Jeśli chcecie wiedzieć, skąd się biorą wybitni ludzie, spytajcie Lászla Polgára. Nawiedzony Węgier arcymistrzowsko opanował i teorię, i praktykę. Choć jego metody uznawano za szalone, wychował trzy córki i wszystkie wybitne. A najmłodsza Judit w męskim świecie szachów biła największych mistrzów. Tak dotkliwie, że się na nią obrażali.
Te sceny mogłyby otwierać niezbyt romantyczną komedię, ewentualnie dreszczowiec o socjopatach — bohaterka koresponduje z nieznajomym z zagranicy, piszą wyłącznie o sprawach naukowych, bez miłosnych uniesień, aż on proponuje ślub, po którym wspólnie przeprowadzą eksperyment na własnych dzieciach. Tyle że wszystko wydarzyło się naprawdę.
„Kiedy zaczynamy?” — miała odpowiedzieć Klára Altberger, gdy wreszcie spotkali się twarzą w twarz, a László Polgár znów uwodził opowieścią o swojej szalonej idée fixe, której realizacja przeobraziłaby ich małżeństwo, mówiąc współczesnym korposlangiem, w projekt.
Studiował psychologię i pedagogikę, ale oddychał przeświadczeniem, że geniusz nie potrzebuje genetycznych predyspozycji czy jakkolwiek definiowanego potocznego „talentu”, lecz odpowiedniego treningu rozpoczętego w bardzo młodym wieku. Że geniusz drzemie w każdym zdrowym niemowlaku — bez względu na płeć — którego pech polega na tym, że nikt w to nie wierzy. Polgára również odsyłano do psychiatry, gdy dzielił się obsesją z dyrektorami szkół i urzędnikami, nawołując do rewolucji w edukacji. Wnikliwie zlustrował biografie 400 geniuszy i zdiagnozował, że każdy dojrzewał w specyficznych, sprzyjających intelektualnemu rozwojowi okolicznościach. Leopold Mozart, przyzwoity XVIII-wieczny muzyk, posadził syna przed fortepianem jako trzylatka.
László maniacko dążył do udowodnienia, że ma rację, więc przeprowadził rekrutację. Spotykał się z wieloma kandydatkami na matkę, aż zawarł umowę z rówieśniczką mieszkającą w Ukrainie (wówczas należącej do ZSRR), nauczycielką języków obcych, z którą nawiązał kontakt dzięki odległym rodzinnym koligacjom. Ślub wzięli w wieku 21 lat, Klára przeniosła się na Węgry, urodziła trzy córki — Zsuzsę (w roku 1969), Zsófię (1974) oraz Judit (1976). I wszyscy wyruszyli w niewiarygodną podróż, która powinna się zdarzyć raczej dzisiaj, w epoce poradników zalecających poszukiwanie „najlepszej wersji samego siebie”, życia jako łańcucha zadań do wykonania, programowania złotej przyszłości potomstwa już na etapie brzdąca.
V Światowy Festiwal Szachowy w Budapeszcie
Foto: EPA/PAP
Jak László Polgár wychowywał swoje córki?
Metodologia, którą obrał László, wzbudziłaby kontrowersje obecnie — zwłaszcza w krajach o zaawansowanej inżynierii społecznej, gdzie instytucjonalnie kontroluje się dobrostan dziecka — i wzbudzała kontrowersje w komunistycznym reżimie, który podejrzliwie spoglądał na wszelkie odstępstwa od partyjnych dogmatów. Siostry uczyły się w domu, do szkoły zaglądały raz w roku, by zdać egzaminy z obowiązkowych przedmiotów, nie zbijały bąków na podwórku ani nie przyjaźniły się z rówieśni(cz)kami, przez „25” godzin na dobę i „8” dni w tygodniu realizowały precyzyjny harmonogram.
Nie ma pewności, dlaczego rodzice uznali, że spróbują podbić akurat świat szachów. Czasami wspominają o wyborze dziedziny, w której łatwo mierzyć postęp, a sukcesu nie sposób zakwestionować (w przeciwieństwie do choćby sztuki), czasami przywołują obraz Zsuzsy, która potraktowała znalezione w zakurzonym pudełku bierki jak normalne zabawki, więc ojciec fantazjował o nich jako bajkowych postaciach, wymyślał dialogi, potem każdą partię przekładał na pełną emocjonujących przygód historię. Dziewczynka zaczęła grać jako czterolatka, z czasem zaintrygowane młodsze siostry zaczęły ją podglądać przez małe okno, gdy pochylała się nad szachownicą w pokoju przeznaczonym do treningów. Zanim do niej dołączyły, bawiły się samymi figurami — by zapoznać się z ich kształtem, fakturą, polubić je.
