Równy tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego opublikowanych było łącznie 11 616 ogłoszeń o pracę w placówkach oświatowych, co odpowiada niewiele ponad 7,8 tys. etatów – wynika z danych przekazanych Interii przez resort edukacji.
Jak jednak zapowiada ministerstwo, sytuacja powinna już niebawem ulec radykalnej zmianie. I ma być to zmiana na lepsze.
Resort wskazuje, że wakacje to czas ruchów kadrowych nauczycieli, którzy często zmieniają miejsca pracy, a między szkołami trwają rotacje. Faktyczna liczba niezapełnionych wakatów będzie zatem widoczna – jak zaznacza rzeczniczka MEN Ewelina Gorczyca – dopiero we wrześniu.
Jak to było do tej pory? Dane przedstawiła wiceszefowa resortu edukacjiKatarzyna Lubnauer w odpowiedzi na interpelację posłanki Doroty Łobody.
Wynika z niej, że liczba wakatów z kilkunastu tysięcy w lipcu maleje do kilku tysięcy we wrześniu. I tak 5 września 2025 roku notowano niewiele ponad 3,5 tys. wakatów, co odpowiadało 2,3 tys. etatów. Podobnie było dwa lata temu. W Polsce pracuje obecnie około 715 tys. nauczycieli.
Zobacz też: Szkoły i nauczycieli czekają zmiany. „Sygnalizowaliśmy, że rodzi się katastrofa”
Wakatowa gimnastyka. „Dadzą sobie radę, bo muszą”
– Liczba wakatów nie zmniejsza się sama – komentuje w rozmowie z Interią Marek Pleśniar, dyrektor biura Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty (OSKKO).
– Nie robi tego MEN, tylko dyrektorzy we współpracy z nauczycielami. Wszyscy o tym wiedzą i wykorzystują to na zasadzie: i tak dadzą sobie radę. Bo muszą – dodaje.
Jak mówi Pleśniar, przygotowania do nowego roku szkolnego ruszają już przedwiośniem, a kluczowy moment planowania wypada na koniec maja.
„Ulubione nazwisko dyrektorów”…
– Wtedy kończy się tak zwany ruch kadrowy. Jeśli dla jakiegoś nauczyciela nie ma miejsca w szkole, dyrektor musi do końca maja wręczyć mu trzymiesięczne wypowiedzenie. Z tego powodu pierwszy, zatwierdzany przez urzędy arkusz zamyka się w maju, a zaraz potem rusza praca nad aneksami – tłumaczy.
I tu pojawia, jak to określa rozmówca Interii – „ulubione nazwisko dyrektorów”.
– Brzmi ono: Wakat. Po prostu wpisujemy to w rubryki i tam czeka na kolejne ruchy – mówi Marek Pleśniar.
Te „kolejne ruchy” to cały zestaw metod, po jakie dyrektorzy od lat sięgają, by spiąć grafik na kolejny rok szkolny.
…i stałe elementy gry
– Najpierw luki kadrowe są zapełniane nadgodzinami, czyli dodatkowymi godzinami dydaktycznymi przydzielanymi pracującym już nauczycielom. Nadgodzin może być do półtorej etatu, więc tym się upycha braki – wylicza Pleśniar.
Jak mówi, to pierwszy zapas elastyczności, ale i on się kończy.
– Potem trzeba sięgać po te notesy z numerami do emerytów. To stały element gry. Ale tu różnie bywa, nie wszyscy się zgadzają. Czasem trzeba ich długo namawiać. Są matematycy, którzy rokrocznie zapowiadają, że to już ich ostatni rok pracy, ale co roku udaje się ich namówić na pozostanie. Dyrektorzy zdają sobie sprawę, że wielu z nich to robi po prostu z życzliwości dla szkoły i wcale to nie jest ich plan na emeryturę – wskazuje rozmówca Interii.
Jak mówi, trzecie rozwiązanie to pożyczki kadrowe – nauczyciele krążą między różnymi szkołami, by uzupełnić etaty.
