Kiedy rozpada się rodzina, dziecko zostaje zwykle z jednym rodzicem, który musi sprostać samodzielnemu wychowaniu syna czy córki. Jak udźwignąć takie zadanie?
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ten dzień w końcu nadejdzie. I nadszedł. Julia słabła, traciła apetyt, nie miała ochoty wstawać z łóżka. W zasadzie z dnia na dzień było jej coraz mniej. Dwa lata temu lekarz postawił diagnozę: rak piersi. Zaczęła się nerwówka. Wyścig z czasem. Chemia. I obawy, co to będzie, jeśli Julia raka nie pokona.
— Mamy troje dzieci — mówi Artur, mąż Julii. — Ania jest najstarsza, chodzi do piątej klasy, najmłodszy Radek poszedł do zerówki. Średni syn, Rafał, we wrześniu zaczął naukę w podstawówce. Mama byłaby z niego bardzo dumna. Niestety, Julia tego nie doczekała. Odeszła w czerwcu — zawiesza głos mężczyzna.
Dzień był pogodny, niemal upalny, można by powiedzieć — piękny, gdyby nie okoliczności. Tłumy znajomych, sąsiadów, przyjaciół i najbliższa rodzina żegnały Julię. Arturowi przebiegały przez głowę różne myśli, w tym ta jedna, która nie dawała spokoju: „jak sobie poradzę sam z trójką dzieci?”.
— Od pewnego czasu pozostawaliśmy pod opieką psychologa, który przygotowywał dzieci i mnie na tę śmierć. Terapia pomogła nam oswoić się z odejściem, ale nikt nam nie powiedział, jak dalej mamy żyć. Nie wiedziałem, czy udźwignę ciężar bycia samodzielnym rodzicem. Potrzebowałem dobrej recepty, rozpisanego scenariusza — wspomina Artur.
Mama Ani, Radka i Rafała odeszła przed wakacjami. Dzieci pojechały do jednej babci, później do drugiej, a Artur przez miesiąc próbował wszystko uporządkować. Dużo wsparcia okazała mu Ewa, siostra Julii, która zaoferowała, że gdy zacznie się szkoła, pomoże Arturowi odbierać Rafała i co drugi dzień będzie brać chłopca do siebie. Mieszka niedaleko, więc tak sobie ułożyła grafik, aby wesprzeć szwagra i siostrzeńca. Ma już odchowanego syna, licealistę. Mąż Ewy nawet proponował, aby Rafał wprowadził się do nich na jakiś czas, ale Artur nie chciał rozdzielać rodzeństwa. — Już rok temu zostaliśmy rozdzieleni, kiedy Julia od nas odeszła — komentuje smutno.
Najtrudniejsze były pierwsze trzy miesiące. Radek to jeszcze przedszkolak. Najbardziej przeżył rodzinną tragedię. — Kiedy musiałem coś załatwić, zostawał pod opieką starszego rodzeństwa. Początkowo nie chciał mnie wypuścić z domu. Wpadał w histerię, szlochał, trzymał za nogę, abym tylko nie wychodził. Powiedział, że się o mnie boi. A co, jeśli wyjdę i nie wrócę? Dzwoniłem wtedy po Ewę, zostawała z dziećmi, wniosła dużo matczynego spokoju — opowiada Artur.
Z początkiem nowego roku szkolnego zaczęły się problemy wychowawcze z Rafałem, który dotąd nie sprawiał kłopotów. Stał się agresywny, dwa razy usiłował uciec ze szkoły, wyszedł na podwórko z pistoletem na wodę i oblewał dziewczynki z sąsiednich bloków. — Ludzie zachowali się wspaniale. Nikt nie biegł na skargę. Sąsiedzi znają naszą sytuację. Rozumieją, że jest cholernie trudno — wzdycha ojciec Ani, Rafała i Radka.