Wstawały o szóstej rano, żeby pomachać rakietką do tenisa stołowego, popedałować na rowerze lub popływać, przygotowując się fizycznie do wysiłku umysłowego. Codziennie znosiły dwie wielogodzinne intensywne sesje przyswajania szachowej teorii i analizowania partii wirtuozów, przedzielone nauką przedmiotów wymaganych przez system, języków (angielskiego, rosyjskiego, niemieckiego, hiszpańskiego, esperanto) oraz rozszerzonej matematyki. Odpoczywały wieczorem, czytając i rozmawiając z rodzicami. Państwo Polgárowie nieświadomie przekuwali w czyn teorię — w bardziej wyrafinowanej, rozbudowanej, ekspresowej formie — spopularyzowaną kilkadziesiąt lat później przez Malcolma Gladwella, który w bestsellerze „Poza schematem” przekonywał, że do wypracowania mistrzostwa w dowolnej dziedzinie potrzeba około 10 tys. godzin praktyki.
Budapeszteńskie mieszkanie László — określał je jako ciasne i obskurne — wystroił na świątynię królewskiej gry. Jedną ścianę w całości obkleił szachowymi zagadkami, na innych powiesił plakaty z turniejów i gazetowe wycinki o arcymistrzach, na półkach poupychał broszury z zapisem 200 tys. partii. Uważał, że zamiast przesadnie rozpraszać uwagę dziecka na wiele dziedzin, należy rozpalić w nim konkretną namiętność, która pozwoli całkowicie zatracić się w wybranej dyscyplinie. Sam grał przeciętnie, więc najpierw zanurzył się w podręcznikach, a następnie wynajmował eksperckich korepetytorów, których systematycznie wymieniał, gdy młode zawodniczki podnosiły kompetencje. W ich kształcenie inwestował wszystkie pieniądze, rodzina żyła wręcz ascetycznie („chleb ze smalcem na śniadanie, obiad, kolację”), owoce jadały tylko córki.
Trwała też nieustająca szarpanina z aparatczykami, którzy rebeliantowi rzucającemu wyzwanie marksistowskiemu kolektywizmowi grozili odebraniem praw rodzicielskich i więzieniem. Zsuzsę próbowała zaciągnąć do szkoły nawet policja. Prasa obwoływała potwornie zdeterminowanego ojca doktorem Frankensteinem, także wielu zwykłych ludzi sądziło, że dziewczyn nie trenuje, lecz tresuje, a nawet torturuje.
Trzy siostry Polgár. Szachowe mistrzynie
Totalitarne państwo mogło błyskawicznie rozwiązać problem, ale stalinowski terror minął, János Kádár wyznawał zasadę „kto nie jest przeciwko nam, ten z nami”, Polgár nie był wywrotowcem obalającym dyktaturę — uchodził raczej za uciążliwego wariatuńcia — a jego córki wyglądały na zadbane i szczęśliwe. Ba, odnosiły spektakularne triumfy.
Zsuzsa przed szóstymi urodzinami pokonała w turnieju wszystkie dwukrotnie starsze od siebie rywalki, jako 12-latka zdobyła mistrzostwo świata dziewcząt do lat 16, jako 15-latka wystrzeliła na szczyt globalnego rankingu seniorek. I była jedyną dorosłą wśród sióstr, gdy w 1988 r. trio w pełnym składzie poleciało do Grecji, by reprezentować kraj w olimpiadzie szachowej — najbardziej prestiżowej imprezie drużynowej, już pozbawionej metrykalnych ograniczeń.
Tam wysadziły w powietrze całą galaktykę królewskiej gry. Niespotykanym zjawiskiem było już to, że wszystkie zasłużyły na powołanie do czteroosobowej węgierskiej kadry, a one jeszcze wywołały, w nieprzyzwoicie młodym wieku, sensację wszech czasów. 19-letnia Zsuzsa, 14-letnia Zsófia oraz 12-letnia Judit zgarnęły złoto, detronizując reprezentację ZSRR, która wcześniej wygrała każdą (!) olimpiadę poza jedną… zbojkotowaną. Z dnia na dzień rozbłysnęły na skarby narodowe, udobruchana spadającą z nieba propagandową walutą władza chełpiła się wiktorią jak własną.
