwarzanie aut kolejnym producentom. Pragnąc tak ograniczyć nadpodaż, generującą obniżki cen. Na razie dotknęło to osiem mniej znanych samochodowych marek, m.in.: Brilliance, Haima i Zotye. Na tym może się nie skończyć, bo wedle danych Chińskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (CAAM) w 2025 r. wyprodukowano w Państwie Środka 34,4 mln aut osobowych i ciężarowych, lecz fabryki posiadają zdolności produkcyjne w okolicach 50 mln. sztuk.
Podobnie rzecz się ma z firmami wytwarzającymi inne, zaawansowane technologicznie wyroby. Chiny są teraz gigantyczną fabryką, która by uniknąć krachu, musi podbijać zagraniczne rynki, ponieważ wewnętrzny całkowicie się nasycił i zaczyna dusić od nadmiaru towarów. Dlatego eksport w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2026 roku wzrósł o 15,5 proc. rok do roku – jak informuje serwis „tradingeconomics.com”.
Tymczasem Stany Zjednoczone, począwszy od pierwszej kadencji Donalda Trumpa, stawiają kolejne bariery celne, żeby ograniczyć napływ chińskich towarów. W podobnym kierunku próbuje nieśmiało podążyć Unia Europejska.
Ale prezydent Xi Jinping ma świadomość, że wyhamowanie eksportu uderzy w chińskie korporacje i może przynieść załamanie podobne do tego z rynku nieruchomości. Pekin stał się więc gorącym orędownikiem idei wolnego handlu oraz wrogiem ceł. W razie restrykcji handlowych wyjmuje „grubą pałkę” i zaczął nią uderzać, nie za mocno ale tak by bolało. Są nią surowce krytyczne na czele z pierwiastkami ziem rzadkich, elektroniczne podzespoły oraz łańcuchy dostaw. Odcinanie od nich firmy z Europy i Ameryki Północnej przywołuje do porządku rządy i przywraca wiarę w wolny handel. Tak Państwo Środka tańczy swój „wielki taniec głodowy”, a chińscy producenci eliminują z globalnych rynków zachodnie firmy.
Największym nieszczęściem Republiki Federalnej Niemiec okazuje się to, że do niedawna jej gospodarka była czymś na kształt „małych Chin”. Rozwój kraju napędzał eksport zaawansowanych technologicznie wyrobów przemysłowych, na czele z motoryzacyjnymi. Rząd i koncerny tłumiły wzrost płac aby redukować koszty produkcji. Najważniejsze korporacje zawsze mogły liczyć na subsydia ze strony administracji państwowej i lokalnej. Atutem okazywało się też euro, które posiadało niższą wartość, niż gdyby w RFN pozostała w obiegu niemiecka marka. Dzięki temu Niemcy utrzymywały pozycję trzeciego eksportera świata, ustępując jedynie po wielokroć od nich większym Stanom Zjednoczonym oraz Chinom. Berlin odnotowywał też każdego roku gigantyczną nadwyżkę handlową. W rekordowym roku 2015 wyniosła ona prawie 250 miliardów euro.
Aż na drugim krańcu świata wyrosła gospodarka oparta na analogicznych filarach. Acz wszystko jest w Państwie Środka po wielokroć większe, włącznie z ambicjami. Wedle wspomnianego raportu IW moment, gdy Chiny „weszły w skórę” Niemiec i przystąpiły do eliminacji swego mentora, wydarzył się około roku 2020. Okazję na to przyniosła pandemia, rwące się łańcuchy dostaw oraz najazd Rosji na Ukrainę i towarzyszący mu kryzys energetyczny w Europie. Pekin kontrolował łańcuch dostaw i gwarantował rodzimemu przemysłowi tanią energię. Jednocześnie zadbał o osłabianie się juana, co czyniło chińskie wyroby jeszcze tańszymi.
„W rezultacie niemieckie produkty przemysłowe (wyrażone w jednej walucie) stały się o około 40 proc. droższe niż chińskie towary przemysłowe między początkiem 2020 a początkiem 2026 roku” – podkreśla dokument IW. Tu należy dodać olbrzymi skok jeśli idzie o jakość oraz zaawansowanie technologiczne tego, co oferowały firmy z Państwa Środka.
Na dokładkę Pekin od dawna zapewniał firmom turbodoładowanie w postaci subsydiów. Na początku czerwca 2026 r. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ogłosiła raport, w którym informowano, że nawet 60 proc. wzrostu udziału Chin w globalnym rynku w latach 2005-2023 osiągnięto dzięki dotowaniu chińskich producentów przez rząd centralny i władze poszczególnych prowincji.