Sąsiedzi pomagają, jak mogą. Artur ma zaprzyjaźnioną rodzinę. Czasem podrzuci do nich Radka, aby pobawił się ze swoim rówieśnikiem, sześcioletnim Wiktorem. Jego rodzice w niektóre dni obierają i Wiktora, i Radka. Artur jest artystą, pisze książki i choć przeważnie pracuje w domu, co pewien czas wyjeżdża na spotkania autorskie. Wtedy cały dom jest na głowie niespełna 12-letniej Ani, którą wspiera ciocia Ewa. — Zostaje z nimi na noc, kiedy mnie nie ma. Zrobi pranie, ugotuje obiad, przypilnuje, czy dzieciaki odrobiły lekcje, obejrzy z nimi film — mówi Artur.
Najtrudniej było w święta — pierwsze Boże Narodzenie bez mamy. Cała rodzina stanęła na wysokości zadania: obie babcie przyjechały na dwa tygodnie, a w czasie ferii udało się zorganizować tygodniowy wypad dużą gromadą: Artur i dzieciaki wspólnie z Ewą oraz jej rodziną wynajęli domek w górach. Pogoda dopisała, wszyscy się dobrze bawili na stoku narciarskim.
— Trudno było wrócić do rzeczywistości, ale musimy być silni. Przez ostatnie pół roku Ania bardzo wydoroślała, razem z Ewą dzielnie pomaga mi ogarnąć wszystkie sprawy: zakupy, pranie, sprzątanie, przygotowanie posiłków. Mam ogromne wsparcie. Julia od nas odeszła, ale nie jesteśmy sami. Mamy siebie — kwituje Artur, a jego głos pogodnieje.
Ona musi, on może
Siłacze, herosi, supermani — o rodzicach, którzy w pojedynkę wychowują potomstwo, często mówi się z podziwem. Kto ma dzieci, ten wie, jak wiele kosztuje codzienna opieka nad małą córką, dorastającym synem czy żywiołowym rodzeństwem. Dwojgu dorosłym trudno zapanować nad całym domem, a co dopiero samotnemu rodzicowi.
— Większość samotnych rodziców stanowią kobiety, to około 85 proc. przypadków — przywołuje dane Marta Majchrzak, psycholożka i badaczka z pracowni Herstories. — Często od takich kobiet wiele się wymaga i one wymagają wiele od siebie. Są przygotowywane do roli matki-bohaterki, która da sobie radę w każdej sytuacji. Dodatkowo są obarczone piętnem nadmiernego profesjonalizmu, bo taki mamy społeczny klimat. Może to prowadzić do zmęczenia, wypalenia. Z kolei mężczyźni są inaczej socjalizowani. Pokutuje przekonanie, że facet sam sobie z dzieckiem nie poradzi. Trzeba mu pomóc.
A pomocy potrzebuje każdy rodzic w sytuacji podbramkowej. Nie musi to być wsparcie od rodziny. Pomagać mogą inni bliscy — przyjaciele, znajomi, sąsiadka z bloku. — Ważne, aby wokół rodzica powstała przyjazna wioska. Coś na zasadzie sieci społecznej, z której budową dobrze radzą sobie kobiety. Wsparcie osób z zewnątrz — choćby w postaci rozmowy — jest niezbędne nie tylko w sytuacjach awaryjnych, ale także na co dzień. Życzliwe świadkowanie pomaga przetrwać rodzicowi trudne chwile — uważa Majchrzak.
Dwa związki, dwie córki
Magda nie tak wyobrażała sobie swoje dorosłe życie. Wychowuje sama dwie córki z dwóch różnych związków. — Chyba nie potrafię w relacje męsko-damskie — mówi samokrytycznie 42-latka. Po czym usprawiedliwia się, że to jednak nie do końca jej wina: — Faceci z trudem dojrzewają do roli głowy rodziny. Niektórzy nigdy nie dorastają. Ojcowie Patrycji i Pauliny byli jak dzieci. A już miałam dwie córki. Nie chciałam niańczyć całej czwórki.
Patrycja jest starsza, chodzi do liceum. W tym roku zdaje maturę, więc w domu panuje popłoch. Dużo zadane, sporo materiału do nauczenia i jeszcze więcej stresu. Dziewczyna siedzi do późna nad książkami. Jest humanistką. Matma wybitnie jej nie wchodzi, wielu zagadnień nie rozumie, a zegar maturalny tyka.