Pełną wolność Węgierki odzyskały jednak kilkanaście miesięcy później, gdy runęła komuna. Polgár senior narażał się bowiem reżimowi zarówno pogardą dla socjalistycznego systemu edukacji, jak i niewystępującym w naszym regionie feminizmem wyrażanym poprzez przekonanie, że szachistki mogą konkurować z szachistami. Nie chciał, by córki rywalizowały z kobietami, lecz z mężczyznami, więc władze dyscypliny utrudniały im starty, a władze państwa konfiskowały paszporty, by nie uciekały na zawody za granicą. Dopiero teraz siostry wreszcie mogły eksplorować wszelkie niezbadane terytoria.
W szachach nie istnieje formalny podział na płcie — organizuje się turnieje dla wszystkich, w kategorii open, oraz dla kobiet, które grają zazwyczaj między sobą. We wspólnym rankingu FIDE nie mieszczą się nawet w szerokiej światowej czołówce, najwyżej aktualnie sklasyfikowana Chinka Hou Yifan zajmuje 170. miejsce (w szczycie plasowała się na 55.). Dlaczego tak się dzieje, nie wiadomo, dysponujemy głównie hipotezami i poszlakami pozwalającymi narysować spójny zbiór przypuszczeń.
Szachistek jest zdecydowanie mniej, stanowią 10-15 proc. obsady turniejów. Młode dziewczyny, które zręcznie manipulują figurami, rzadziej popycha się do kontynuowania kariery, więc chętniej rezygnują, przekierowując zainteresowania na inne dziedziny. Kobiety częściej interesują się ludźmi, a mężczyźni — przedmiotami, przez co wybierają odmienne ścieżki edukacji oraz profesje (statystycznie, to nie oznacza, że płeć cokolwiek determinuje). Z powodu różnic, na które wpływają hormony i środowisko aplikujące wzorce kulturowe, szachistki częściej widzą w remisie, najbardziej powszechnym wyniku partii na wysokim poziomie, szklankę w połowie pełną niż w połowie pustą. Są bardziej skłonne uznać go za satysfakcjonujący, mniej skłonne podjąć ryzyko. I, jak wynika z badań, popełniają więcej błędów w grze z przeciwnikiem na zbliżonym poziomie, gdy siedzi przed nimi mężczyzna.
Lapidarnie podsumował zagadnienie László: „Ludzie mają wobec dziewczyn mniejsze oczekiwania, więc dziewczyny odpowiadają mniejszymi aspiracjami i dokonaniami”.
Judit Polgár wygrywała z arcymistrzami. Uważali, ze ich poniża
Powyższe akapity stanowią skandaliczne uproszczenie, ale bardziej złożonych nie pomieści artykuł o eksperymencie edukacyjnym, w którym szachy można by zastąpić dowolną dyscypliną intelektualną. Zwłaszcza że Judit Polgár zachowywała się tak, jakby nie miała pojęcia, że natura obciążyła ją parą chromosomów zabraniającą wygrywać z chłopakami.
Najpierw szklane sufity roztrzaskiwała Zsuzsa, która jako pierwsza kobieta w historii otrzymała klasyczny, nazywany również „męskim” tytuł arcymistrzowski, czyli poparty czystą arytmetyką wyników, a nie przyznawany w nagrodę za kolekcję trofeów — różniący się od honorowego mniej więcej tym, czym profesura zwyczajna różni się od nadzwyczajnej. Pokonała tłum gigantów płci przeciwnej, z Anatolijem Karpowem na czele. I to właśnie seryjne rozprawianie się z mężczyznami przypłaciła utratą pozycji liderki światowego rankingu kobiet — szefowie FIDE podarowali wszystkim innym szachistkom 100 punktów premii, by zrekompensować im rzekomą niesprawiedliwość.
Kiedy jednak nastała era najmłodszej z sióstr — środkowa Zsófia, uchodząca za najzdolniejszą, pomimo rewelacyjnych wyników poświęciła się malarstwu — żywiołu nie zatrzymały żadne biurokratyczne szachrajstwa. Judit została klasyczną arcymistrzynią jako druga szachistka w dziejach, w żeńskim rankingu panowała przez absolutnie rekordowe 26 lat, a przede wszystkim kolekcjonowała skalpy męskie, co było niemal obrazoburstwem. Pokonani często odmawiali podania zwyciężczyni dłoni, łamiąc elementarz kodeksu honorowego, bo skażeni uprzedzeniami czuli się poniżeni. Fenomenalny Bobby Fischer mówił wprost, że kobiety są zbyt głupie i nigdy się niczego nie nauczą; Wiktor Korcznoj twierdził, że może z nimi przegrać, tylko jeśli nie zechce mu się wytężać mózgu; Garri Kasparow drwił z Judit jako „cyrkowej kukiełki”.