„Odsetek przypisywany zakłóceniom konkurencji prawdopodobnie znacznie przekracza 60 proc., ponieważ OECD nie rejestruje wszystkich subsydiów w Chinach, a także nie uwzględnia znacznego niedowartościowania juana” – skomentowało te dane IW w swoim raporcie. Dodając kolejne liczby, mające dowodzić, iż z powodu chińskiej ekspansji, prowadzonej w bezwzględny sposób, niemiecka gospodarka utraciła 400 tys. miejsc pracy w przemyśle. Zaś stratę PKB oszacowano na 4,3 proc. Poza tym niemieckie koncerny zaczęły tracić nadzieję na lepszą przyszłość.
Tuż przed 66. Walnym Zgromadzeniem Akcjonariuszy Volkswagena „Manager Magazin” ujawnił wyniki anonimowej ankiety, jaką przeprowadzono wśród członków zarządu firmy. Spośród dziewięciu osób aż sześcioro prezesów okazało się głębokimi pesymistami, oceniając, że przyszłość korporacji jest zagrożona i może ona nie przetrwać najbliższych lat. Jedynie trójka wyraziła umiarkowane nadzieje na wyjście obronną ręką z opresji.
Jak na razie uznano, że dla ratowania Volkswagena porozumienie zawarte z rządem RFN i związkami zawodowymi w grudniu 2024 r. mówiące o zwolnieniu 35 tys. pracowników, to zbyt mało. Po zebraniu akcjonariuszy ogłoszono program naprawczy sprowadzający się do likwidacji ok. 100 tysięcy miejsc pracy (czyli zwolnienia prawie jednej szóstej zatrudnionych) oraz zamknięcia czterech fabryk w Niemczech. Zapaść w kluczowym dla Niemiec koncernie nie jest czymś nadzwyczajnym. Zderzył się z ekspansją chińskich firm motoryzacyjnych i słania się na nogach, jak bokser po nokautującym ciosie. Podobnie chwieją się: Mercedes-Benz, Bosch, Audi, Siemens, Thyssenkrupp i wiele innych firm. W coraz większym strachu żyją też ich pracownicy.
„Ekonomiści również są zaniepokojeni, mówiąc o drugim szoku chińskim, nawiązując tym samym do debaty z początku lat 2000. – wówczas szybko rosnąca chińska produkcja po raz pierwszy wywarła znaczną presję na miejsca pracy i ceny w zachodnim przemyśle, ponieważ Chiny stały się eksporterem o niskich kosztach na rynkach światowych. Wówczas główną ofiarą były Stany Zjednoczone; tym razem Niemcy są szczególnie dotknięte” – informował czytelników 30 czerwca 2026 r. dziennika „Handelsblatt”.
Dodając, że „od spotkania z pracodawcami i pracownikami w Kancelarii na początku miesiąca, kanclerz Friedrich Merz również jest przekonany, że Europa musi bronić się przed nieuczciwymi praktykami konkurencyjnymi„.
Ale czas płynie i polityk znany z tego, że najpierw ogłasza ambitne cele a potem po cichu się z nich wycofuje, gdy tylko natrafia na opór, wciąż niczego nie zmienia. W łonie koalicji CDU/CSU-SPD od miesiąca trwa debata, co począć z „chińskim szokiem 2.0” i brak sygnałów, że coś konstruktywnego z niej wynikło.
Berlin panicznie boi się pójść na wojnę handlową z Pekinem oraz pchnąć na nią Unię Europejską. Wówczas bowiem Chiny mocniej uderzą swą surowcową i technologiczną „grubą pałką”. Jednocześnie narasta świadomość, iż plan reform wewnętrznych ogłoszonych przez Merza, może nie przynieść oczekiwanych skutków.
„Kluczowe jest to, że nawet dalekosiężne reformy raczej nie ożywią silnika wzrostu, dopóki Niemcy dotyka tak ogromna dysproporcja kosztowa w porównaniu z Chinami” – podkreśla „Handelsblatt”.
Chińskie towary wciąż będą tańsze i nie gorsze od niemieckich. Zatem albo Berlin zdecydowanie przeciwstawi się Pekinowi, albo będzie świadkiem powolnej agonii niemieckiego przemysłu. Jak na razie przypomina zahipnotyzowaną małpę, świadomą rzeczywistości, a i tak bezradnie kroczącą w stronę objęć pytona Kaa.
Andrzej Krajewski