— Wykupiłam korepetycje, aby lepiej przygotować Patrycję do egzaminu. Ja nie czuję się na siłach, aby jej pomóc. Późno wracam z pracy, jestem skonana i nie bardzo mam ochotę na odrabianie lekcji. Powiedziałam kiedyś Patrycji, że ja edukację zakończyłam dawno temu. Córka musi sama brać odpowiedzialność za swoją naukę — wyjaśnia rzeczowo Magda.
Pracuje jako psycholożka, prowadzi sesje terapeutyczne z pacjentami. Często do wieczora. Patrycja, zanim usiądzie do lekcji, musi odebrać z podstawówki młodszą Paulinę, przygotować kolację i zająć zabawą młodszą siostrą, dopóki nie wróci mama. Starsza córka często się złości, że ma zbyt mało czasu dla siebie — wraca zmęczona za szkoły i musi jeszcze pracować na pół etatu jako niania. A przecież Magda jej za to nie płaci.
— Rozumiem jej żale i pretensje. Tym bardziej że Paulina potrafi być nieznośna. Chodzi na terapie, jest nadpobudliwym dzieckiem. Sporo czasu i uwagi poświęcam młodszej córce, więc protesty Patrycji są uzasadnione. Tylko co ja na to wszystko mogę poradzić? Całej naszej trójce jest trudno. Może po maturze stres opadnie i spróbujemy popracować nad poprawą naszych relacji — mówi Magda.
Dwa lata temu w jej życiu pojawił się nowy mężczyzna. No, niezupełnie nowy. Nawiązała kontakt z dawnym kolegą ze szkolnych lat. Kiedyś świetnie się dogadywali. Pomyślała, że to może ostatnia szansa na ułożenie sobie życia. Ona zyskałaby partnera, a dziewczynki opiekuna. Zwłaszcza że Paulina złapała nić porozumienia z Ernestem.
— Zaczęliśmy się spotykać, było jak dawniej. Kolacje we dwoje, spacery sam na sam. Ernest pomieszkiwał u nas. Stawał się częścią naszego życia. I nagle — czar prysł. Mówił, że jest zajęty, ma dużo pracy, widywaliśmy się sporadycznie, coraz rzadziej. W końcu dowiedziałam się, że znalazł o dziesięć lat młodszą kobietę. Mówią, że do trzech razy sztuka. W takim razie wyczerpałam już limit — podsumowuje smutno Magda. Pociesza się, że ma dla kogo żyć. Nawet jeśli wspólne życie z Patrycją i Pauliną dalekie jest od rodzinnego ideału.
Samotni czy samodzielni
Już samo nazywanie takiego rodzicielstwa różnie pozycjonuje opiekuna w oczach otoczenia. „Samotne” rodzicielstwo — budzi współczucie, ma pejoratywny wydźwięk. „Samodzielne” — brzmi afirmacyjnie jak dowód zaradności.
— Mówimy o około 24,2 proc. rodzin, w których funkcjonuje samodzielny rodzic. To bardzo wysoki odsetek. Podobna statystyka jest we Francji, gdzie 25 proc. rodzin z dziećmi stanowią rodziny z jednym rodzicem. Te dwa kraje — Polska i Francja — wyraźnie odstają od średniej europejskiej, która jest niższa i wynosi 14 proc. Jeśli samotne rodzicielstwo traktować jako życiową porażkę, musielibyśmy tak postrzegać niemal co czwartą polską rodzinę — mówi Marta Majchrzak.
Dodajmy do tego, że w Polsce małżeństwu przypisuje się nadrzędną wartość. Osoby, które zostały same z dziećmi, bywają oceniane krytycznie, wręcz nieżyczliwie i są skazane na uznaniową pomoc.