Kiedy ten ostatni zmierzył się z Węgierką po raz pierwszy — już w glorii mistrza świata — uzyskał przewagę, ale w pewnym momencie cofnął ruch (fatalny), przesuwając upuszczonego już skoczka na inne pole. Postąpił wbrew przepisom, Judit wpadkę zauważyła, nie ośmieliła się zareagować. Miała 17 lat, siedziała naprzeciw legendy, sędziowie niczego nie wychwycili lub nie chcieli wychwycić. Prawdę ujawnił dopiero, już po przegranej przez nią partii, zapis z telewizyjnej kamery, co rozeźliło Rosjanina. Nigdy nie ustalimy, czy rzeczywiście pomylił się nieświadomie, w zamyśleniu — jak utrzymywał — w każdym razie jego relacje z Węgierką przez blisko dekadę pozostały chłodne. To ona bowiem ostatecznie poprosiła o sprawdzenie, czy nie przewinił.
Wygrywała ze wszystkimi znakomitościami, wtargnęła do czołowej dziesiątki wśród mężczyzn. Stylem zaprzeczała płciowym stereotypom — grała agresywnie, bezkompromisowo, radośnie parła do rozszarpania wrogiego króla na strzępy. I paradoksalnie między pretendentów do walki o tytuł mistrza świata wepchnęła się, kiedy złagodniała, zmodyfikowała strategię, nauczyła się akceptować remis. Wtedy też wreszcie przechytrzyła Kasparowa, na którego zasadzała się najdłużej, uległa mu kilkanaście razy z rzędu. Zaprzyjaźnili się, wirtuoz zapraszał ją jako sekundantkę na obozy treningowe, a Judit wzbiła się na jego pułap — on powoli traci obecnie renomę szachisty wszech czasów na rzecz Magnusa Carlsena, ona pozostaje szachistką wszech czasów bezdyskusyjnie.
I przewyższa siostry sławą oraz pozycją na Węgrzech, niedawno premier Péter Magyar zaproponował jej fotel prezydencki. Odmówiła, wyjaśniając, że nie podoła zadaniu zjednoczenia podzielonego narodu.
Siostry Polgár dzieciństwo wspominają jako idyllę
Wielu wybitnych sportowców, których od kołyski chowano na mistrzów dyscyplin indywidualnych, płaci za sukces osobistym dramatem. Ponury schemat znamy przede wszystkim z kortów, usianych nagłymi załamaniami psychicznymi, przedwczesnymi rozstaniami z kortem, autobiografiami gwiazd przepojonymi zwierzeniami o wieloletnich zmaganiach z depresją, nawet o nienawiści do wywijania rakietą.
Siostry Polgár dzieciństwo wspominają jako idyllę, w której gońce i hetman zastępowały im zarówno lalki pozwalające się przytulić, jak i klocki pozwalające tworzyć fascynujące konstrukcje. Nie przywołują żmudnych treningów ani powtarzalnej codzienności, lecz rzeczywistość barwną, podszytą ciekawością, co ekscytującego odkryją nazajutrz. Czy dlatego, że zamiast ślęczeć nad szachownicami samotnie — los tenisistek odbijających piłkę z trenerem do śmierci z nudów — obsiadały je jako paczka kumpelek? A może dzięki przebiegłości taty, który dbał o permanentne zwroty akcji? Czasami rozgrywały przecież partie błyskawiczne, gdzie liczy się refleks, czasami rywalizowały „na ślepo”, mając szachownicę za plecami (potrafiły nawet łączyć to z meczami ping-ponga), czasami studiowały życiorysy arcymistrzów (mnóstwo wśród nich charyzmatycznych postaci o specyficznych upodobaniach lub zwykłych dziwaków). Dziewczyny miały spędzać czas w lunaparku dla wyobraźni, nie zapyziałej sali treningowej.
Kiedy wokół Lászla rozbrzmiewały sugestie, że jest despotą hodującym córki jak króliki doświadczalne dla zaspokojenia swoich szajb, lubił rzucić, że dzięki wyjazdom na międzynarodowe zawody głaskały kangury albo pozowały przed piramidami z Aztekami — chłonęły wrażenia niedostępne dla dzieci z kraju zdrętwiałego po dekadach spędzonych w socjalistycznym raju. W udzielanych współcześnie wywiadach Węgier regularnie wraca też do epizodu brzmiącego anegdotycznie, ale według jego zapewnień w każdym detalu prawdziwego. Oto nakrywa Zsuzsę w łazience, gdzie dziewczynka potajemnie główkuje nad partią, choć minęła 22, powinna spać. „Zostaw już te szachy!” — rozkazuje. „Tato, to one nie chcą mnie zostawić” — słyszy w odpowiedzi.