– Pozostaje także zatrudnianie nowych osób, w tym takich, które nie posiadają pełnych kwalifikacji do nauczania danego przedmiotu, ale ich wykształcenie jest zbliżone. Na takie rozwiązanie każdorazowo zgodę musi wyrazić kuratorium. Czasami w szkołach zatrudnia się również studentów ostatniego roku kierunków pedagogicznych – tłumaczy.
Setki wniosków do kuratoriów
Do kuratoriów, jak potwierdziła Interia, i w tym roku spływają prośby, o jakich mówi Marek Pleśniar.
Ich liczba jednak znacząco różni się w zależności od regionu. I tak przykładowo świętokrzyskie kuratorium oświaty przekazało nam, że otrzymało 107 wniosków dotyczących zatrudnienia na nadchodzący rok szkolny nauczycieli bez wymaganych kwalifikacji lub osób niebędących nauczycielami, a 52 zgody wydano (dane na 26 sierpnia).
W Poznaniu liczby te są zgoła inne – wpłynęły 923 wnioski, a wielkopolski kurator oświaty wydał 768 zgód – dowiedziała się Interia.
Wnioski te, jak wskazano, dotyczyły najczęściej nauczycieli współorganizujących proces kształcenia, pedagogów specjalnych i nauczycieli matematyki oraz fizyki.
Jeszcze więcej analogicznych próśb skierowano do kuratorium oświaty w Krakowie. Do 26 sierpnia wpłynęło tam łącznie 1101 wniosków dotyczących wyrażenia zgody na zatrudnienie bez wymaganych kwalifikacji. W Małopolsce prośby te dotyczą najczęściej nauczyciela współorganizującego kształcenie integracyjne, nauczyciela rewalidacji i psychologa – przekazało nam tamtejsze kuratorium.
Kryzys demograficzny nie rozwiąże problemu
Mimo że liczby wakatów we wrześniu gwałtownie spadają, to wciąż jednak wolne miejsca są, a dyrektorzy muszą kombinować, żeby ich „ulubione nazwisko” zmieniło się w rzeczywistego nauczyciela.
Co zatem dalej? Katarzyna Lubnauer we wspomnianej odpowiedzi na interpelację poselską zwraca uwagę m.in. na czynniki demograficzne.
Jak pisze, „szacuje się, że w najbliższych 10 latach ubędzie ponad milion uczniów w wychowaniu przedszkolnym i szkołach podstawowych”. „Mając na uwadze postępujący niż demograficzny można przypuszczać, że liczba wolnych etatów dla nauczycieli wychowania przedszkolnego, ale także innych przedmiotów, będzie malała” – dodaje.
Pytamy o te kwestie Marka Pleśniara. – Czekanie, aż rzeczywistość sama upora się z problemem, to ogromna nieodpowiedzialność. Bo problem sam się nie rozwiąże – zaznacza.
Zdaniem przedstawiciela środowiska dzisiaj brak systemowych zachęt sprawia, że młodzi nie chcą wchodzić w ten zawód.
– W Polsce zaledwie 4 proc. nauczycieli stanowią osoby poniżej 30. roku życia, średnia unijna to 8 proc. To wciąż mało, ale i tak dwukrotnie lepiej niż u nas – wylicza rozmówca Interii. I kreśli dosyć czarny scenariusz.
– Gdy obecni emeryci definitywnie odejdą, a kolejni nauczyciele zakończą aktywność zawodową, przy braku napływu młodych kadr za 10 lat w szkołach zostaną staruszkowie. Pojawią się nieliczni młodzi, którzy będą dopiero wchodzić w zawód, ale jeśli nie zmieni się nic w kształceniu nauczycieli, to oni będą nieprzygotowani do uczenia – mówi. I dodaje, że „zrobi nam się dramat pedagogiczny”.
Zdaniem Pleśniara może spaść jakość kształcenia.
– Państwo traktuje liczbę nauczycieli czysto statystycznie, zapominając, że kluczowa jest struktura wiekowa i to, kto stanowi przyszłość tego zawodu – wskazuje.
Jego konkluzja jest gorzka: – Prawdziwym wyzwaniem dla oświaty nie jest ten nadchodzący wrzesień, ale to, kto będzie uczył nasze dzieci za dekadę. To jest dzisiaj największy problem oświaty w Polsce – mówi.
Justyna Kaczmarczyk