Kiedy nie sposób liczyć na pomoc z zewnątrz, pozostaje pomóc samemu sobie. — Bardzo trudno nie wpaść w przygnębienie albo złość, kiedy cały dom jest na głowie jednej osoby i to ją zwyczajnie przerasta. Reagowanie agresją czy popadanie w depresję odbije się na relacji z dzieckiem. Warto wypracować własne strategie opanowywania kryzysów i regulowania stanów emocjonalnych: wyjść z pokoju, przeczekać, wziąć dziesięć głębokich oddechów albo zabrać dziecko na spacer i spokojnie porozmawiać, zamiast później żałować niektórych słów albo czynów. Samoregulacja jest kluczowa, warto traktować ją jako narzędzie, którym możemy realnie poprawić relację z dzieckiem i uniknąć niezadowolenia z siebie jako rodzica — wyjaśnia psycholożka.
Skazana na dziecko
Ada jakoś nie potrafiła się zakochać. Znajomi wróżyli jej staropanieństwo i robili zakłady, czy kogoś w końcu pozna, czy pozostanie jej chodzenie na połowinki dla seniorów do stołecznej Dekady. I chyba za bardzo wzięła te przyjacielskie przestrogi do serca.
— Długo nie mogłam znaleźć nikogo odpowiedniego, w końcu na jakiejś imprezie pojawił się Krzysiek. I jakoś tak od słowa do słowa, poszliśmy do łóżka i po dziewięciu miesiącach od niezobowiązującej randki przyszedł na świat Bruno. Miałam 36 lat, więc uznałam, że los tak chciał. I nie miałam tego losowi za złe, bo ileż można czekać na miłość — pyta retorycznie Ada.
Z Krzyśkiem początkowo układało się naprawdę dobrze. Nigdy o nic nie miał pretensji, chętnie zajmował się córką, przekonał nawet Adę do powrotu do pracy. Młoda mama przed zajściem w ciążę pracowała w korporacji. Krzysiek mówił, żeby dbała o karierę, bo przecież kobietom tak trudno wrócić na rynek pracy. — Uśpił moją czujność tym dobrotliwym gadaniem. Ja harowałam na dom, a on nie potrafił znaleźć pracy. Mijały miesiące, dziecko poszło do żłobka, a Krzysiek ciągle nie miał żadnego zajęcia. Zaczął grać na giełdzie i przegrał nasze oszczędności. To znaczy moje, bo on przecież nie śmierdział groszem.
Kiedy okazało się, że mąż Ady narobił długów, kobieta wniosła sprawę o rozwód. Krzysiek się wyprowadził i wszelki słuch o nim zaginał. Szukają go wierzyciele, szuka sąd rodzinny. Ojciec Bruna zapadł się pod ziemię, a Ada została ze wszystkim sama. Ma na głowie pracę, zakupy, pranie, sprzątanie, gotowanie, wożenie dziecka do przedszkola. — Bruno ma dopiero 4 lata. Jest bardzo wymagającym dzieckiem, nadwrażliwym sensorycznie, neuroatypowym. Wiele mnie kosztuje towarzyszenie mu w rozwoju w pojedynkę — żali się Ada.
Ona z dzieckiem — w Warszawie. Dziadkowie — w Szczecinie. Nie przyjadą co drugi dzień posiedzieć z wnukiem, zwłaszcza że mają jeszcze pod opieką drugiego. Ada jest uziemiona. Ostatnio grał w klubie jej ulubiony zespół, znajomi usiłowali ją wyciągnąć, ale nie miała co zrobić z Brunem. Młody nie zostanie z nianią ani sąsiadką — nie toleruje obcych. I ciągle woła mamę.
— Wszędzie biorę go ze sobą: do fryzjera, na jogę w trawie, nawet jak idę do bezdzietnej koleżanki na babskie pogaduchy, Bruno idzie ze mną, siedzi z nami przy stole i przysłuchuje się rozmowom dorosłych. Wracamy do domu i znów spędzamy czas razem: układamy puzzle, bawimy się w chowanego, urządzamy pluszowy teatrzyk. Sama nie wiem, skąd mam na to wszystko siłę. Muszę mieć — przyznaje Ada.
Zupełnie porzuciła marzenia o karierze i rozwoju zawodowym. Firma chciała wysłać ją na dwuletnie studia podyplomowe. W perspektywie awans, ciekawe projekty, wyższe zarobki, nowe kontakty biznesowe. Musiała odmówić. Co drugi weekend poza domem? A kto zostanie z Brunem?