Rodzinę musiała spajać chemia dalece nietoksyczna, bo dzisiaj cała piątka opowiada o przeszłości — przypomnijmy: na początku był projekt iście technokratyczny — z ujmującą pogodą ducha. Wszystkie siostry wyszły za mąż, wszystkie urodziły po dwoje dzieci, wszystkie powtarzają, że mieszkały na szachownicy nie pod przymusem, lecz dla przyjemności, nie zerwały z ulubioną rozrywką z dzieciństwa. Piszą o niej książki — artystka Zsófia również je ilustruje, wymyśla też kolorowanki pobudzające dzieci do kreatywności — popularyzują wśród młodych, organizują turnieje, zakładają fundacje, same grywają. Żadnych traum ani wypalenia, można raczej spekulować, ile osiągnęłyby w wybranej przez ojca specjalizacji, gdyby ich rozwoju nie spowalniały ograniczenia narzucone przez jedynie słuszną ideologię.
Jak wychować szachową arcymistrzynię?
Polgár bez wątpienia osiągnął oszałamiający sukces, bo swoich wychowanek nie wyselekcjonował z setek tysięcy talentów, lecz wyniósł na szczyt wszystkie właścicielki trzech wylosowanych konstelacji genetycznych. Czy jednak osiągnął również — choćby cząstkowo — cel dalekosiężny i udowodnił słuszność tezy, że biologiczne uwarunkowania nie mają znaczenia, każdy ojciec nosi w beciku geniusza?
Pochodził, podobnie jak żona, z rodziny żydowskiej, zatem należał do kultury, która miała tradycyjnie szczególny stosunek do szachów i która najwyższą cnotę widziała w interpretowaniu skomplikowanych tekstów religijnych, wymagających zbliżonych kompetencji mentalnych. Jego dziadek potrafił godzinami studiować Torę już w wieku czterech lat. László, przepytywany przez „Jerusalem Post”, przyznał też, że w organizowaniu domowej mikrostruktury edukacyjnej inspirował się zasadami panującymi w jesziwach, talmudycznych szkołach zakładających izolację studentów od bodźców świata zewnętrznego. On sam spał cztery godziny na dobę, napisał ponad 100 książek — o szachach, edukacji, psychologii dziecięcej — wyróżniał się nadludzką wytrzymałością i determinacją.
Może więc przekazał potomstwu nadzwyczaj wartościową pulę genów? We współczesnych ustaleniach neurobiologii, genetyki behawioralnej oraz psychologii poczesne miejsce zajmują teorie, które talent definiują jako zdolność do ciężkiej pracy — czytaj: wielogodzinnego, monotonnego wysiłku — i uważają ją w sporym stopniu za cechę dziedziczną. A jeśli tak, to niewykluczone, że Polgár maksymalnie wykorzystał wyjątkowy potencjał.
Potencjał przejęty po nim i po Klárze, o której wiadomo stosunkowo niewiele, bo niechętnie się wywnętrza, w filmach dokumentalnych rzuca się w oczy nade wszystko różnica między temperamentami małżonków. On rozgestykulowany, ona — flegmatyczna i cierpliwa, według córek swoją opiekuńczością i ciepłem równoważyła pragmatyzm taty. Odpowiadała za logistykę związaną ze startami w turniejach na wszystkich kontynentach, a podział ról podsumowywała w „Psychology Today” tak: „László inicjuje wielkie plany, ja stanowię część ich realizacji. Nitka podąża za igłą. Jestem nitką”.
To ona interweniowała jednak, gdy mąż zamarzył o odniesieniu ostatecznego triumfu — poprzez zweryfikowanie własnego eksperymentu na innym ludzkim materiale. W latach 90. oznajmił, że wytrenuje na geniusza dowolnego bobasa z Afryki Subsaharyjskiej, czyli przestrzeni kulturowo obcej, pozbawionej szachowych tradycji. Zgłosił się nawet biznesmen gotowy sponsorować przedsięwzięcie — holenderski miliarder Joop van Oosterom.
Klára kategorycznie zaprotestowała, argumentując, że muszą też normalnie pożyć, szachy to nie wszystko. A może nie wierzyła, że znów im się powiedzie?





